3000 godzin przed komputerem. Rozmowa z Tomkiem Bagińskim, twórcą "Katedry"

Wbrew mitom komputer nie robi wszystkiego sam. W przypadku "Katedry" z ogólnych obliczeń wyszło mi, że wysiedziałem przed monitorem 3000 godzin - powiedział nam Tomek Bagiński. Jego "Katedrę" możecie oglądać od piątku w sieci kin Cinema City.

Grzegorz Wojtowicz: "Katedra" została zrealizowana na podstawie opowiadania Jacka Dukaja. Dlaczego wybrałeś akurat to opowiadanie? Czy jesteś miłośnikiem SF?

Tomek Bagiński: Nie fanatycznym, ale tak, lubię poczytać SF. Zresztą tak jak i książki innych gatunków. Czytam sporo.

Czy Twój film jest adaptacją konkretnego fragmentu opowiadania Jacka Dukaja, czy też autorską wizją jedynie nim inspirowaną?

Bliższe byłoby określenie, że jedynie autorską wizją. Wciśnięcie w ramy kilkuminutowego filmu całego opowiadania "Katedra" byłoby nierealne. Korzystając więc z opowiadania jako bazy pomysłów, staraliśmy się znaleźć z Jackiem historię, która da się opowiedzieć w ograniczonym czasie i przy ograniczonych zasobach i która będzie nieść ze sobą chociaż nikłą część znaczeń, które niesie oryginalna osiemdziesięciostronicowa "Katedra". Owo przykrajanie "Katedry" do wymagań scenariusza zajęło prawie pół roku.

Czy nie boisz się, że film nie trafi do osób, które nie znają opowiadania Jacka Dukaja?

To jest historia dosyć samodzielna. Ani przeczytanie opowiadania nie zepsuje zabawy oglądania filmu (choć może dodać kilka znaczeń), ani oglądanie filmu bez uprzedniej lektury nie powinno być problemem. Opowiadanie i film mają trochę punktów wspólnych, ale raczej na poziomie wrażeń, nastrojów. Fabularnie to różne historie.

Na ile wygląd tytułowej katedry jest twoją kreacją, a na ile posłużyłeś się opisem autora opowiadania?

Gdyby nie Dukajowa "Katedra", jej rozmach, niebywała malowniczość - nigdy bym tego filmu nawet nie zaczął. Filmowa wizja "Katedry" jest moją kreacją, ale nastrój wnętrz czerpałem od Jacka pełnymi garściami. Że to wygląda inaczej niż w opowiadaniu? Tak jak mówiłem, nie jest to wierna adaptacja. Ja w ogóle w adaptacje wierne nie wierzę. Film posługuje się innym językiem niż książka. Rzeczy w książkach świetne nie zawsze sprawdzają się na ekranie i vice versa. Bardzo dobrze wspominam współpracę z Jackiem między innymi dlatego, że zdawał sobie doskonale sprawę z tych różnic.

Kim jest bohater Twojego filmu?

Nazywałem swojego bohatera Ojcem Lavone - tak jak nazywa się główny bohater opowiadania, ale podobieństwo jest mniej więcej takie jak i w przypadku całego opowiadania... Co do dróg interpretacji, wiary, to już rzeczy, które każdy sam w filmie wynajdzie. Nie chcę narzucać własnego rozwiązania. Na najbardziej podstawowym poziomie chciałem, żeby ten film był ładnym obrazem, ot po prostu, sposób odczytania tego obrazu dla każdego będzie inny.

"Katedrę" przygotowywałeś przez trzy lata. Jak wyglądały kolejne etapy pracy nad filmem?

Długi temat. Nie da się odpowiedzieć jednym akapitem, nie idąc w uproszczenia. Spróbuję. Pierwszy był oczywiście scenariusz, skrypt, dużo myślenia nad kształtem filmu razem z Jackiem. Scenariusz to element podstawowy. Zły scenariusz może pogrążyć każdy film. Potem storyboard, który z jednej strony pomaga "zobaczyć" historię, a z drugiej jest razem ze scenariuszem podstawą do szukania producenta. Potem shootingboard - czyli jakby precyzyjny storyboard z każdym ujęciem i kadrem filmu rozrysowanym. Na tym etapie podejmuje się już ostateczne decyzje dotyczące kolejności ujęć i ich ułożenia w filmie. Następny etap - animatik - bardzo prosta, prymitywna animacja układająca shootingboard w czasie. Często są to po prostu kadry z tego ostatniego zmontowane razem w czasie. To etap planowania - bardzo ważny w przypadku takiego filmu. Jeden błąd na tym etapie kosztuje później bardzo wiele w produkcji. Warto wszystko dobrze przemyśleć. Niestety, animacji nie da się zrobić tak jak filmów Dogmy. Nie da się ustawić kamery w kącie i powiedzieć aktorom: "Grajcie coś". Wszystko musi być precyzyjnie zaplanowane.

Jakie są kolejne etapy?

Później następuje przerzucanie tego wszystkiego do komputera. Modelowanie obiektów w 3D trochę tak jak się to robi na potrzeby gier. Budowa scenografii z tych obiektów. Godziny spędzone na malowaniu tekstur do nich. Oświetlanie, rendering - który jest komputerowym odpowiednikiem robienia zdjęć filmowych. Później obróbka tego materiału w kompozycji - malowanie dodatkowych domalówek w miejscach, gdzie z różnych względów budowanie scenografii nie miało sensu i da się ją zastąpić w ten sposób. Później montaż, zgranie muzyki i efektów dźwiękowych i materiał jedzie do naświetlania na taśmę światłoczułą. Dużo pracy. Wbrew mitom, że komputer robi wszystko za operatora, trzeba wysiedzieć przed monitorem ogromną ilość czasu. W przypadku "Katedry" z ogólnych obliczeń wyszło mi, że wysiedziałem trzy tysiące godzin.

Muzykę do Twojego filmu napisał Adam Rosiak. Jak na niego trafiłeś? Dlaczego wybrałeś akurat jego muzykę?

Adam współpracuje z naszym studiem od jakiegoś czasu przy reklamach. Kiedy zobaczył pierwszy montaż "Katedry", zaoferował się, że napisze do niej muzykę. Ponieważ czas gonił, a zdobycie praw do muzyki, którą do filmu wybrałem wcześniej, mogło sporo potrwać i sporo kosztować, więc zgodziłem się na tę propozycję.

Czy liczysz na otrzymanie nominacji do Oscara? Czy wiążesz z tym jakieś nadzieje?

Byłoby fajnie dostać nominację, ale nie ma sensu się na to nastawiać. Konkurencja jest ostra. Za sukces uważam już to, co się do tej pory z filmem stało. Jeździ po festiwalach, czasem coś wygra, udało się wprowadzić film do kin - to już jest ogromny sukces w przypadku takiej, mimo wszystko partyzanckiej produkcji. Jasne, że na wszelki wypadek myślę o tym, co zrobię, jeśli nominacja się pojawi, głównie jeśli chodzi o przyszłe projekty. Mam trochę pomysłów, które z nominacją będą dużo łatwiejsze do zrobienia, ale nie nastawiam się zbytnio. To już ode mnie nie zależy. Akademia podejmie decyzję bez mojego wsparcia duchowego. Myślenie "co by było gdyby?" nie jest w mojej naturze.

Na czym polega Twoja praca w Platige Image?

Animuję, maluje, robię to, co i przy "Katedrze". Tyle, że za większe pieniądze. Ot, praca. Pracuję głównie nad reklamami, komputerowymi efektami specjalnymi do nich, czasem robię efekty do filmów. Ciekawa robota, czasem stresująca, czasem męcząca, ale nie narzekam.

Czym w ogóle zajmuje się firma Platige Image?

Ogólnie rzecz biorąc komputerową obróbką obrazu i animacją na potrzeby reklam, telewizji i filmów. Co roku wychodzi ze studia kilkadziesiąt prac. Ostatnio tempo zresztą wzrosło. Kilka lat temu, w czasach kiedy startowałem z "Katedrą", w firmie pracowało pięć osób. Teraz jeśli podliczy się też ludzi, którzy pracują z nami przez Internet, przekroczyliśmy 20 osób. To jak na taką firmę i tę niszę rynku - sporo. Osiągnięcia - nagród niewiele - produkcja komercyjna rzadko jest nagradzana. Osiągnięciem na pewno jest to, że utrzymujemy się na rynku i z każdym rokiem tworzymy więcej. Wśród osiągnięć bardziej "klasycznych" na pewno można wymienić na przykład Machinera za teledysk do "Niekochanych" Justyny Steczkowskiej sprzed paru lat, na pewno można wymienić nagrodę "Złotego Orła" za cykl oprawy dla programu pierwszego TVP sprzed dwóch lat. Może ktoś pamięta - czołówki stylizowane na teatrzyk lalkowy pomysłu Piotrka Sochy - zegary, ciuchcię, trawnik, motylki - wszystko w kształcie jedynki - było tego kilkanaście sztuk, ale już od jakiegoś czasu w telewizji nie chodzą. Na nagrodach skupiamy się mało. Robimy swoje.

Podobno zakupiliście system Mark Roberts Motion Control. Do czego on służy?

O, to jest ciekawy sprzęt. Marzenie firmowe od początku istnienia Platige Image. Oprócz tego, że jest to pełnoprawna kamera filmowa, to jest to też duży bardzo precyzyjny robot, który tą kamerą porusza w szerokim zakresie ruchu. Umożliwia między innymi powtarzanie tego samego ruchu kamery dowolną ilość razy, z dowolną prędkością, ogromną precyzję tegoż, możliwość wgrywania rzeczywistych ruchów kamery z komputera i do komputera. No dużo fajnych rzeczy - patrząc z punktu efektów specjalnych - rewelacja. Za pomocą Motion Control był na przykład kręcony taki teledysk George'a Michaela, w którym widzimy dziesiątki George'ów Michaelów w jednej knajpie, czy ostatni teledysk A-ha - wszystko na jeździe kamery. Inną metodą byłoby to nie do zrobienia. Nasz Motion Control to w tej chwili jedyny taki system w Europie Wschodniej.

W ubiegłym roku w kinach wyświetlany był film "Final Fantasy" Hironobu Sakaguchiego. Nie spotkał się on ze zbyt wielkim zainteresowaniem jak na pierwszy film "aktorski" wykreowany w komputerze. Jak sądzisz, jaka jest przyszłość takich produkcji? Czy wyjdą one kiedyś poza getto fantasy?

W Japonii film animowany dawno już wyszedł poza getto fantasy i poza filmy dla dzieci. Wcześniej czy później będzie tak i w innych krajach. Chociaż odróżniłbym filmy animowane, które są robione jak filmy animowane, ze zrozumieniem możliwości i ograniczeń tej techniki - jak japońska Anime i zachodnie produkcje w rodzaju "Shreka" - od "Final Fantasy", które było robione jak film z aktorami, co moim zdaniem nie było najlepszą drogą. Takie coś to jeszcze przez jakiś czas będzie sztuka dla sztuki.

Czy istnieje takie prawdopodobieństwo, że aktorzy zostaną wyeliminowani? Rozkapryszone gwiazdy zastąpią gwiazdy cybernetyczne?

Aktorzy na pewno wyeliminowani nie zostaną, ale też obok pojawią się gwiazdy, hmm "cybernetyczne". To już się dzieje. Zespół Gorillaz to zespół animowany. W Japonii mamy animowane piosenkarki. Trzeba jednocześnie pamiętać, że pewnych rzeczy jeszcze bardzo długo nie da się zastąpić. Pamiętajmy, że za postacią animowaną stoi cały zespół ludzi. Żeby dać złudzenie życia takiej postaci, to muszą być animatorzy świetni. Żeby zanimować komputerowego aktora tak, aby zagrał psychologicznie przekonująco trudną, złożoną rolę - to już muszą być animatorzy wybitni. Tak jak wielcy aktorzy nie rodzą się masowo, tak i spece od animacji są na różnym poziomie. W końcu komputer nie załatwia całego problemu. Za grę postaci, za niuanse mimiki twarzy, za oczy, odpowiadają ludzie za tym stojący. Wybitny aktor jeszcze przez długi czas będzie wyborem lepszym. Zupełnie inne pole do popisu daje komputer w scenach typowo wyczynowych, kaskaderskich - o ile w szybkie zastąpienie aktorów w rolach dramatycznych nie wierzę, o tyle w zastąpienie kaskaderów - tak. To już zresztą się dzieje. Połowa scen walk w "Blade 2" była zrobiona na postaciach komputerowo animowanych, tak samo w "Spider Manie" - czasem jeszcze to widać, ale granica się zaciera z każdym rokiem.

Czy w Polsce dysponujemy sprzętem, którzy pozwoliłby na zrealizowanie takich filmów, jak "Shrek" czy "Final Fantasy"? Jeśli tak, to dlaczego takie filmy nie powstają?

Sprzęt to akurat nie problem. Sprzęt stosunkowo łatwo kupić. Z ludźmi do jego obsługi dużo gorzej. Animacji komputerowej się w Polsce na poziomie nie uczy. Jest parę wyjątków, zmienia się powoli spojrzenie na taką animację na uczelniach, ale fakty takie, że jesteśmy w tej dziedzinie w lesie. Odpowiedni ludzie to największa bariera dla takich produkcji tutaj. Do tego oczywiście rynek zachodni, amerykański szczególnie, drenuje utalentowanych ludzi z Europy, jak się da. W sumie nie ma co się dziwić. Talent tam jest przeliczalny na dosyć konkretne pieniądze. Animacja tam, tak jak zresztą i film, to przemysł i im się to opłaca. Daleki jestem od biadolenia. Myślę, że sporo się da zrobić. Japończycy zawojowali świat swoja wizją animacji. Nam też może się udać. Szansy na rynku megakomercyjnych amerykańskich komedii dla dzieci nie mamy żadnej, to tak jakbyśmy próbowali wystąpić z pistoletem na wodę przeciwko bombie atomowej, ale jest sporo innych, niszowych kierunków, w która animacja może pójść. Jeśli więcej animatorów będzie wychodziło ze szkół, to i więcej zostanie w Polsce. czasy się zmieniają. Kontrast między Polską i Stanami wciąż jest, ale nie ma już tak upiornej różnicy poziomów jak kilka lat temu. I powoli, powoli, może coś się zmieni. Oby, w każdym razie.


Grzegorz Wojtowicz