Aktorskie wersje bajek - Disney i jego nowa żyła złota

Kadr z filmu "Madeline", reż. Daisy von Scherler Mayer
6 kwietnia o 12:00 na Stopklatce TV oglądać będzie można film "Madeline" – adaptację serii książek dla dzieci pióra Ludwiga Bemelmansa, którą wielu kojarzy jako animowany serial. Z tej okazji postanowiliśmy przyjrzeć się fenomenowi przenoszenia bajek na filmy aktorskie.

Prym w tym temacie wiedzie ostatnio Disney, który coraz chętniej sięga po swoje klasyczne animowane historie, by opowiadać je ponownie – w wersji aktorskiej, z użyciem dużej ilości efektów specjalnych. Trudno się dziwić – filmy te cieszą się ogromną popularnością na całym świecie. Na czym polega ich fenomen?


Wygląda na to, że Disney odkrył nową, niezawodną metodę na zarabianie pieniędzy. Na podstawie swoich słynnych animacji tworzy filmy fabularne. Była już "Alicja w Krainie Czarów", "Czarownica" i "Kopciuszek". Pierwszy z nich wyreżyserował Tim Burton, a w rolę tytułową wcieliła się Mia Wasikowska. Choć film nie spodobał się krytykom, ani fanom twórczości Burtona, okazał się strzałem w dziesiątkę – podbił światowy box office zarabiając ponad miliard dolarów. Nic dziwnego zatem, że Disney po raz kolejny zdecydował się spróbować tej samej metody.

"Kopciuszek", "Czarownica" i "Alicja w Krainie Czarów" / mat. prasowe
"Kopciuszek", "Czarownica" i "Alicja w Krainie Czarów" / mat. prasowe

Twórcy filmu "Czarownica" sięgneli po "Śpiącą Królewnę". Jednak historia, którą otrzymaliśmy, wygląda nieco inaczej niż ta wszystkim znana – opowiedziana bowiem została z perspektywy złej czarownicy, która rzuciła urok na małą Aurorę. Za sprawą tej zmiany film udowadnia, że nawet w bajkach nic nie jest czarno-białe. W rolę główną wcieliła się Angelina Jolie, a produkcja przyniosła prawie 760 mln dolarów.

"Kopciuszek", który trafił na ekrany naszych kin 13 marca, to powrót do klasycznej historii w reżyserii Kennetha Branagha. W tytułowej roli Lily James, a partnerują jej Cate Blanchett, Richard Madden oraz Helena Bonham Carter. Do tej pory film zarobił niemal 400 mln dolarów.



Przy takich zyskach trudno się dziwić, że Disney w planach ma już kilka kolejnych tego typu adaptacji swoich popularnych filmów animowanych. W 2016 na ekrany kin wejdą kolejna część "Alicji w Krainie Czarów" oraz "Księga dżungli". 2017 przyniesie premierę "Pięknej i Bestii", a bez konkretnej daty są jeszcze "Dumbo", "Mulan" i "Kubuś Puchatek" – wszystko w wersji aktorskiej.

Choć brzmi to dość nieprawdopodobnie, faktycznie zobaczymy film aktorski o słoniu Dumbo i uwielbianym przez wszystkich Kubusiu Puchatku. Możliwe, że to tylko kwestia czasu, zanim usłyszymy, że Jessica Chastain, Emma Stone czy Anna Kendrick wcielą się w rolę Małej Syrenki. Wydaje się też prawdopodobnym, że "Kraina Lodu" – box office'owy hit – powróci wkrótce na duży ekran, tym razem już nie jako animacja. Niektórzy internauci już teraz obstawiają kolejne disneyowskie tytuły, które dane nam będzie zobaczyć w wersji aktorskiej.



Disney odkrył, że robienie tego typu filmów w zasadzie pozbawione jest ryzyka. A to dlatego, że publiczność uwielbia historie, które już dobrze zna (podobny mechanizm działa w przypadku filmów superbohaterskich), zwłaszcza, jeśli w rolach głównych może zobaczyć gwiazdy. Ponadto filmy te nie wymagają dużego wkładu w stosunku do zysków, jakie przynoszą ("Alicja w Krainie Czarów" i "Czarownica" kosztowały po około 150 mln dolarów). Jak się okazuje, animacje, które Disney nadal tworzy (wyjąwszy "Krainę Lodu"), nie przynoszą tak spektakularnych zysków, jak filmy aktorskie.

Dodatkowym atutem przemawiającym za produkcją tego typu filmów jest fakt, że trafiają one do szerszej publiczności – animacje zazwyczaj skierowane są do dzieci i do ich rodziców. Tymczasem na "Czarownicę" czy "Kopciuszka" bilety kupowali sami dorośli – obecność dzieci nie była tu konieczna. I z pewnością wielu dorosłych kupi bilet na "Piękną i Bestię" choćby tylko po to, by zobaczyć Emmę Watson.



Aktorskie wersje animacji i bajek dla dzieci nie są oczywiście pomysłem Disneya, choć trzeba przyznać, że to właśnie ta wytwórnia wpłynęła na ogromny wzrost ich popularności w ostatnim czasie. Tworzono je już dużo wcześniej – wystarczy przypomnieć "Pippi", którą wyreżyserował Olle Hellbom, czy serial BBC "Kroniki Narnii". Sama "Alicja w Krainie Czarów" na ekran przenoszona była wiele razy - można było ją oglądać już w 1903 roku dzięki brytyjskim reżyserom: Cecilowi M. Hempworthowi i Percy'emu Stowowi. Jednak środki techniczne, jakimi dysponują współcześni twórcy, pozwalają im pójść krok dalej – mogą tworzyć filmy, w których umowność ustępuje miejsca niemal doskonałej iluzji.
 
[KBS]