"Straszny film 5": morda w kibel

 
Prawdziwym gwoździem do trumny nowej odsłony "Strasznego filmu" jest poziom dowcipu. Analizując ją pod tym kątem, można uznać, że to produkt rozpaczliwy.
 
Po siedmiu latach ciszy przypomina o sobie seria ''Straszny film 5''. Franczyza, która ze zmiennym szczęściem w mniej lub bardziej wybredny sposób parodiowała przede wszystkim współczesne kino grozy, dała się jednak zapamiętać dzięki kilku udanym dowcipom i znakomitemu talentowi komicznemu Anny Faris.
 
Nowa część, w której Faris zastąpiono uciekinierką ze stajni Disneya, Ashley Tisdale, to wypadkowa przenoszonej ciąży i poronienia. Z jednej strony w filmie roi się od odwołań do kasowych hitów sprzed paru lat (''Paranormal Activity'', ''Incepcja"), z drugiej – kościec fabularny ''Strasznego filmu 5'' oparty jest w głównej mierze na historii znanej z ''Mamy'', która miała premierę raptem trzy miesiące temu. Jeśli dodamy do tego odwołania do ''Martwego zła'' (premiera: tydzień przed ''Strasznym filmem 5''!), ów dysonans będzie jeszcze bardziej wyraźny. Twórcy nabijają się więc z blockbusterów, które mogły spokojnie wyparować z pamięci widzów oraz powołują się na tytuły wciąż jeszcze grane w kinach. Ale nawet dzieci w szkołach uczą się, że powstawanie filmu to proces składający się z kilku etapów: okresu przygotowań, produkcji, postprodukcji. Dowcipy z ''Martwego zła''' sugerują, że film powstawał w stachanowskim wręcz tempie, mimo że parodiuje się tutaj bardziej oryginał Sama Raimiego niż remake (zakładam, że scenarzyści znali jedynie trailer i na kolanie dopisali te ostatnie nawiązania).
 
Obok przejrzałych dowcipów mamy więc półprodukty; jakby autorzy jeszcze nie do końca wiedzieli, czy sparodiują coś, co rzeczywiście znajdzie się w filmie, który powstawał równolegle. To zarzut niebagatelny – wszak aktualność jest kluczową zasadą filmowej parodii. W ''Strasznym filmie 5'' nie można o niej mówić – film rezygnuje nawet z normy, której z grubsza trzymały się poprzednie części (a którą było nabijanie się z kina grozy), żartując sobie z tych tytułów, które podczas pisania skryptu po prostu przyszły scenarzystom na myśl.
 
Ale nieświeżość idąca w parze z fałszywą aktualnością nie czyni przecież z miejsca filmu złym. Prawdziwym gwoździem do trumny nowej odsłony jest poziom dowcipu. Analizując ''Straszny film 5'' pod tym kątem, można uznać, że to produkt rozpaczliwy. Autorzy serwują nieśmieszne, a często do cna żenujące dowcipy i powtarzają je kilkukrotnie, jakby wierząc, że nawet najgłupszy kawał opowiedziany po raz setny może rozbawić; jakby zakładali, że widz jest idiotą i może nie zrozumieć za pierwszym razem.
 
Nie jestem człowiekiem pruderyjnym, nie płakałem po papieżu i nie gorszy mnie humor fizjologiczny, ale w '''Strasznym filmie 5'' nawet poziom kloacznych dowcipów (które, podobnie jak w rodzimym ''Kac Wawa'', wypełniają 90% metrażu) jest – nomen omen – gówniany. Bohaterowie obrzucają się kałem na prawo i lewo, pakują głowy w muszle klozetowe i do znudzenia serwują te same, czerstwe teksty. 
 
Dziw tylko bierze, że tego kawałka celuloidu ręce przyłożyli odpowiedzialni tu za scenariusz David Zucker i Pat Proft – twórcy m.in. ''Nagiej broni'' czy ''Hot Shots!'', powszechnie uznawanych przecież za wzorcowe parodie filmowe. 
 
Nie wspominam w recenzji ani słowa o treści, ale nie ma to najmniejszego sensu – byle jak polepiona ''historia'' wyparuje z waszych głów chwilę po wyjściu z kina. O ile: a) odważycie się pójść, b) ktokolwiek zdoła wysiedzieć do końca. 
[Jacek Dziduszko]