• Redakcja
    Redakcja
Steve Jobs
  • 3
  • 0
Steve Jobs

"Steve Jobs" z perspektywy fanboya Androida

Idąc na "Steve'a Jobsa", spodziewałem się dostać Oscarową i epicką popisówę w stylu polskich "Bogów". Akcja miała dziać się wartko, a wydarzenie miało gonić wydarzenie. Oczekiwałem także filmu, w którym technologia będzie miała duże znaczenie.  Dostałem coś zupełnie innego. 

Mimo że czytałem świetną biografię Jobsa, autorstwa Waltera Isaacsona, to jednak (delikatnie rzecz ujmując) nie jestem fanem marki z logiem nadgryzionego jabłuszka… I nie zostanę, ale po kolei. Tak, tak, jestem wielkim fanem zielonego robocika i okienek.

Człowiek na tle samego siebie

Bardzo lubię filmy opowiadające o jednym człowieku na tle jakichś wydarzeń historycznych. Tak skonstruowany był "Szeregowiec Ryan" czy "Forrest Gump" (nomen omen w obu rolach Tom Hanks). Tutaj mamy podobną sytuację, ale bardziej zagmatwaną. Mianowicie główny bohater pokazywany jest na tle wydarzeń, które sam kreuje. Steve Jobs otacza nas sobą od początku do ostatniej chwili. Scen, w których nie ma głównego bohatera, jest w obrazie niewiele. Wszystko kręci się dookoła tytułowego bohatera.

Film Danny'ego Boyle'a ukazuje Jobsa przed premierami trzech ważnych urządzeń Apple. W tych momentach odbywają się wszystkie sceny, które de facto zamykają się w rozmowach. Umieszczenie akcji w zamkniętych pomieszczeniach nadaje dziełu kameralności. 

Mamy tutaj kilka genialnych scen, jak na przykład spór Wozniaka z Jobsem, relcacje między Joanną Hoffman a Jobsem, czy wisienka na torcie: okrucieństwo doprawione porcją miłości Jobsa wobec swojej córki Lisy. Ostatnią tak dobrą szermierkę na słowa widziałem w "Rzezi" Polańskiego. Wszystko to ma jednak na celu pokazanie jednego - Steva Jobsa i jego niejednoznaczności jako człowieka. Nie ma tutaj pościgów czy innych głupot. Nie ma pocałunków, motywów romantycznych, ale nie można powiedzieć, że nie ma emocji. To one są siłą tego filmu. 

Kate Winslet, czyli magia totalna

"Poprzedni" Jobs, w wykonaniu Ashtona Kutchera, był albo nijaki, albo przerysowany. Fassbender natomiast stworzył postać z krwi i kości. Zagrał niesamowicie. Poruszyła mnie również obsada aktorska otaczająca Fassbendera. Seth Rogen w roli Steva Wozniaka pokazuje, na co go stać i jak dobrym aktorem potrafi być. Jeff Daniels jako CEO Apple - John Sculley, tworzy postać najbardziej dojrzałą obok Jobsa. Sam nie wiedziałem czy bardziej go lubię czy bardziej mnie irytuje. Kate Winslet jako szefowa marketingu i prawa ręka Jobsa - Joanna Hoffman (ciekawostka, to córka TEGO Jerzego Hoffmana) zagrała… magicznie! To najlepsza kobieca rola drugoplanowa jaką pamiętam. Zatrudnienie mocnej obsady było strzałem w dziesiątkę. Nie ma tu miejsca na złą grę. Wszystko jest dopieszczone w każdym szczególe. 

To się nie mogło nie udać

Wielkie pokłony dla Danny'ego Boyle'a. W filmie, w którym wydaje się, że nie ma miejsca dla akcji i napięcia, reżyser wykreował je lepiej niż koledzy po fachu w - dajmy na to - "Szybkich i wściekłych". "Steve'a Jobsa" ogląda się na jednym wdechu, czujemy, jakby trwał on 30 minut. I tutaj na deser czas na mojego ulubieńca, czyli Aarona Sorkina. Jestem wielkim fanem takich filmów i seriali jak "The Social Network", "Newsroom", ale przede wszystkim "Prezydenckiego pokera". Wszystkie te tytuły łączy osoba Sorkina. Kiedy dowiedziałem się, że to on będzie pisał scenariusz do "Steve'a Jobsa", wiedziałem już, że będzie dobrze. Ale nie spodziewałem się, że aż tak. Opowieść, jak pisałem wyżej, jest świetnie poprowadzona. Widz, nieważne czy obeznany z technologią czy nie, może zagłębić się w świat Jobsa, w jego myślenie i uczucia. Nieważne, czy go polubi czy znienawidzi. Istotne, że nie przejdzie obok niego obojętnie. I wiecie co? To tak samo jak z firmą Apple. Możecie ją hejtować, możecie ją kochać i rozbijać namioty pod sklepami w Dreźnie, jak to robią niektórzy polscy blogerzy tech, ale NIE MOŻECIE PRZEJŚĆ OBOK TEMATU OBOJĘTNIE. 

Film na trzy sposoby

Filmy dzielę na trzy typy. Te, które nie wywołują po seansie we mnie żadnych emocji, te, które od razu kopią mnie w zęby, kiedy wstaję z fotela w kinie i te, które dojrzewają we mnie po dwóch dniach, kiedy wtedy rozumiem "jakie to było WOW". "Steve Jobs" w wersji Danny'ego Boyle'a, z tytułową rolą Micheala Fassbendera, należy do tej trzeciej grupy. Ostatnio czułem się tak po genialnym "Locke" z Tomem Hardym.

I wiecie co? Dalej nie lubię Apple, dalej nie trawię Jobsa, ale nie umiem po obejrzanej historii tak po prostu powiedzieć, że to było słabe kino. To było wspaniałe kino, które mnie wkurza i którego nienawidzę :) Szczere 9/10.

PS Tekst powstał na Maku. Nie pytajcie dlaczego. Bolało. 

[Sławek Agata]