Szkoda szkolnej młodzieży, która będzie zapewne straszona tym koszmarem w ramach lekcji historii.
 
Twórcy "Syberiady polskiej" dedykują ją wszystkim polskim Sybirakom, dotkniętym sowieckimi prześladowaniami czasu wojny. Gdybym był jednym z ocalałych, czułbym się znieważony filmem tak tragicznie słabym.
 
Pisząc te słowa, czuję się podwójnie niezręcznie. Po pierwsze dlatego, że wyżywanie się na produkcji, przy której polsatowskie telenowele urastają do rangi arcydzieł, przypomina kopanie dziecka. Jakby to powiedzieli bracia Coen: okrucieństwo nie do przyjęcia. Po drugie, bo reżyserem tego kuriozum jest Janusz Zaorski, autor kilku obrazów znakomitych, które już zapisały się w historii kina, jak "Piłkarski poker", jeden z najlepszych filmów o tematyce futbolowej, czy wspaniałe dzieła historyczne: "Jezioro Bodeńskie" i "Matka Królów".
 
Niestety, recenzencka uczciwość nie pozostawia miejsca na sentymenty. "Syberiada polska" broni się tylko urokliwymi zdjęciami przyrody. Wszystko poza tym jest złe. Najmniej w tym winy aktorów. Grają, co im dano, a że scenariusz przypomina serię przypadkowych scen, niezdarnie posklejanych wokół fabularnej osi, jaką są losy wywiezionej za Krasnojarsk rodziny Dolinów, to i efekty wyglądają nie najlepiej. Deus co chwila wyskakuje tu ex machina, zbiegi okoliczności wykraczają poza wszelkie granice prawdopodobieństwa. Zamknięty w więzieniu bohater przypadkiem spotka aresztowaną wcześniej towarzyszkę niedoli. Po opuszczeniu łagru bohaterowie trafią w mieście na obozowego lekarza, pielęgniarkę, dawnego komendanta, a nawet szeregowych strażników, co dla fabuły będzie miało znaczenie decydujące (strzelbą, która wypali w finałowym akcie, jest tu zwędzony przez jednego z żołnierzy składany nóż).
 
Niemal każda scena posępnie szeleści fabularną kliszą. Każdy Polak będzie tu szlachetny. Żydowskość okaże się stanem przejściowym; bohaterka wyznania mojżeszowego na widok darowanego krzyżyka zrozumie, gdzie naprawdę przynależy jej polska dusza. Szansa zniuansowania wizerunku bohaterów, pojawiająca się w romansie jednej z Polek z rosyjskim oficerem, zostaje zaprzepaszczona. Po raz kolejny oglądamy coraz bardziej irytujący w polskiej kulturze, antyrosyjski resentyment, którego nie jest w stanie przesłonić nawet lekarz z córką, robiący tu za "dobrych Niemców".
Często zdarzają się sceny o niezamierzonym potencjale komicznym. Relacja Jana Doliny z najstarszym synem uderzająco przypomina... homoseksualny romans. Nie ma tu zwykłej, rodzicielskiej czułości. Jest namiętne głaskanie się po twarzach, długie spojrzenia prosto w oczy, ojcowski szept "Zarosłem synu, zarosłem", gdy synowska pieszczota napotyka na policzkach taty szorstką przeszkodę. Nie wykluczam, że wbrew intencjom twórców "Syberiada polska" stanie się filmem czytanym kampowo.
 
Szkoda mi Sybiraków, którzy zasłużyli na dobry film portretujący ich losy. Szkoda szkolnej młodzieży, która będzie zapewne straszona tym koszmarem w ramach lekcji historii. Szkoda wszystkich polskich widzów, bo radzieckie prześladowania są ważnym i wciąż słabo w kinematografii obecnym fragmentem naszych dziejów. Szkoda zmarnowanej szansy, i szkoda wielu milionów złotych, które twórcy tej produkcji utopili w syberyjskich bagnach.
[Michał Zygmunt]