10 twarzy... Willa Smitha

Will Smith w "Dniu Niepodległości"
Na polskie ekrany wchodzi właśnie zmiażdżony przez zagraniczną krytykę "1000 lat po Ziemi". Grający w nim główną rolę Will Smith to aktor, którego umiejętności trudno ocenić i podsumować ze stuprocentową pewnością. Z jednej strony widać, że jeśli dostanie porządny scenariusz i szansę współpracy z dobrym reżyserem, potrafi wznieść się na naprawdę solidny aktorski poziom. Z drugiej strony, Smith najbardziej kojarzony jest jednak z ról w głupkowatych komediach. Poza tym, jeśli czyimś marzeniem jest współpraca z M. Night Shyamalanem  to albo nie widziało się jego ostatnich „dzieł", albo ma się zdecydowanie za dużo pieniędzy do wydania (Smith jest producentem „1000 lat po Ziemi")...  
Ciężko też nie zauważyć, że od kilku lat Smith systematycznie zamienia swoją rodzinę w produkt biznesowy. Kwestią czasu jest, kiedy cała czwórka - Will, Jada, Willow i Jaden - wystąpi w jednym filmie. Oczywiście nie ma nic złego w nadzorowaniu rozwoju kariery syna i jeśli narzekam na Smitha, to dlatego, że ostatni raz, gdy widziałem go w dobrej roli był w 2006 roku. Pójście w stronę aż takiego mainstreamu po prostu mnie trochę boli, bo Willa Smitha lubię, tym bardziej, że gość ma poczucie humoru i dystans do samego siebie – zajrzyjcie do bonusów na końcu tekstu.

1. "Bad boys", reż. Michael Bay (1995)

Pierwsza ważna rola Smitha, która w pewien sposób go zdefiniowała jako aktora, co będzie w stanie przezwyciężyć tylko kilka razy. Głupia, mało śmieszna komedia z kolekcji buddy movies, która wkrótce doczeka się już trzeciej części. Strach się bać.
 


2. "Dzień niepodległości", reż. Roland Emmerich (1996)

W pewien sposób kontynuacja poprzedniej roli. Smith znów grał narwanego, wyluzowanego faceta, który tym razem musiał ratować cały świat. I wyszło mu to znacznie lepiej, bo chociażby cygara zwycięstwa to bardzo fajny motyw, który można zaadoptować do własnego życia ;)
 

 
3. "Faceci w czerni", reż. Barry Sonnenfeld (1997)

Być może najbardziej znany występ Willa. Przyjemna i urocza komedia (nawet jeśli głupia), pozbawiona patosu poprzednika. I chociaż Smith wypadł na pewno gorzej od Tommy Lee Jonesa, to pozostawił po sobie przyzwoite wrażenie.
 
 

4. "Wróg publiczny", reż. Tony Scott (1998)

Pierwszy naprawdę wartościowy i dobry film, w którym zagrał Smith. Po raz kolejny aktorsko został zjedzony na śniadanie (tym razem przez Gene'a Hackmana), ale Wróg publiczny to film, do którego lubię od czasu do czasu wrócić. Także dla Willa.
 

5. "Ali", reż. Michael Mann (2001)

Po występach w „Bardzo dziki Zachód" (Złota Malina) i mniej znanym w Polsce „Nazywał się Begger Vance", Smith wzniósł się na wyżyny swoich możliwości. Idealnie wszedł w swoją postać i w ciekawy sposób pokazał jednego z najsłynniejszych bokserów w historii. Nic dziwnego, w końcu za kamerą stał sam Michael Mann (choć na pewno nie jest to najlepsze dzieło tego reżysera).
 

6. "Ja, robot", reż. Alex Proyas (2004)

Po dwóch kontynuacjach swoich wczesnych występów, Will Smith ponownie dał się namówić na film science-fiction. Zarówno film, jak i jego rolę można określić krótkim – „przyzwoicie". A szkoda, bo pewnie dało się zrobić z tego coś więcej.
 

7. "W pogoni za szczęściem", reż. Gabriele Muccino (2006)

Pierwszy film, w którym Will Smith zagrał ze swoim synem, Jadenem. Może dlatego, tworząc kreację ojca starającego się za wszelką cenę zatrzymać przy sobie syna i zapewnić mu godne warunki życia był tak przekonujący. Przyniosło mu to drugą nominację do Oscara, całkowicie zasłużoną.
 

8. "Jestem legendą", reż. Francis Lawrence (2007)

Z tym filmem miałem zawsze spory problem. Z jednej strony jest dosyć nudny, często tandetnie zrobiony i ma nieprzekonujące zakończenia (oba warianty są złe). Z drugiej, mam ogromną słabość do postapokalipsy. Dlatego też wybaczam Smithowi i liczę, że jeśli kiedyś wróci do takich klimatów, zrobi to w lepszym stylu.
 

9. "Siedem dusz", reż. Gabriele Muccino (2008)

To co Gabriele Muccino udało się osiągnąć przy okazji „W pogoni za szczęściem", kompletnie nie wyszło w przypadku „Siedmiu dusz". Film jest do bólu hollywoodzki, kiczowaty i grafomański. Smith niestety wpisał się w tę poetykę, co na dobre nikomu nie wyszło.
 

 

10. "Hancock", reż. Peter Berg (2008)

Zaskakująco przyzwoity film o dość nietypowym super bohaterze. I chociaż nie jest to dzieło zasługujące na wielkie pochwały, to jednak jest tym, czym być miało – niezłą rozrywką. Duża zasługa w tym także Smitha, który tym razem stanął na wysokości zadania i pokazał się z dobrej strony.
 

Bonusy:

Jeśli chcecie zobaczyć od czego zaczynał Will Smith i sprawdzić, czy umie tańczyć, obejrzyjcie ten fragment:


Tutaj z kolei możecie posłuchać, jak Smith robi podkład do piosenek:


Will lubi też zawstydzać swojego syna, Jadena, przy każdej nadarzającej się okazji:


 
Od redakcji: Na koniec dodamy jeszcze, że nie uzurpujemy sobie monopolu na wiedzę. Pod spodem znajdziecie nieco inne zestawienie dziesięciu najlepszych filmów Smitha. Które jest bliższe Waszego serca?


[Jędrzej Dudkiewicz]