Spotlight
  • 4.2
  • 2
Spotlight

"Spotlight", reż. Thomas McCarthy (2015)

Idealne dla: miłośników filmów "Pierwsza strona", "Wszyscy ludzie prezydenta", "Pokusa"

"SpotlightThomasa McCarthy'ego odwołuje się do gorącego tematu, badając jeden z bardziej rozrośniętych skandali pedofilskich w kościele katolickim - ten w stanie Massachusetts opisany ma łamach "Boston Globe" w 2003 roku. Choć śledzi się w nim proces powstania głośnego artykułu dosyć drobiazgowo, reżyser sprawnie omija rozmaite pułapki tego typu fabuł. 

W biurze jednostki "detektywistycznej" dziennika "Boston Globe" zwarta grupa dziennikarzy rozpracowuje sprawy miesiącami. Na warsztat trafił im się wyjątkowo apetyczny, acz niełatwy, kąsek: sprawa pedofilii w kościele katolickim. Zaczyna się od kamyczka, ale długo nie trzeba czekać, aby sprawa zaczęła swoimi mackami zataczać coraz szersze kręgi. Spotkania z ofiarami, byłymi duchownymi, ich prawnikami i politykami ujawniają olbrzymią sieć powiązań i gigantyczny rozmiar sprawy.

McCarthy'ego nie interesuje cena, jaką dziennikarze płacą za pracę nad takim tekstem - w jego filmie bohaterowie nie mają życia prywatnego, ledwo widać ich w rodzinnym kontekście. Nie ma tu epatowania skandalem, zdjęć, pikatnych i szczegółowych historii. Nikt specjalnie nie próbuje też naszej dzielnej grupie przeszkodzić i dodać filmowi waloru sensacyjnego. Jedne, co mąci w ich długiej, drobiazgowej robocie, to wyrzuty sumienia. Nigdy nie pada w filmie pytanie o przewidywane konsekwencje powstawania tego tekstu, nikomu pióro ani razu się nie zachwieje, a przy tym - co jest bodaj  największą wartością "Spotlight" - do samego końca nie wiadomo, czy artykuł w końcu się ukaże czy nie.

Mimo, że akcja filmu rozgrywa się w czasach nie tak odległych od naszych, ogląda się "Spotlight" niczym pocztówkę z innego świata. Dzieje się tak głównie za sprawą sposobu, w jaki pokazuje się w nim dziennikarstwo - jako poważny zawód, w którym poświęca się mięsiące, a czasami lata na długie śledztwo kończące się jednym artykułem. Artykułem, nad którym pracuje sztab ludzi, zarywając noce i ryzykując życie. To też takie dziennikarstwo sprzed epoki internetu. Bohaterowie nic nie nagrywają, podczas rozmowy sporządząją tylko notatki, a biorąc pod uwagę, że rozpracowują coś, co zakrawa na olbrzymi skandal, ta nieadekwatność używanych przez nich środków do rozmiarów wręcz zadziwia. McCarthy jest bowiem szczery. Nie oszukuje, że dziennikarska robota to najbardziej ekscytująca profesja na świecie i nawet nie stara się wyjąć ze swojego filmu momentów nudy - tego, że bohaterowie głównie robią wywiady, wiszą na telefonie, przeglądają archiwa i wiecznie coś notują. Ma to w sobie osobliwą nutkę nostalgii, a nawet rodzaj hołdu dla zjawiska, którego właściwie już nie ma, a szkoda - bo miało ono siłę rażenia czasami wręcz światową.

[Urszula Lipińska, 72. MFF w Wenecji]