• Anna Tatarska
    Anna Tatarska
Marsjanin
  • 3.6
  • 1
Marsjanin

Jeden z najbardziej wszechstronnych angielskich aktorów. Bohater być może najbardziej wstrząsającego momentu w historii telewizji. Na ekranie był już w starożytnej Troi, Śródziemiu i Westeros. Teraz wybiera się w kosmos. Sean Bean opowiada Stopklatce o pracy z Ridleyem Scottem, związkach z "Grą o tron" i dziecięcych marzeniach. W których nie było Boromira! "Marsjanin", jego najnowszy film, na polskich ekranach już w piątek, 2 października.

Anna Tatarska: Podobno jako dziecko chciał pan być astronautą. Rola w "Marsjaninie" to spełnienie tamtych marzeń?

Sean Bean: Chciałem być astronautą jako dziewięciolatek. Ta chęć trwała jakieś trzy tygodnie. Telewizory były czarno-białe i okrągły księżyc, po którego powierzchni skakali kosmonauci, wyglądał na jego ekranie dość niesamowicie. Chyba wiele dzieciaków miało takie marzenia, przynajmniej wśród moich kolegów. Ale żaden z nas ich nie zrealizował.

A o aktorstwie pan marzył?

Nie, nie bardzo. Myślę, że wiele dzieciaków w swoich zabawach nieświadomie bawi się w aktorstwo. Wciela w strażaka, konduktora, kierowcę... Nie różni się to bardzo od tego, co teraz robię zawodowo. Ale jako młody człowiek miałem inne zainteresowania. Nie brałem udziału w szkolnych przedstawieniach. Byłem w zespole, chciałem zajmować się muzyką. Uwielbiałem też rysunek, całkiem nieźle malowałem. Potem poszedłem do college'u w południowym Yorkshire, gdzie w ramach zajęć dodatkowych oferowano studentom kurs sceniczny. Nie rozpatrywałem takiej możliwości. Aż któregoś dnia mijałem klasę podczas takich zajęć, podejrzałem przez drzwi co robią... i spodobało mi się. Dołączyłem do grupy. Szybko okazało się, że na zajęciach czuję się bardzo swobodnie, aż mnie samego to zaskoczyło. Aktorstwo łączyło w sobie elementy wszystkich moich dotychczasowych artystycznych zainteresowań. Wtedy postanowiłem, że to będzie moja ścieżka.

Grał pan w wielu bardzo różnych produkcjach. Czy jest jakiś gatunek filmowy, w którym czuje się pan lepiej, niż w innych?

Filmowy nie, ale bardzo lubię wracać do teatru. W filmie wszystko dzieje się tak szybko, nie ma tych długich, pełnych napięcia przygotowań, niekończących się prób, wreszcie grania spektaklu przez kilka miesięcy. Przy sprzyjających wiatrach w ciągu dwóch miesięcy można "zrobić" i trzy filmy! Lubię grać w teatrze, to odświeżające. Pozwala wrócić do korzeni, przypomnieć sobie, czego się kiedyś uczyło.

  • zdjęcie nr.1
  • zdjęcie nr.2
  • zdjęcie nr.3
  • zdjęcie nr.4
  • zdjęcie nr.5
  • zdjęcie nr.6
  • zdjęcie nr.7
  • zdjęcie nr.8
  • zdjęcie nr.9
  • zdjęcie nr.10
  • zdjęcie nr.11
  • zdjęcie nr.12
  • zdjęcie nr.13
  • zdjęcie nr.14
  • zdjęcie nr.15
  • zdjęcie nr.16
  • zdjęcie nr.17
  • zdjęcie nr.18
  • zdjęcie nr.19
Kadry z filmu "Marsjanin", reż. Ridley Scott

Gdyby wyobraził pan sobie siebie dwudziestoletniego, jak patrzy w przyszłość i widzi wszystkie te filmy, w których pana oglądaliśmy... Która z nich byłaby dla dwudziestoletniego Seana - już aktora - największym zaskoczeniem?

Myślę, że jednak "Władca pierścieni"... Przeczytałem tę książkę na jednym oddechu jako młody chłopak i nigdy by mi nie przyszło do głowy, że kiedyś zagram Boromira. Takich wydarzeń nie da się przewidzieć, kiedy ma się dwadzieścia lat i się dopiero zaczyna. Wtedy chce się po prostu grać. Każda płatna możliwość występu jest wystarczająco dobra. Bo skoro ktoś chce za moje aktorstwo płacić, to znaczy, że jestem niezły w tym co robię. Pracować i już - wtedy to był szczyt moich ambicji. Dlatego każde wydarzenie, jakie miało miejsce od tamtej pory, było dla mnie niezwykle ciekawe. To takie prezenty od losu. 

"Władca pierścieni" i "Marsjanin", dwie superprodukcje z kultowymi reżyserami u steru. Czym różniła się praca z Peterem Jacksonem od planu Ridleya Scotta?

Peter przygotowywał się do "Władcy..." przez długie lata i doskonale znał swój storyboard. Był bardzo decyzyjny, precyzyjny, wiedział dokładnie, co gdzie ma stać i jak wyglądać. Ridley też ma storyboard w głowie, sam zresztą często go rysuje. Ale tu podobieństwa się kończą. W tej współpracy był większy element wolności. Ridley zawsze używa kilku kamer na raz, można się zatem swobodnie poruszać, bo zawsze któraś z nich zarejestruje, co trzeba. Przeprowadza bardzo staranny casting, bo kiedy już ma wybranych aktorów, pozwala im robić swoje, obdarza ogromnym zaufaniem.

Ridley jest prawdziwym specjalistą od kosmosu. Jak się z kimś takim pracuje?

On nie tylko wszystko wie, ale też dogląda najmniejszych szczegółów. Ma za sobą fantastyczną ekipę: producentów, kostiumografów, scenarzystów, którzy pomagają powoływać do życia jego wizję. To była  wielka przyjemność patrzeć jak pracuje, pracować razem z nim. Jest pewny tego, co robi, umie postawić na swoim, ale jednocześnie jest bardzo otwarty. Bardzo mi się spodobało jego podejście. Filmy nie są dla niego kolejnymi "fuchami". Każdy projekt to odrębna całość, która tak samo zasługuje, żeby być innowacyjną.

W "Marsjaninie" pana bohater, Mitch Henderson, ma ogromną wiedzę. Rozumiał pan wszystko, co było w scenariuszu czy trochę udawał, że wie, o czym mówi?

Nauczyłem się słownictwa, znaczenia poszczególnych terminów, kontekstu, w jakim funkcjonują. Nie chciałem się wygłupić. Słowa wystarczyły. W końcu ci goście spędzają długie lata ucząc się tego wszytkiego. W kinie najważniejsze jest, żeby być przekonywającym. Trzeba podawać linijki tak, jakby się to robiło każdego dnia. W tym przypadku to było naprawdę trudne, musieliśmy robić masę dubli. Ale w końcu się udało.

W internetowej encyklopedii "Marsjanina" Mitch porównywany jest z Hanem Solo z "Gwiezdnych Wojen". Gra Pan mentora, ale też outsidera wiernego swoim przekonaniom, kogoś, kto sprzeciwia się dominującej filozofii i zasadom...

W Mitchu jest jakiś sprzeciw wobec establishmentu. On gardzi ludźmi, którzy zamiast wziąć odpowiedzialność za to, co się stało, próbują to zatuszować. Z powodów politycznych i wizerunkowych udawać, że nic się nie stało. A on im się stawia. "Możemy sprowadzić tego człowieka z powrotem na ziemię" - ma odwagę powiedzieć swoim przejętym tylko wizerunkiem i reputacją NASA przełożonym prosto w oczy. On widzi w Marku Watneyu przede wszystkim człowieka, a nie pionka w PR-owej grze. 

"Gra o tron" ostatnio rozbiła bank podczas nagród Emmy. Ogląda pan wciąż ten serial? 

Ostatnio sporo podróżowałem, więc nie jestem całkiem na bieżąco. Ale w najbliższym czasie na pewno sprawię sobie box z wydaniem całości i będę nadrabiał, oglądał tak, jak to się powinno oglądać: uważnie. Zdarza mi się oglądać pojedyncze odcinki i zawsze zachwyca mnie rozmach i profesjonalizm "Gry...". Doskonały poziom realizacji, wizualna maestria zdjęć. I pomyśleć, że ja też miałem w to wszystko wkład: Neda Starka. Jestem niezwykle dumny, że mogłem być częścią tego zjawiska. Tym bardziej, że bylem na pokładzie od samego początku. 

Kiedy zgadzał się pan na udział w serialu spodziewał się, że będzie takim hitem? "Gra..." to - jak sam pan powiedział - zjawisko, wręcz kult.

Nie miałem pojęcia, co nas czeka, chyba żadne z nas nie mogło tego wiedzieć. Owszem, na pokładzie było HBO, które jest zwykle gwarantem dobrej produkcji. I George R.R. Martin, świetny pisarz, który pisał i pisał, nie przestawał! Dopiero teraz chyba twórcom serialu kończy się książkowy materiał... Wiedzieliśmy, że robimy coś wartościowego i fajnego, ale żadne z nas nie przewidziało, że "Gra..." stanie się pewnego rodzaju światowym fenomenem, do którego nawiązywać będą w swoich wystąpieniach nawet politycy.

Robiłam już kilka wywiadów do "Gry o tron" i zawsze niezmiernie bawią mnie wygibasy aktorów, próbujących omijać temat tego, co spotka ich postaci w następnym sezonie. Promując serial wiedział pan, że jego bohater umiera. Jak radził pan sobie z prasą?

Musieliśmy być bardzo uważni. Na pytania o przyszłość odpowiadałem zwykle: "Jeszcze nie wiem" (śmiech). Dla wielu ludzi śmierć Neda była ogromnym szokiem. Dostawałem listy, na YouTube były setki komentarzy a także wiele wideo, zamieszczanych przez zdruzgotanych fanów. Popularne były nagrania ludzi, którzy ze złości i rozpaczy wywołanej śmiercią Neda... demolują swoje mieszkania! Czasami to przyjmowało dośc groteskową formę. Pamiętam klip z Francuzem w koszulce Giorgio Armaniego, który rozwala swój dom, bo Ned Stark właśnie zmarł...

Ma pan jakieś konkretne pragnienia jako aktor? Jeszcze nie zagraną rolę marzeń?

Często łapię się na tym, że dywaguję, jak wspaniale byłoby zagrać bohatera czytanej właśnie książki. Ale nie mam żadnych konkretnych ambicji czy planów. Takim marzeniem dla aktora jest często klasyka, na przykład Szekspir. Ja swoje marzenie o Makbecie już spełniłem, ponad dziesięć lat temu, w teatrze. Trzy lata temu w serialu BBC "Accused: Tracie's Story" zagrałem transwestytę. W tygodniu nauczyciel, w weekendy wkłada wysokie szpilki, bieliznę wyszczuplającą i wyrusza w miasto. To była niespodziewana propozycja, o której nigdy bym nie pomyślał, ale bardzo mi się spodobała. Chętnie przyjmuję szanse od losu, niespodzianki. Lubię wyzwania. Zawsze czekam na role, jakich jeszcze nie grałem.

[Anna Tatarska, Londyn]