• Marta Bałaga
    Marta Bałaga
The Happiest Day in the Life Of Olli Mäki
  • 0
  • 0
The Happiest Day in the Life Of Olli Mäki

"The Happiest Day in the Life Of Olli Mäki" [recenzja]

"The Happiest Day in the Life Of Olli Mäki" ("Hymyilevä mies"), reż. Juho Kuosmanen (2016)

Idealne dla: fanów "Rocky'ego", choć "włoski ogier" chyba nie zrozumiałby luźnego podejścia fińskiego boksera. Albo, zachęcony jego przykładem, wreszcie podarowałby sobie treningi w rzeźni i od razu pobiegł do Adrian.

Takiego werdyktu nie spodziewał się nikt, ale cieszyli się z niego wszyscy: debiutancki film Juho Kuosmanena okazał się zwycięzcą prestiżowej sekcji Un Certain Regard. Jego czarno-biały, nakręcony na taśmie 16 mm dramat to mała perełka, którą w latach 60. mógłby nakręcić sam Jerzy Skolimowski. Zupełnie jak tytułowy bohater nie wyróżnia się może niczym szczególnym, ale ma wielkie serce. 

Finlandia, 1962. Przed skromnym piekarzem Olli Mäki (Jarkko Lahti) stoi życiowa szansa: ma stoczyć walkę życia z mistrzem świata w wadze piórkowej Davey'em Moorem (John Bosco Jr.). Waży wprawdzie o kilka kilogramów za dużo i brak mu doświadczenia słynnego rywala, ale prasa i sponsorzy za wszelką cenę próbują zrobić z niego bohatera dumnie spoglądającego z pierwszych stron gazet. Zamiast spędzać każdą wolną chwilę na treningach, Olli woli jednak spędzać czas z poznaną na weselu Raiją (Oona Airola). W której, ku przerażeniu swojego ambitnego menedżera, chyba się… zakochał.

 

  • zdjęcie nr.1
  • zdjęcie nr.2
  • zdjęcie nr.3
  • zdjęcie nr.4
Kadry z filmu "The Happiest Day in the Life Of Olli Mäki", reż. Juho Kuosmanen

Film Kuosmanena, który wcześniej zdobył w Cannes liczne nagrody za krótkie metraże, jest tak uroczy, że łatwo zapomnieć o tym, że opowiadana w nim historia wydarzyła się naprawdę: starcie, które 26-latkowi z małego miasta Kokkola miało zapewnić chwałę i uwielbienie narodu, potoczyło się inaczej niż zakładano a ten… w ogóle się tym nie przejął. Nic więc dziwnego, że zamiast sekwencji treningowych fiński reżyser skupia się raczej na narodzinach nieśmiałego uczucia, odwracając tym samym wszystkie schematy i klisze filmów opowiadających o sporcie. 

Mimo monochromatycznych zdjęć Jani-Petteri Passi, "The Happiest Day in the Life of Olli Mäki" nie jest próbą odtworzenia starej pocztówki z epoki. Kuosamen ma oko do szczegółu - może dlatego to, co dzieje się na drugim planie, często okazuje się znacznie ciekawsze od przygotowań do zbliżającej się walki. Zachowując prawdziwie luterańską wstrzemięźliwość twórca pokazuje świat, w którym o rękę wybranki prosi się wchodząc po schodach do autobusu, a rozrywkę zapewnia strącanie do wody dziewcząt poprzebieranych za syrenki. Nie wspominając już o tym, że scena, w której filmowcy przygotowujący dokument o Olli próbują uchwycić jego "codzienne życie", to slapstick w stanie czystym. 

"Kiedy już będzie po wszystkim, będziesz mógł powiedzieć, że 17 sierpnia 1962 roku był najszczęśliwszym dniem w twoim życiu" - słyszy Olli od swojego managera. Jego słowa okazują się prorocze, choć z innego powodu, niż można by się spodziewać. To film o tym, że czasem wcale nie trzeba zwyciężać. Sylvester Stallone dostałby zawału.

[Marta Bałaga, 69. Festiwal Filmowy w Cannes]