"Seria Niezgodna: Zbuntowana" ("Insurgent"), reż. Robert Schwentke (2015)
 
Serię "Niezgodna" chętnie porównuje się z "Igrzyskami śmierci" i w zasadzie jest to porównanie uczciwe; oba cykle to warci siebie przeciwnicy. Nie ma między nimi wielu różnic, w centrum obu fabuł stoi mocna kobieca bohaterka, świat przyszłości z grubsza podzielony jest tak samo, a i jakościowo oba cykle dotrzymują sobie kroku.
 
"Seria Niezgodna: Zbuntowana" rozpoczyna się ponurym rozdziałem. Rozchodzą się drogi Tris, Cztery, Caleba i Petera, którym po piętach depcze Eric, wypełniający rozkazy władczej Jeanine Matthews. Tymczasowa królowa świata za wszelką cenę chce otworzyć kasetkę pozostawioną przez matkę Tris. W tym celu urządza na Niezgodnych wielostopniowe symulacje, będące morderczym labiryntem prób i tekstów, których jeszcze dotąd nikomu nie udało się przejść. Kolejne z jej królików doświadczalnych umierają, a Jeanine wpada w coraz większą furię.
 
Tymczasem, w równoległym świecie, Tris i Cztery trafiają ostatecznie do frakcji Nieustraszonych, gdzie bardziej niż o przetrwanie najpierw muszą zmierzyć się z własnym sumieniem i poczuciem winy. Nie przychodzi to łatwo, zwłaszcza Tris, która ma poczucie wielkiej przegranej. Ciągnie się za nią droga usłana trupami i przesiąknięta krwią - dziewczynie wydaje się, że przynosi otoczeniu tylko śmierć, a jej nadludzka siła jest przekleństwem. Prześladują ją koszmary, że ściągnie nieszczęście na jedyną osobę, którą darzy na tym świecie uczuciem, czyli Cztery.
 
Miłosno-sentymentalny wątek na szczęście specjalnie nie zajmuje twórców filmu, zdecydowanie preferujących dynamicznie rozwijającą się akcję i szybkie zamiany położenia bohaterów. W trwającym niespełna dwie godziny "Zbuntowanej" wiele się dzieje. Nie ma tu czasu na zadumę, poczucie winy, oczyszczenie - podobne rzeczy dzieją się tu poprzez czyny i gesty, próby ocalenia i akty poświęcenia. Jeśli ta fabuła nie jest po prostu plastikowym tworem popkultury to wielka w tym zasługa Shailene Woodley, aktorki bardzo dalekiej zarówno od typowej bohaterki kina akcji, jak i delikatnej, kruchej kobietki. Woodley z powodzeniem tchnęła w Tris trochę realnego cierpienia wynikającego z pełnienia roli, która dziewczynę uwiera, marginalizuje, nieprzerwanie prześladuje. 
 
Niemniej jednak, "Seria Niezgodna: Zbuntowana" to dosyć ironiczny przykład koła, jakie zatoczyło kino. Na przełomie lat 80. i 90. mieliśmy kino rządzone przez facetów ze stali w stylu Sylvestra Stallone, Bruce'a Willisa czy Arnolda Schwarzeneggera. Potem mieliśmy etap bohaterów z ludzką twarzą - Batmana, który płakał i Jamesa Bonda, który nie nadążał za tempem akcji. A teraz mamy czas silnych kobiet, których nie ima się żadna kula ani cios. 
 
[Urszula Lipińska]