"Śmieć" (recenzja): "Goonies" ze slumsów

 

"Śmieć" ("Trash"), reż. Stephen Daldry (2014)
 
Choć przy okazji Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej Brazylia próbowała ocieplić swój wizerunek, prawda jest brutalna: większość mieszkańców żyje w skrajnej nędzy. Mafie wykorzystują dzieci do przekopywania gór śmieci bogatej ludności w poszukiwaniu kosztowności. Ale smutna rzeczywistość nie stanęła na przeszkodzie Stephenowi Daldry'emu, żeby w filmie "Śmieć" opowiedzieć klasyczną optymistyczną historyjkę o wesołych dzieciakach poszukujących skarbu.
 
"Śmieć" jest adaptacją powieści Andy'ego Mulligana. Troje chłopców z biednej dzielnicy znajduje tajemniczy portfel, w którym ukryte są wskazówki prowadzące do kradzionych pieniędzy. Bohaterowie muszą wykazać się sprytem, żeby umknąć ludziom skorumpowanego polityka. 
 
Kto jak kto, ale Stephen Daldry ma kompetencje do  prowadzenia młodych aktorów. W "Billym ElliocieJamie Bell wytańczył sobie międzynarodową karierę, a po romansie z Kate Winslet w "LektorzeDavid Kross dostał główną rolę u Spielberga. Chłopcom ze "Śmiecia" będzie trudniej się wybić w świecie filmu, choć są bardziej wyraziści niż Martin Sheen w roli poczciwego księdza alkoholika, czy Rooney Mara jako zdeterminowana pracowniczka społeczna. Niedoświadczeni aktorsko emanują pozytywną energią i trzymają film w ryzach, gdy zawodzą profesjonalni twórcy.
 
Cała historia utrzymana jest w bajkowej konwencji, mimo kilku brutalnych scen. Scenariusz autorstwa Richarda Curtisa, specjalisty od komedii romantycznych, jest miejscami absurdalny i kompletnie nieprzekonujący, ale również bezpretensjonalny. Poruszamy się po rzeczywistości złożonej z klisz oraz banałów, chłopcy są odpowiednio niewinni i spragnieni miłości, czarny charakter to bezwzględny sadysta, a prawdziwym szczęściem okazuje się nie bogactwo, ale jego ostentacyjne pozbycie się. 
 
Śmieć - recenzja

Twórcom trudno ukryć wyraźną inspirację "Slumdogiem", ale nie jest to jednoznaczna wada. Wizualna strona filmu przypomina dzieło Danny'ego Boyle'a, eksponując turystyczny i stereotypowy potencjał miejsca akcji, tylko zamiast Indii mamy Brazylię. Nawet slumsy i skrajna bieda przedstawione są tu w atrakcyjny sposób. Gdzie fabuła zawodzi, do gry wchodzą operator i montażysta, z szaleńczym zapałem podrzucając kolejne sceny pościgów i gonitw. 
 
Nie da się odmówić filmowi pokaźnej ilości wdzięku i energii. Zazwyczaj to wystarcza, jednak bajkowa konwencja służąca do opowiedzenia historii o skrajnej biedzie jest tutaj pustą formą. Mniej więcej w połowie filmu orientujemy się, że obraz o niczym nie opowiada, mimo obietnic. Fantastyczna forma zaczyna przez to irytować, wpadające w ucho rytmy zagłuszają treść, a obowiązkowy happy end ocieka fałszem. Bo feel-good movie powinien nieść jakąś nadzieję, tutaj jedyną szansą na lepszy los staje się czysty przypadek. 
 
[Marek Baranowski]