• Ola Salwa
    Ola Salwa
Ikona
  • 5
  • 0
Ikona

Wojciech Kasperski: "Ikona" to film mojego życia [wywiad]

Kiedy pracuję, myślę o człowieku, film jest drugorzędny - mówi Wojciech Kasperski, który za dokument "Ikona" otrzymał Złotego Lajkonika oraz FIPRESCI na 56. Krakowskim Festiwalu Filmowym. 

Ola Salwa: Rosję pokazywałeś już w swoich poprzednich filmach dokumentalnych: "Nasiona" i "Otchłań". Jak trafiłeś do szpitala psychiatrycznego, który pokazujesz w "Ikonie"? Czego lub kogo szukałeś?

Wojciech Kasperski: Młodego lekarza, który właśnie skończył studia i zaczyna swoją pierwszą praktykę w szpitalu. Czyli ze świata podręczników i ideałów wchodzi w prozę życia, a najlepiej gdyby się mierzył z jakimś nieuleczalnym przypadkiem, bo chciałem pokazać jego twarde lądowanie w rzeczywistości. Jeszcze z Warszawy przywieźliśmy wraz z moją asystentką oraz Łukaszem Żalem listę adresów, pod którymi mieliśmy największe szanse znaleźć takiego lekarza i taki przypadek, czyli oddziały onkologiczne lub te dla weteranów cierpiących na wojenną traumę, braliśmy też pod uwagę hospicja. Wsiedliśmy w Irkucku do samochodu, włączyliśmy licznik i jeździliśmy po wszystkich większych miastach w okręgu. Było bardzo ciekawie, na przykład w jednym ze szpitali trafiliśmy na oddział, gdzie przebywają żołnierze z kilku pokoleń, jedni walczyli w Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej, inni w Afganistanie, a jeszcze inni w Czeczenii. Przejechaliśmy cztery tysiące kilometrów, gdy trafiliśmy wreszcie na naszego bohatera, adepta medycyny mierzącego się z beznadziejnymi przypadkami. Tyle tylko że miał on 74 lata i od 45 lat pracował w tym samym miejscu: szpitalu dla chorych psychicznie  który mieści się w dawnym carskim więzieniu. Od tego zaczęliśmy. 

  • zdjęcie nr.1
  • zdjęcie nr.2
  • zdjęcie nr.3
Kadry z filmu "Ikona", reż. Wojciech Kasperski

Pracowałeś w małej, trzyosobowej ekipie z operatorem Łukaszem Żalem i tłumaczką Anną. Jak wchodziliście w szpitalną rzeczywistość? To oddział kobiecy, na którym pracuje ledwie garstka lekarzy, więc siłą rzeczy nie mogliście się "wtopić w tłum". Udawaliście pielęgniarzy?

Rzeczywiście na początku pielęgniarski chciały nas wcisnąć w kitle, ale bardziej dla żartu. Przede wszystkim staraliśmy się poznać personel i pacjentów. Kiedy pracuję, myślę o człowieku, film jest drugorzędny. Początkowo więc kamera poszła na bok, a my się szwędaliśmy po oddziale, rozmawialiśmy z ludźmi, pytaliśmy, jak personel traktuje pacjentki. Zdawaliśmy sobie sprawę, że szpitalna rzeczywistość była dla nas wykreowana, bo szefowie instytucji chcieli na nas, filmowcach, zrobić dobre wrażenie: pacjentki dostawały dwudaniowe obiady z deserem, pomieszczenia były ciągle sprzątane, malowane. Szopka. Dopiero, gdy personel zobaczył, że niczego jeszcze nie kręcimy i że nie wyjedziemy po dwóch, trzech dniach, tylko zostaniemy na dłużej, machnęli na nas ręką jak na natrętów i przestali się nami przejmować. Pierwszy raz kamerę włączyliśmy po dwóch tygodniach pobytu i nie było żadnego problemu z zarejestrowaniem czegokolwiek, bo i pacjenci i pracownicy traktowali nas już powszednio, jak stały element szpitala. Z drugiej strony zobaczyli, że spędzamy z nimi dużo czasu, że jesteśmy na nich uważni, słuchamy, co mówią, obserwujemy, co robią i że się z niczym nie spieszymy; jeśli przychodziliśmy o 8 rano, to dopiero koło 10 zaczynaliśmy coś z Łukaszem kręcić. Film powstawał więc naturalnie, niespiesznie, zresztą nie mam tendencji do prowokowania zdarzeń czy zagęszczania rzeczywistości. Spędziliśmy w szpitalu miesiąc, kręciliśmy dwa tygodnie i wyjechaliśmy ze 180 godzinami nagranego materiału.  

Przyjechaliście nakręcić film o lekarzu, ale zrobiliście go także o jego pacjentkach, które nie zawsze są psychicznie chore, lub w ogóle zaburzone, część z nich to po prostu bezdomne lub dorosłe dziewczyny z domów dziecka. Jak do tego doszedłeś?

Zaczęliśmy od portretowania lekarza, byliśmy z nim codziennie na obchodzie, obserwowaliśmy szpital z jego perspektywy, a więc siłą rzeczy kierowaliśmy spojrzenia także na pacjentki, którym poświęcał swoją energię. Chciałem zobaczyć też ich punkt widzenia, starałem się spędzać z nimi cały dzień, co na początku dla nich było zaskakujące, a potem wyraźnie nam dali do zrozumienia, że nas im brakuje, że chcą, byśmy na nich patrzeli, byli z nimi. Podczas tych długich rozmów dowiadywaliśmy się, że w szpitalu w zasadzie leczenia nie ma: wszyscy pacjenci dostają te same lub bardzo podobne leki, podaje się im wysokokaloryczne jedzenie, więc siedzą otumanieni, utuczeni i otępiali. Żyjąc w tak niezdrowej atmosferze, niektóre kobiety, te zdrowe, zaczynały naprawdę chorować. Potem dowiedzieliśmy się, dlaczego w szpitalu nie ma odwiedzin ani wyjść, choć część pacjentek mogła wrócić do świata w każdej chwili. One są ubezwłasnowolnione i musiałby odebrać je opiekun prawny - rodzic, rodzeństwo, dalsi krewni, którzy dostają z ich tytułu dość wysoką rentę nie są więc zainteresowani zmianą status quo. To było dla mnie nokautujące. Nagle się okazało, że ten szpital to metafora samotności i porzucenia - stoi w polu, z daleka od miasta, ludzie w nim są totalnie opuszczeni. "Ikona" stała się również opowieścią o samotności. 

Pokazujesz potwornie smutny świat i ludzi, których ich najbliżsi odczłowieczyli, pozbawili wolności, praw i nadziei. A jednocześnie z offu słychać głos lekarza snującego filozoficzne rozważania o duszy, pasujące bardziej do filmów Terrence'a Malicka. Dlaczego to połączyłeś?

Gdy wyjechałem na Syberię zauważyłem, że nawet w najmniejszej wiosce każdy mówi językiem poezji i filozofii. W zapyziałych dziurach mogłem prowadzić długie rozmowy o Tołstoju, Puszkinie, Kancie, Heglu... Niedawno czytałem, że dwóch kolegów od kieliszka zadźgało się nożami, bo pokłócili się o wyższość prozy nad poezją. Nie wiem, jak to jest możliwe, że w Rosji im dalej ludzie żyją od "cywilizacji", tym bliżej im do starej szkoły klasycznego, europejskiego myślenia. Oni myślą w kategoriach uniwersalnych, filozoficznych, pijąc jednocześnie szklankę wódki. To fenomen na skalę światową. Nie musiałem więc specjalnie inicjować tych filozoficznych rozważań, one są częścią syberyjskiego krajobrazu. 

Film pokazałeś pierwszy raz w tym roku, ale z rozmów pacjentek można policzyć, że pojawiliście się tam dużo wcześniej - urodzona na początku lat 90. dziewczyna obchodzi właśnie 20. urodziny.

Robiłem ten film dziesięć lat. Prace zacząłem w 2007 roku, zdjęcia lata później, montowałem prawie rok, a dopiero w 2015 roku skończyła się postprodukcja. Proces trwał bardzo długo, choćby dlatego, że samo zbieranie zgód na wykorzystanie wizerunku pacjentów w filmie trwało dwa i pół roku. Poza tym to jak na film dokumentalny droga i skomplikowana produkcja. Włożyliśmy w ten film dużo serca, zdjęcia, muzyka Antka Komasy-Łazarkiewicza, wykończenie filmu - robiliśmy to bez kompromisów ciągle rozdymając budżet.

Dekada to bardzo długo. Nie poświęca jej się na byle jaki projekt.

"Ikona" to film mojego życia, poświęciłem mu wszystko. To najważniejsza rzecz, którą miałem do pokazania i powiedzenia widzom.

To co będziesz robił dalej? Wrócisz jeszcze do Rosji?

Nie wiem, czy to dobry pomysł. Czy jest sens robić filmy dokumentalne tylko po to, żeby zrobić kolejny film? Na świecie za dużo powstaje takich produkcji, żebym chciał donieść do ekranu i do widza coś, co nie jest dla mnie ważne. Najpierw muszę poczuć, że mam coś do powiedzenia. Szukam tego w sobie. Szukam co mnie boli. Ale do tego potrzeba czasu - to jest proces i nie wiem czym się zakończy. Poza tym przygotowuję nową fabułę. Co ciekawe, część akcji mogłaby się dziać w Moskwie...

Na zdjęciu: Wojciech Kasperski, fot. www.facebook.com/Wojciech-Kasperski-313230332024589

[Rozmawiała Ola Salwa]