Andrzej Żuławski: Lewą nogą przez prawe ucho

"Takie Borgerowskie zabawy literaturą są dla ludzi, którzy tym żyją, szalenie śmieszne, ożywcze, interesujące i elektryzujące. Można zacząć swoje książki tam, gdzie inne się skończyły. Można zrobić odwrotnie. To się teraz nazywa prequel. Wszystko to, co ćwiczy umysł i jak gdyby pobudza krew do krążenia i do takiego podekscytowanego uśmiechu, jest dobre, a nie złe"- mówi w drugiej, poświęcionej przede wszystkim literaturze, części wywiadu dla Stopklatki Andrzej Żuławski.

Wydawczyni z "Twojego Stylu", Katarzyna Merta powiedziała na łamach "Opętania. Ekstremalne kino i pisarstwo Andrzeja Żuławskiego": "Jego książki są niczym gigantyczne ruchome freski, jakby to Żuławski filmowiec reżyserował je w literaturę (…) sądzę, po muzyczności jego frazy (…) że muzykę (…) odsłuchuje w sobie podczas pisania. Też pisze, jakby komponował- ze słuchem wyostrzonym na czystość i esencję dźwięku".

Michał Hernes: Na początek chciałbym zacytować fragment pańskiej powieści "Kikimora", traktujący o związkach między pisaniem a reżyserowaniem: "Dla pisarza filmowanie jest terenem zdobywania sennych informacji, doświadczeń z dziedziny grzesznego koszmaru i awanturniczej przygody- tej właściwie, co intelektualistów z osiemnastego wieku". Czuje pan pokrewieństwo z nimi, albo może wolałby pan żyć w ich czasach?

Andrzej Żuławski: Broń Boże, nie chciałbym żyć w osiemnastym wieku, bo było wówczas zimno, strasznie wszędzie śmierdziało, a ludzie się kładli spać w szlafmycach, ponieważ marzli jak cholera. Natomiast pozwoliłem sobie na ten osiemnastowieczny przykład, gdyż właśnie wtedy wykształciła się cała klasa czy kasta- nie wiem jak to nazwać- młodych, niegłupich i dość wykształconych, zwykle przez kościół katolicki, ludzi. W swoich dłoniach mieli jedyny oręż, żeby zdobyć świat, to znaczy pióro. Czyli byli wolnymi, sprawnymi intelektualnie, najmitami. Albo pisali do tak zwanych gazetek, albo było im blisko do Markiza de Sade czy Casanovy. W Polsce przecież cała ta zgraja, co się kłębiła u Stanisława Augusta Poniatowskiego, to wszyscy byli tacy. Od A do ZET. To była jak gdyby nowość: nie bogacz, nie prawnik, nie lekarz, ale ktoś, kto jest znikąd i żyje z tego, co tam wymyśli czy napisze. Ta, że tak powiem, moja klasa społeczna, takich dorobkiewiczów intelektualnych, to jest coś bardzo mi bliskiego. Wzruszają mnie, bo ja ich chyba rozumiem. Zachowałbym się dokładnie tak samo. Wywodzili się z niebogatych rodzin. W Polsce to się prezentowało troszeczkę inaczej. Ci ludzie przebywali na dworze Stanisława Augusta, ale po powstaniu styczniowym, kiedy drobną szlachtę pozbawiono ziemi, musieli się zjawić w mieście jako gryzipióry. Z początku przede wszystkim przyjęli postawę pozytywistyczną. Ta postawa pozytywistyczna w świecie zachodnim do tego stopnia określona nie jest. To polska specyfika. Może bliski był jej Dickens, który był zresztą wzorem do naśladowania dla przynajmniej dwóch pokoleń polskich pisarzy. Dlaczego o tym wszystkim mówię? Ci ludzie mnie czarują, widzę w nich takich dalekich, dość śmiesznych, ale czasem wzruszających, krewnych: uróżowanych, upudrowanych, mających dziurę w jednej kieszeni, pióro w drugiej. W tej formacji jest coś fajnego: ta niezależność myślenia i arogancja wobec władzy, kościoła i wszystkich struktur, jaką mieli.

Wobec tej niezależności chciałbym, znowu odnieść się do cytatu z "Kikimory": "Wolę Conrada od jego prozy, zresztą wszystkich ich wolę od ich dokonań. Wolę czytać o nich, niż ich utwory, choć paradoks chce, że to dzięki utworom dowiadujesz się, że oni w ogóle byli. Czy ktoś kiedyś będzie czytał o mnie (?) czy podobnie się pogubi? Mam nadzieje, bo to moja teoria literatury". Rozumiem, że w pełni się pan pod tym podpisuje?

Oczywiście i nie mam nic więcej do dodania, ani do odjęcia. Ja tak naprawdę myślę. Paradoks polega na tym, że gdybym nie przeczytał wszystkich dzieł Conrada, i coś by mnie silnie nie zahaczyło, to bym się nie zainteresował tym człowiekiem. A gdybym się nim nie zainteresował, to bym się nie dowiedział, że był o wiele bardziej trudny, skomplikowany, interesujący, sprzeczny ze sobą, mętny i trafny niż wszystko to, co udało mu się napisać. A tworzył z ogromnym trudem, bo nie pisał po polsku. To jest interesujące, gdyż jak pan czyta jego książki po francusku, to wychodzi, jak bardzo konwencjonalna jest jego francuszczyzna. Widać to w ogromnej ilości listów, ponieważ kochał się aż do samobójstwa w pewnej pani. On po francusku pisał źle. Ale po angielsku z kolei pisał jak żaden Anglik, ponieważ dokładny sens słów mu umykał. Stawiał je w przybliżeniu. To przybliżenie czarowało Anglików. W tym okresie, pod koniec wiktoriańskiego pędu na kolonie i światy egzotyczne, jego książki wydawały się modne. Zwłaszcza pierwsza, "Szaleństwa Almayera", wpisywała się w coś, w czym przodował też Kipling i co zajmowało bardzo wielu poczytnych literatów wiktoriańskich. Nie mówię o angielskich, bo wiktoriański świat to było "The Empire", czyli całe to imperium ze swoją egzotyką, z czego wynikały rzeczy mniej lub bardziej świetne. Jego ukazały się po latach, ale dopiero po latach, najlepsze, bo dekoracja była mniej ważna od tego, co się działo w środku, w dekoracji człowieczej. To było z kolei bardzo polskie. Jak wspominałem, nie znał dokładnie angielskiego słownictwa. Poza tym Anglicy mają genialny dar podkładania znaczeń pod słowa, które nie są wprost: piszą, myślą i mówią za pomocą aluzji. Conrad tego nie rozumiał i w swoim pisaniu był szalenie prostolinijny.

Bardzo kocham prozę Conrada, ale zainteresowało mnie, dlaczego ten, inny niż wszyscy, pisarz wziął się z majątku na Ukrainie i co robił w Anglii. Interesujący jest cały jego życiorys i jego borykanie się z literaturą angielską, a także konflikt z Orzeszkową, która go w najgłupszy możliwy sposób oskarżyła o zdradę polskości. To wszystko jest szalenie frapujące.

Skoro mowa o pisaniu po angielsku: Jerzy Kosiński powiedział w wywiadzie dla "Literatury na świecie", że nie mógłby pisać po polsku tak jak pisał w języku angielskim. Przywołał też historię swojej traumy z czasów gimnazjalnych, kiedy to rzekomo usłyszał od swojej polonistki: "Kosiński, źle piszesz".

Problem polega na tym, że nie wiadomo, czy on to napisał. Nie wiem, czy pan to wyczytał w moich książkach, ale to był mój najbliższy przyjaciel w Ameryce, bardzo bliski mi człowiek. Znowu, o wiele bardziej lubiłem, ceniłem i poważałem go jako osobę niż jego książki. "Malowany ptak" jest jednym wielkim oszustwem, ale nie w takim sensie, w jakim go pani Siedlecka czy Januszek Głowacki przedstawiają. Na ten temat nie chcę się wypowiadać. To jest bezczelne, bo to nie Kosiński napisał książkę o Głowackim, ale Głowacki o Kosińskim. Różnica jest taka, że Kosiński nie chciał znać Głowackiego w Nowym Jorku, ponieważ go lekceważył. Byłem tego świadkiem na pijackich imprezach u Eli Czyżewskiej, gdzie się wszyscy z Osiecką kotłowali. Kosiński był bardzo samotnym człowiekiem, jednocześnie świetnie operującym w tym nowojorskim światku.

Wracając jednak do zdania Kosińskiego, które pan cytuje, jest ono prawdopodobnie nieprawdziwe, nie odzwierciedla prawdy. Rodzi się pytanie: no to co? To jest znowu osiemnastowieczny literat, który poszedł na podbicie Ameryki z piórem w zębach, bo nic innego nie miał. Udało się. Romkowi Polańskiemu się nie udało, to znaczy udało się przez sekundkę, a potem został kijem bejsbolowym strącony w momencie wykonywania skoku w powietrzu. Kosińskiemu się udało dlatego, że doprowadził do tego, że to nie on ich musiał kokietować, tylko oni kokietowali jego. Nie on ich wciągał w swoje tryby. To było wielkie zwycięstwo parweniuszy. A Januszek, który chce się przypodobać panu Henrykowi Berezie w "Czytelniku", no przepraszam, ale w tym drapaczu chmur to jest jakieś szóste dno pod garażem.

Ja przyznaję, że nie zdążyłem jeszcze przeczytać.

Ale nie warto.

Może dla wyrobienia sobie własnego zdania…

Nie może pan napisać książki o kimś, kogo pan nie znał. Może pan o nim napisać, poznając go dzięki jego utworom literackim. Nie da się jednak go poznać przez utwory literackie, skoro nie są autentyczne. Głowacki nie czytał dzieł Kosińskiego, bo uważał z góry, że to jest jakieś wielkie karierowiczowskie oszustwo. Osobiście uważam, że Kosiński napisał dwie czy trzy świetne powieści. "Kokpit" czy "Blinde Date" są świetnymi, lodowatymi i przerażającymi książkami. Nie widzę czegoś, z czym mógłby się Januszek Głowacki równać.

Zamknę ten temat, ale pozostając w klimatach polskiej literatury. W pańskiej prozie często pojawia się marzenie o prawdziwej polskiej powieści. Jak się pan na to zapatruje i czy jest możliwe, by coś takiego wyszło spod pióra pańskiego albo kogoś innego?

Nie, nie jest. Był na to moment, ale ten moment spieprzył totalnie Iwaszkiewicz, pisząc "Sławę i chwałę", a potem "Miazgę". Na wielu etapach spieprzył to Brandys, od socrealizmu po swój koniec. Dlaczego nie sądzę, żeby dzisiaj coś takiego powstało? Bo to nikogo nie interesuje. Nie ma zainteresowania czymś, co byłoby tą wielką powieścią polską dwudziestego wieku. Nie ma. XX wiek minął, zagrzebał swoje pod gruzami, popiołami i złudzeniami. Dzisiaj jest zapotrzebowanie na kobietki i felietonistów, a poza tym współcześni literaci klepią biedę. Ktoś musiałby jeszcze za to zapłacić. Ktoś musiałby siedzieć przez dwa lata i skrobać coś w swoim zeszycie. Gdzie pan widzi taką postać? Pan Palikot miał jakikolwiek sens, póki się zajmował świetnym wydawnictwem "Słowa/Obraz/Terytoria", a ma mniejszy sens, gdy zajmuje się partią poparcia dla Palikota.

Powinien powrócić do wydawnictwa i wódki.

Tak. Zwłaszcza że on niedużo pije. Ja go minimalnie znam i to jest interesujący facet. I bardzo niegłupi, tylko niestety zbyt płytko ambitny.

Pozostając w klimatach wielkiej literaturze czy też kontrowersjach wokół jej wielkości, pomówmy o "Panu Tadeuszu".

Być może się szalenie mylę, ale to w ogóle nie jest dobra powieść. Przede wszystkim to jest zerżnięte z Waltera Scotta. Ta cała historia to jest kradzież. W sensie powieściowym to nie istnieje. Nie ma tego. Natomiast w sensie urody, giętkości i niezwykłości języka polskiego, to jest nie do pobicia. To nie jest powieść, to jest, niestety, wiersz. Wiersz jest genialny, a proza jest, według mnie, do dupy. I dlatego pan Andrzej Wajda, niegdyś przeze mnie ukochany, tak bardzo się potknął, gdy zrobił film, bo zrobił go z poezji, która jest nudna, nieciekawa i nikt na świecie nie chciał tego oglądać. Nie mógł "Pana Tadeusza" przełożyć na język filmowy, bo to się nie da. Nie wiem, po jaki chuj on to robił. Może była to pogoń za sukcesem.

Przy okazji krytykowania klasyka-Mickiewicza, chciałbym zapytać o dopisywanie zakończeń np. do "Anny Kareniny" czy "Hamleta". Ten motyw pojawia się w pańskich książkach, co mi nasuwa skojarzenie z utworami Johna Bartha, które często zaczynały się w momencie, gdy dany mit się kończył. Skąd ten pomysł?

Barth nie jest dla mnie ważnym pisarzem, zapomniałem co on napisał…

Chociażby "Bakunowy faktor".

…kiedyś go oczywiście czytałem. Wszystkie te eksperymenty wpisują się w zabawę polegającą na tym, że przykładowo Italio Calvino napisał całą książkę początków piętnastu czy dwudziestu powieści, tworząc tylko pierwszy rozdział każdej z nich. Te takie Borgerowskie zabawy literaturą są dla ludzi, którzy tym żyją, szalenie śmieszne, ożywcze, interesujące i elektryzujące. Można zacząć swoje książki tam, gdzie inne się skończyły. Można zrobić odwrotnie. To się teraz nazywa prequel. Wszystko to, co ćwiczy umysł i jak gdyby pobudza krew do krążenia i do takiego podekscytowanego uśmiechu, jest dobre, a nie złe. Więc zadanie sobie pytania, co by było dalej, jest niewinnym pytaniem. To nie umniejsza wagi tego, co zostało już przez danych panów czy panie napisane. To jak gdyby pokazuje, że nie spadliśmy z gruszki. Gdzieś tam to drzewo dalej rośnie i poczuwamy się do pokrewieństwa z tymi rzeczami.

Nie opuszając tematu wybitnych dzieł literackich, pomówmy o pańskich ekranizacjach prozy Dostojewskiego, chociażby o "Narwanej miłości", która jest adaptacją "Idioty".

Z kilku powodów jest to wielka książka. Mimo to Dostojewski uważał, że ją spudłował i mu się nie udała. Jeszcze na łożu śmierci myślał o tym, czy raczej dokończyć "Braci Karamazow", czy wrócić do "Idioty" i jeszcze raz to napisać, bo mu nie wyszło. W czasie jego tworzenia przebywał w kasynach w Niemczech, grał w ruletkę i pisał wieczorem gorączkowo, żeby wysłać to do Moskwy. Robił to lewą nogą przez prawe ucho, jak mówią Francuzi. Miał tego świadomość. To jest książka spieprzona. Tylko dlatego pozwoliłem sobie spróbować przenieść ją w dzisiejszy świat. Jednocześnie, jak pisałem, jest to Nowy Testament ubrany w dziewiętnastowieczną szatę. Przychodzi jeden niewinny i wprowadza taki, kurwa, burdel, że wszyscy muszą albo się pozabijać, albo stracić reputację. Dobry człowiek przychodzący na świat w niedobrym społeczeństwie, spowoduje więcej katastrof niż oczyszczeń. To była teza, pod którą się w pełni podpisuję. Nie wiem, czy ona jest stuprocentowo prawdziwa, ale jest w pełni zajmująca. I godna filmu. W związku z tym zrobiłem film.

Dostojewski mówił też o inspiracji Don Kichotem przy tworzeniu postaci Myszkina.

Tak, bo on był oczytanym człowiekiem. To jest zajmujące, jak człowiek, który pisze powieść, powołuje się na rzeczy, które są mu drogie i bliskie, ale które ostatecznie nie znajdują odbicia w końcowym efekcie. Ale dla niego samego są taką dyskretną inspiracją. Potem jednak pan tego nie widzi na kartkach. Ja widzę na nich tylko tak jakby kłótnie pomiędzy Nowym Testamentem a Starym Testamentem, czyli tekstami biblijnymi.

Czesław Miłosz wspominał w jednym z wywiadów o amerykańskim studencie, który po przeczytaniu "Biesów" nastroił się rewolucyjnie, co zaskoczyło polskiego noblistę.

Miłosz był zbyt inteligentnym i cwanym człowiekiem, żeby być zaskoczonym. Ja w to nie wierzę.

Ja z kolei tylko cytuję.

Niech pan weźmie pod uwagę, że w planie Dostojewskiego była książka, która miała się nazywać "Dzieci", czyli dalszy ciąg, nie wiem, czy pan pamięta, "Braci Karamazow".

Pamiętam, jest tam grupka małych dzieciaków....

Oni się zbierają i obrzucają kamieniami Aloszę, a potem się z nim zaprzyjaźniają. To miała być część o nich i mieli rzucić bombę w cara. Chodziło o książkę traktującą o tym, że źle się działo w państwie duńskim, czyli rosyjskim i o tym, że te ciśnienia były potworne…

Tykająca bomba.

…Dostojewski to świetnie rozumiał. Jednocześnie starał się to okiełznać w swojej głowie, opanować za pomocą myśli właśnie chrystusowych, bardzo prawosławno- ortodoksyjnych. Co ciekawe, wiedział, że to się nie uda. To był bardzo inteligentny człowiek. Ale inteligentny nie znaczy mądry. To, że on chciał napisać taką książkę, jest znamienne. Wiedział, co by napisał. Napisałby to, że wybuchnie rewolucja. I wybuchła. Ta zdolność takiego jastrzębiego widzenia cierpiącego nie opuściła go do końca. Jakim cudem student amerykański przeniósł to na grunt Stanów Zjednoczonych, co on się dopatrzył za paraleli? Tam przecież bomba nigdy nie wybuchła. Owszem, był Woodstock i strzelanina na uniwersytecie w San Francisco, ale to nie to samo. Wie pan, co jest nadzwyczajne w tej cywilizacji amerykańskiej? Mnie ona przeraża, bardzo jej nie lubię i się jej boję. To jedyna cywilizacja w historii, w której młodzież zatrzymała całą wojnę. Jak zaczął się ruch dzieci kwiatów i Woodstock, to zatrzymali wojenną machinę. Ameryka przegrała w Wietnamie przez własną młodzież. Temu można tylko przyklasnąć. To jest super. Dlaczego Polska nie wycofuje dzisiaj żołnierzy z Afganistanu, niezależnie od tego, kto tam ma racje? To jest ich sprawa. Afgańczycy nie chcą tego, co się w naszych oczach nazywa amerykańską demokracją. Dajcie im, psiakrew, nie chcieć. Odpierdolcie się od nich. Nasza młodzież marnuje się w protestach przeciwko sam nie wiem czemu. Chyba niczemu. Francuska młodzież protestuje przeciwko temu, że nie będą mieli emerytury. To jest inny świat.

A angielska przeciwko płatnym studiom.

Mają rację. Trzykrotne podwyższenie tego czesnego w szkołach angielskich to jest katastrofa na przyszłość. Rząd prowokuje społeczeństwo do ogólnego złupienia. To jest bardzo niesłuszne. Sam bym był na ulicy i walił kamieniami.

Wracając do Dostojewskiego: zekranizował pan "Idiotę", marzył o przeniesieniu na ekran "Gospodyni", a "Biesy" znajdują się częściowo w "Kobiecie publicznej". Dlaczego właśnie te dzieła?

To autor, który mnie nigdy nie opuszczał. Ten człowiek miał, jak już wspominałem, to jastrzębie widzenie tego, co się stanie w dwudziestym wieku. W dwudziestym pierwszym byłby zgubiony. Na szczęście umarł. Nie możemy uważać, że nasi prorocy będą wiecznotrwali. Teraz potrzeba by paru nowych na nowy czas.

Czekamy. Podążając zaś dalej tropem pańskich literackich inspiracji, odnoszę wrażenie, że w powieści "W niebie mój miecz jest pijany" nazywając głównego bohatera Zającem, inspirowałem się pan Królikiem z cyklu Johna Updike'a.

Pan wspaniale trafił. Od początku pisania to był Królik, a potem przeczytałem książkę Updike'a, gdzie pojawia się Rabbit, więc doszedłem do wniosku, że nie mogę tego tak rozegrać. Dość mechanicznie przerobiłem więc Królika na Zająca. Ale to bardzo bliskie mi dzieła, zwłaszcza pierwszy tom.

Gwałtownie teraz zboczę z tematu: co pan sądzi o bałaganie wokół książki Grossa?

To nie jest bałagan. Zaczyna się powoli uchylać rąbek kurtyny. Straszliwie od wieków wyrzucamy Rosjanom, że uważają, iż są niewinni i wina leży po stronie wszystkich innych. My zachowujemy się dokładnie tak samo. Ale to jest kropla w gigantycznym morzu mordu, gwałtu i nieszczęścia, które spotkało Żydów. Jak dzisiaj pan przeczyta książkę państwa Grossów, to zrozumie pan, dlaczego młodzi Żydzi z Izraela jak tu przyjeżdżają, to nas nienawidzą. Bo to wszystko przetrwało w opowieściach rodzinnych. A myśmy myśleli: dlaczego oni uważają, że my jesteśmy antysemici? Przecież organizujemy festiwal Kultury Żydowskiej Kraków Kazimierz. Gówno prawda. Ta nienawiść, w najlepszym wypadku niechęć, konstruowała się od Kazimierza Wielkiego. To jest kilkaset lat. Rzeczywiście ten kraj przyjął Żydów i Żydzi stali się taką warstwą pośrednią w naszym dziwnym społeczeństwie, w którym było niewolnictwo chłopskie i wolność szlachecka. W tym systemie oni stali się pośrednikami między jednymi a drugimi, znienawidzeniu z obydwu stron. Ten strukturalny fakt społeczny musiał się bardzo źle skończyć. Jeżeli jesteś znienawidzony z obu stron, to z góry powstanie dmowszczyzna, powstanie falanga, powstanie ONR, a z dołu- zapiekła chłopska nienawiść. Za to, żeś sprzedawał sól i wódkę, że handlowałeś tymi, którzy tracili wszystko. Każdą rzecz można wytłumaczyć. Hitlera też. Nie oznacza to, że to jest w porządku. To jest straszne, ale moralnie dla mnie straszniejsze jest ukrywanie tego przez tyle lat. Zakłamanie. I wie pan, gdybym miał ocenić lub określić jakąś polską cechę numer jeden, to powiedziałbym, że może jest nią właśnie bycie zakłamanym. I dlatego będą niszczyć "Nocnik". Przepraszam, że włączam wielką tragedię Żydów do głupiego "Nocnika". Ale tym niemniej to nie wyszło z mózgów ani krwi. Kłammy do końca. Nie pozwalajmy nikomu na powiedzenie prawdy. Mnie więc zdumiało, bo jak pierwsza książka Grossa wyszła w Polsce, to episkopat, krakowska kuria się wzburzyła. Wynaleźli jakiegoś adwokata czy prokuratora, który miał się zajmować tym, czy to jest obraza narodu polskiego. To co oni teraz powiedzą?

A jak ważna to jest książka, dopiero wyjdzie w czasie. To jest tykająca bomba. Jeśli się pyta, po której stronie staliśmy my Polacy, skoro wyrżnęliśmy kilkadziesiąt tysięcy Żydów w czasie okupacji, a tylko parę tysięcy Niemców zginęło w tym czasie. Za kim byliśmy? Po prostu za złem.

O ludzkim źle i nienawiści traktuje poniekąd pańskie opowiadanie "Sinobrody", które wystawiano w teatrze we Włoszech. Z pańskiego filmu pod tytułem "Moje noce są piękniejsze niż wasze dni" zrobiono z kolei sztukę teatralną w Lyonie. Jak się pan do nich odnosi?

Nie odnoszę się, bo ta włoska, którą obejrzałem w Trieście, to była kompletna brednia w wykonaniu młodego reżysera...

Ale co było w niej brednią?

Po scenie chodzili jacyś bohaterowie, padało jakieś światło z boku, a sensu nie było widać. To znaczy: kim są ci ludzie, w jakim to się dzieje czasie, o co tu chodzi, gdzie leży moralność? Dla mnie moralna sprawa jest bardzo prosta: dlaczego kościół paryski morduje- o czym też napisałem- szesnasto czy siedemnastoletnią wieśniaczkę z północy Francji, prawdopodobnie analfabetkę, aczkolwiek wcale nie biedną? Za co? Mówiono, że to był angielski proces, ale to nieprawda. Tam było trzech asesorów Anglików, którzy siedzieli w kącie sali i spisywali, co się dzieje. Oskarżycielami byli wszyscy Francuzi. Powtarzam: o co poszło? Co to jest za sprawa? Dlaczego usiłują zamordować taką młodą niepiśmienną dziewczynę? O co szło? I to było dla mnie interesujące. Otóż w przedstawieniu włoskim było wszystko, tylko nie to.

To zadziwiające.

Nie, to pan nie zna Zachodu.

A lyońskie "Moje noce są piękniejsze niż wasze dni"?

Tylko słyszałem, ale nie wiem, jak to wyglądało.

Widziałem fragmenty w Internecie i też nie prezentowały się najlepiej.

Nie wiem, dziwię się, jak mogli coś takiego zrobić, bo to można tylko sfilmować kamerą. To takie bardzo delikatne sprawy pomiędzy dwojgiem ludzi w jednym hotelu. Cóż to za przedstawienie? Żadne.

Chyba ma pan rację. Z kolei w "Listach do domu" wspomina pan o zabieganiu o nowe francuskie wydanie "Trylogii" Sienkiewicza z pana przekładem.

Tak, to jest prawie dokładnie wyjaśnione. Bardzo ich chciałem pchnąć do tego, żeby wreszcie "Trylogia" wyszła w przyzwoitym wydaniu i przekładzie. To, co wyszło we Francji ileś lat temu, nie jest satysfakcjonująco przełożone. Osobiście nie porwałbym się na coś takiego, ale na tyle znam oba języki, że mógłbym nadzorować nad tym prace. Żałuję, że to nie wyszło. Skoro książki Aleksandra Dumas czy Wiktora Hugo wychodzą do dziś, to może by ten Sienkiewicz się na coś przydał wreszcie? Zwłaszcza, że jest to świetnie napisana literatura. Nie da się ukryć.

To była druga odsłona "Trylogii" rozmów z Andrzejem Żuławskim. Trzecia ukaże się wkrótce na łamach Stopklatki.