"Snajper" (recenzja): najlepszy Eastwood od wielu lat


"Snajper" ("American Sniper"), reż. Clint Eastwood (2014)

Film "SnajperClinta Eastwooda rozbił bank. Rekordy frekwencyjne w amerykańskich kinach i sześć nominacji do Oscarów - równanie staje się proste: mamy do czynienia z jedną z najważniejszych premier tego roku. A przy okazji najlepszym dziełem Eastwooda od kilku dobrych lat.

Chris Kyle to postać otoczona w USA prawdziwym kultem - prosty chłopak z Teksasu, który zaciągnął się do Marynarki i został najskuteczniejszym snajperem w historii armii Stanów Zjednoczonych. W 2012 roku, po opuszczeniu US Navy, napisał autobiograficzną książkę, która posłużyła za scenariusz filmu Eastwooda. Z miejsca stała się ona bestsellerem, ugruntowując pozycję Kyle'a jako najsłynniejszego amerykańskiego żołnierza. Stała się też ona jednak źródłem licznych kontrowersji. Tych "Snajper" nie dotyka. W świecie przedstawionym przez Eastwooda, czy to na wojnie, czy wśród rodziny Kyle'a, przeważa czerń i biel.

Bradley Cooper w głównej roli jest właściwie bezbłędny. Nie ma znaczenia, czy widzimy go akurat jako zawziętego żołnierza osłaniającego swoich braci, czy jako skromnego ojca i męża, który musi zmagać się z powojenną traumą. Zmieniony fizycznie Cooper przekonuje w obu przypadkach, a w kilku scenach ociera się o aktorski geniusz, jakiego chyba nikt by się po nim nie spodziewał. Równie udana jest rola Sienny Miller, wcielającej się w jego żonę. Jednak Eastwood nie wykorzystuje do końca tego, na co stać było obsadę. Gubi się w narracji, przez co film traci tempo. Kolejne misje oddzielane są epizodem rodzinno-obyczajowym, co nie zawsze służy dynamice.

Gdy do reżyserii "Snajpera" przymierzał się Steven Spielberg, chciał on przedstawić historię z dwóch perspektyw - Kyle'a i jego nemezis, syryjskiego snajpera Mustafy, obecnych w fabule na zasadzie lustrzanego odbicia. Wersja Eastwooda jest bardziej klasyczna w formie. Wydaje się, że temat potraktowany został przez niego "od linijki" - jest tu trochę wojny, trochę patriotyzmu, trochę wychowania w oparciu o tradycyjne wartości, wreszcie trochę biografii interesującego człowieka. Brak tu jednej interesującej myśli przewodniej. Mógł nią być wpływ, jaki wojna wywiera na późniejsze losy żołnierzy, ich zmagania ze stresem pourazowym itd., ale film zaledwie powtarza to, co już zostało w tej kwestii powiedziane.

"Snajper" to najlepszy film Clinta Eastwooda od kilku dobrych lat i co do tego nie ma żadnych wątpliwości. Niedosyt polega na tym, że mógł być to nawet film wybitny. Z lokalno-patriotycznych pobudek do kin wybrał się chyba cały Teksas, a poza tym kupienie biletu na "Snajpera" przez gros widzów traktowane jest niczym polityczny manifest, środkowy palec pokazany liberałom. Do pochwały wojny w Iraku Eastwoodowi jednak daleko. Nie można zapominać o tym, że każdy film wojenny to tak naprawdę film antywojenny. Nie inaczej jest w tym przypadku. Gdy na ekranie przeważa czerń i biel, łatwo można jednak tego nie zauważyć.
 
[Karol Barzowski]