• Marta Bałaga
    Marta Bałaga
Klient
  • 0
  • 1
Klient

"The Salesman" ("Forushande"), reż. Asghar Farhadi (2016)

Idealne dla: wszystkich, którzy po pięciu latach wciąż nie potrafią zapomnieć o nagrodzonym Oscarem "Rozstaniu"

Asghar Farhadi wraca do Iranu po francuskim epizodzie na planie "Przeszłości" i znajduje inspirację u… Arthura Millera? W swoim najnowszym filmie opowiada o traumie, która zmienia całe życie i bawi regułami kina gatunkowego. Robi to jednak na tyle subtelnie, że zgrabna forma thrillera psychologicznego szybko okazuje się zaledwie pretekstem do głębszej refleksji. Inteligentne, ambitne kino.

Rana i Emad (doskonali Taraneh Alidoosti i Shahab Hosseini) są szczęśliwym młodym małżeństwem. Wszystko zmienia się, gdy w środku nocy muszą nagle opuścić swój dom w Teheranie - budynek, w którym mieszkają, w każdej chwili może się zawalić. Znajomy (Babak Karimi) szybko pomaga im znaleźć nowe mieszkanie, ale ku słabo maskowanej irytacji Rany okazuje się, że była lokatorka pozostawiła w nim swoje rzeczy. I najwyraźniej nie poinformowała jeszcze wszystkich o przeprowadzce. 

  • zdjęcie nr.1
  • zdjęcie nr.2
  • zdjęcie nr.3
  • zdjęcie nr.4
  • zdjęcie nr.5
  • zdjęcie nr.6
Kadry z filmu "The Salesman", reż. Asghar Farhadi

Dzieła Farhadiego są uniwersalne, ale nie da się zupełnie uciec w nich od polityki. Tym razem społeczne podziały nie odgrywają wprawdzie tak istotnej roli jak w "Rozstaniu" czy "Perskim Nowym Roku", lecz wciąż da się je wyczuć; nawet młodzi i, wydawałoby się, nowocześni przedstawiciele klasy średniej nie są wolni od uprzedzeń. Gdy tragiczne wydarzenie (Rana zostaje zaatakowana przez klienta zmuszonej do opuszczenia mieszkania prostytutki) nagle stawia ich w pozycji potępianej wcześniej osoby, nie potrafią sobie z tym poradzić. 

Ich zmagania odzwierciedla amatorska produkcja "Śmierci komiwojażera", w której Emad gra Willy’ego Lomana, a Rana jego żonę Lindę. Połączenie jednej z najsłynniejszych amerykańskich sztuk wszech czasów z regułami obowiązującymi w Iranie wprowadza trochę potrzebnego humoru (no bo jak inaczej określić sytuację, w której zakryta po szyję aktorka grająca prostytutkę udaje, że… wcale nie jest ubrana), ale dopiero pod koniec można wyłapać wszystkie podobieństwa pomiędzy tekstem Millera i tym, przez co przechodzą bohaterowie. Loman i Emad to dobrzy w gruncie rzeczy ludzie, którzy zawodzą swoich bliskich. I muszą nauczyć się żyć z tą świadomością.

"Film powinien zaczynać się od trzęsienia ziemi. Potem zaś napięcie ma nieprzerwanie rosnąć" - powiedział kiedyś Alfred Hitchcock. Po premierze "The Salesman" na festiwalu w Cannes często przywoływano to słynne zdanie i łatwo zrozumieć dlaczego: chaotyczne sceny przedstawiające pośpieszną ewakuację budynku od razu wprowadzają w nastrój zagubienia i podskórnego niepokoju, który już nie mija. Nawet wtedy, kiedy wydaje się, że bohaterowie są wreszcie na dobrej drodze do tego, żeby zapomnieć o tym, co ich spotkało. Sytuacja Rany i Emada przypomina trochę opuszczone przez nich w pierwszych minutach filmu mieszkanie; nie grozi im już nagła katastrofa, ale głębokie pęknięcia na ścianie wciąż przypominają o przeżytym strachu.  

Choć brakuje mu subtelności wcześniejszych filmów irańskiego reżysera, a kilka wątków wydaje się narysowanych nie tyle grubą kreską, ile wałkiem do malowania, "The Salesman" to dramat, który pulsuje wewnętrznym napięciem. Długo oczekiwana konfrontacja nie przynosi ulgi, tylko pogłębia jeszcze barierę pomiędzy małżonkami - jak zauważył autor słynnego "Pachnidła", niemiecki pisarz Patrick Süskind, nie można mieć wszystkiego naraz: i zemścić się na świecie, i żyć dalej. Można jednak robić o tym filmy. 

[Marta Bałaga, 69. Festiwal Filmowy w Cannes]