RoboCop
Remake filmu Paula Verhoevena z 1987 roku zyskał rozmach, stracił poczucie humoru. Wymiana nie bardzo się opłaciła, ale bankructwa nie ma.

Jaki jest ten nowy "RoboCop"? Sprawny, dynamiczny, ma błyszczący pancerz i nowoczesne oprogramowanie. Reżyserią zajął się José Padilha, autor dyptyku "Elitarni" o walce oddziału specjalnego z przestępczością i korupcją na ulicach Rio de Janeiro i w tym filmie widać echa tamtego - krytyki źle działającego, skorumponowanego systemu prawa i niesprawiedliwości.

Szkielet fabularny pozostał jednak ten sam - funkcjonariusz Alex Murphy ginie z rąk bandytów, a do życia przywracają go naukowcy, którzy opracowali bioniczny kombinezon, zespajający człowieka i maszynę. Murphy jest pierwszym policyjnym robotem tego typu i służy swoim zbawco-twórcom, cynicznej i bogatej korporacji OmniCorp do testów oraz do przekonania amerykańskiego społeczeństwa i władz, że stróże prawa z krwi i kości to przeżytek. Do tej pory Ameryki przed wymianą człowieka na maszynę broni polityk, argumentujący, że policjant bez emocji nie może skutecznie bronić obywateli, bo nie czuje moralnej różnicy między dobrem a złem. Dla z gruntu niemoralnej OmniCorp to tylko jedna z wielu przeszkód, które trzeba pokonać za pomocą pieniędzy bądź cwanych zabiegów marketingowych. Połączenie wynalazku z aurą bohatera poległego na służbie to ruch tak dla nich oczywisty, jak wcisnięcie klawisza "alt" po "ctrl", a przed "delete".

Sztucznie ożywiony Muprhy ma też własną misję do wypełnienia - chce pomścić swoją śmierć. Tyle podobieństw. Różnic jest więcej i nie chodzi tu tylko o lepszą technikę i efekty specjalne - te w oglądanym dziś "Robocopie" sprzed 27 lat rozczulają i lekko żenują, szczególnie kręcone poklatkowo sceny z pajęczym robotem. Nowe wcielenie elektronicznego stróża prawa jest zaprogramowane tak, aby spodobać się publiczności - w porównaniu do oryginału jest znacznie rozbudowany wątek rodziny Murphy'ego, która, inaczej niż u Verhoevena, nie znika z ekranu, tylko przez cały czas przypomina o ludzkiej połowie robota - męża i ojca. Zła firma manipuluje jego umiejętnością odczuwania emocji, ale duch w mechanicznym ciele nie ginie - twórcy niejako egzorcyzmują tu lęk, jaki widzowie mogą czuć przed przejmującymi coraz więcej naszych zadań i czynności maszynami. Ten ruch tria scenarzystów, z zachowaniem wszelkich proporcji, przypomina trochę plan OmniCorp, która, uczłowieczając "Robocopa", łasi się do opinii publicznej.

Oba filmy różni też ton - oryginał był satyrą na zadowolone z siebie społeczeństwo chciwości i konsumpcji, dostatni raj, gdzie karierę robią najbardziej bezwzględni, a inteligenci muszą pracować na stacji benzynowej, żeby się utrzymać. Tamten RoboCop - to już wizja Verhoevena - był także nowym, przewrotnym wcieleniem Jezusa, który po poświęceniu się za grzechy, zmartwychwstaje i przychodzi się mścić na oprawcach.

W nowej wersji dominuje ton serio - zapowiada to już pierwsza sekwencja filmu, gdzie w miejsce głupawo wyszczerzonych spikerów (wersja AD 1987) jest wstawiony płonący słusznością i gniewem Pat Novak (Samuel L. Jackson), który wie, na którą część powiedzenia "czwarta władza" należy położyć nacisk. Szefa korporacji, bardziej wyrachowanego niż okrutnego, ucieleśniającego bezmyślną chciwość korporacji, gra Michael Keaton, który, co zabawne, 25 lat temu jako Batman stał na straży podobnego miasta. Z kolei Gary Oldman występuje tu w roli doktora Dennetta Nortona, toczącego wewnętrzną walkę między przyzwoitością a potrzebą rozwijania swoich - nie zawsze etycznych - badań.

W rękach José Padilhy "RoboCop" jest - obok sprawnego filmu gatunkowego - łyskającą tu i ówdzie krytyką kapitalizmu i amerykańskiej wszechdominacji gospodarczej (co widać choćby w zabawnej scenie, w której okazuje się, że Robocopy są produkowane w fabryce w Chinach), a także opowieścią o nadużyciach władzy - politycznej i ekonomicznej, co widać choćby w próbie zbicia kapitału przez OmniCorp na interwencji w Teheranie i chęci wykorzystania weteranów wojennych dla zarobku. Brutalność i zepsucie jest oczywistą częścią tego świata, zrośniętą z nią, jak Murphy z metalowym pancerzem. Jedyne, co może bohaterów tu uratować, to sumienie. Jest tu trochę niepotrzebnej filozofii - Murphy, z którego po wypadku została klatka piersiowa z zawartością, twarz, mózg i jedna dłoń zastanawia się, czy jest jeszcze człowiekiem - bez tego wątku, rzuconego jak przynęta do bezrybnego stawu, film nic by nie stracił.
[Ola Salwa]