Bardzo Dziwny Western

Johnny Depp jako indianin Tonto w "Jeźdźcu znikąd"
Na nasze ekrany nadjeżdżają "znikąd" Johnny Depp w pełnym makijażu i Armie Hammer w kowbojskim kapeluszu. Z tej okazji Kamila Maria Żyźniewska przygląda się najbardziej nietypowym przedstawicielom bardzo dziwnego gatunku, jakim jest western.
Niegdyś niespokojne regiony Dzikiego Zachodu zamieszkiwali kowboje, rewolwerowcy, stróże prawa i rdzenni mieszkańcy Ameryki. Nie minęło wiele czasu, a zielone prerie i małe miasteczka, zaczęli zasiedlać entuzjaści lemoniady, samuraje, a nawet gadające kameleony. Widać, że w rozległym krajobrazie filmowego westernu znajdzie się miejsce dla niejednego ekscentryka.

Na początku był „Napad na ekspres". Dwaj zamaskowani bandyci wsiedli do pociągu, otworzyli sejf, obezwładnili maszynistę i sterroryzowali podróżujących pociągiem pasażerów. W jednym z wagonów słynnego ekspresu, siedział G.M. Anderson, który wkrótce jako Bronco Billy, stał się pierwszą gwiazdą na filmowym Dzikim Zachodzie. Na srebrnym ekranie pojawili się samotni jeźdźcy, hodowcy bydła, bywalcy saloonów, awanturnicy, złoczyńcy i czerwonoskórzy. Przez dzikie prerie przemaszerowali Jesse James, Wyatt Earp, Butch Cassidy i Ringo Kid, przecierając szlaki kolejnym westernowym bohaterom.

Western jako jeden z najstarszych gatunków filmowych, pojawiał się i znikał jak samotny jeździec oraz święcił triumfy godne najlepszego rewolwerowca. Kiedy nie dawano mu szans na przetrwanie, niespodziewanie pojawiał się na dzikim horyzoncie, wychodząc bez szwanku z każdego filmowego pojedynku. Western, w swojej wieloletniej karierze, przeobraził się w dziesiątki podgatunków – od klasycznych hollywoodzkich opowieści o bohaterskich kowbojach, poprzez nadwesterny (zwane również westernami psychologicznymi), antywesterny, spaghetti westerny, „czerwone westerny" i neo-westerny. W bogatym nazewnictwie tego gatunku, pojawiają się również surrealistyczne acid westerny, westerny feministyczne, jak i weird westerny, łączące estetykę Dzikiego Zachodu z elementami horroru, steampunku lub science-fiction. Klasyfikacja filmowego westernu mogłaby przysporzyć o zawrót głowy niejednego rewolwerowca. O tym, że Dziki Zachód to również bardzo dziwny Zachód, świadczą najlepiej omawiane w tym tekście tytuły.

Kowboje - abstynenci


„Dobrym strzelcem chcesz być. Kolalokę musisz pić" – powiedział największy fan lemoniady w historii kina, czechosłowacki kowboj znany pod pseudonimem Lemoniadowy Joe. Ten schludny blondyn o nieskazitelnym uśmiechu traktuje alkohol jak swojego największego wroga, który „rujnuje zdrowie, a zwłaszcza celne oko" niejednego rewolwerowca. Nasz bohater po każdym celnym strzale sięga po butelkę magicznej lemoniady i wychwala bezalkoholowy napój, szczerząc się do widzów jak chłopiec z amerykańskiej reklamy.

Hasłami reklamowymi strzela równie celnie, co z rewolweru, a swoje lemoniadowe rymowanki recytuje z zacięciem rasowego copywritera. „Lemoniadowy Joe" należy do grupy tzw. „czerwonych westernów", parodiujących amerykańskie produkcje o Dzikim Zachodzie. Jednocześnie można go potraktować jako rodzaj filmu edukacyjnego o zgubnych skutkach spożywania alkoholu. Sama fabuła w pełni realizuje schemat klasycznych amerykańskich produkcji. Mamy postać samotnego bohatera, który przybywa do małego miasteczka, by walczyć z panującym bezprawiem i przegonić z niego rozpustnych alkoholików i złoczyńców.

W naszym kowboju kochają się oczywiście dwie kobiety – dobra blondynka Winnifred Goodman i zła brunetka Tornado Lou. Pierwsza jest wzorem największych cnót, druga do aniołków raczej nie należy. Dzień mija jej na tańczeniu w lokalnych saloonach i zabawianiu mężczyzn przy szklaneczce whisky. Joe oczywiście czuje miętę do blondyneczki, która zamiast wysokoprocentowych trunków, woli napić się szklanki mleka. Choć nasz kowboj łamie serce ponętnej brunetce, to u żeńskiej części widowni wywoła raczej rozbawienie, niż uwielbienie. Bo Lemoniadowy Joe nie jest kowbojem z krwi i kości, w stylu szarmanckiego Johna Wayne'a, czy bohaterskiego Clinta Eastwooda. Łyk alkoholu, który rozgrzewał przed pojedynkiem jego amerykańskich kolegów, u czechosłowackiego kowboja powoduje jedynie stany omdlenia.

Rewolwerowcy na wiecznym kacu


Zdeprawowany Dziki Zachód zamieszkują również rewolwerowcy-utracjusze, którzy po wypiciu whisky, potrafią celnie strzelić do wyrzuconej w powietrze pustej butelki, a kiedy dopadnie ich kac, z ledwością utrzymują w dłoni swój rewolwer. Do powyższej grupy należy podstarzały kowboj Kid Shelleen z westernowego musicalu „Kasia Ballou". Pijaczyna wynajęty przez atrakcyjną dziewczynę, w celu zapewnienia ochrony jej ojcu, nie kojarzy się raczej z typem prawdziwego bohatera. W wiecznym stanie upojenia alkoholowego, snuje się jak zombie po Dzikim Zachodzie, a bronią posługuje się sprawnie do momentu, kiedy ma pełną butelkę. Gdy wysokoprocentowe paliwo się skończy, Kid Shelleen zasypia na swoim koniu i staje się bezużyteczny.

Do spektakularnej przemiany naszego bohatera, dochodzi w momencie decydującego starcia z głównym przeciwnikiem Kasi – stalowonosym Timem Strawnem, bratem Kida. W ostatecznym rozrachunku, pijaczyna przywdziewa satynową, czarną koszulę, srebrny pas i wzorzystą kamizelkę, goli swój tygodniowy zarost, a zamiast butelki whisky w kowbojskim pasie, zabiera ze sobą dwa rewolwery z perłową rękojeścią. Niestety, długo nie wytrzyma w roli modnego kowboja i po zabiciu swojego przeciwnika, wraca do swoich dawnych nawyków.

Widać, że tym epizodem, reżyser Elliot Silverstein postanowił zakpić sobie z wizerunku idealnego amerykańskiego bohatera. Historia Kasi, wynajmującej słynnego rewolwerowca, który zostawił swój rewolwer w barze, to zabawny westernowy musical ze sporą dawką ironii. Miłym przerywnikiem „Kasi Ballou", są grajkowie z Dzikiego Zachodu (w jednego z nich wcielił się legendarny Nat King Cole), którzy niczym chór w greckiej tragedii, wyśpiewują nam całą fabułę.

Dziki Wschód z papierową górą Fuji


Sukiyaki to bardzo popularna potrawa w Kraju Kwitnącej Wiśni. Ci, którzy znają twórczość Takashiego Miike, mogli się spodziewać uzupełnienia przepisu tradycyjnego japońskiego gulaszu o kilka dodatkowych składników. Hektolitry tryskającej z ekranu krwi, przyprawione solidną dawką kiczu stanowią danie główne w menu japońskiego reżysera. Western w interpretacji Miike nie przypomina tradycyjnych „spaghetti westernów" Sergio Leone, niewiele ma też wspólnego z amerykańskimi, romantycznymi opowieściami o kraju Dzikiego Zachodu.

Sukiyaki Western Django" to brutalne, perwersyjne kino, łączące w sobie elementy kiczu i groteski, gatunkowa hybryda amerykańskich westernów, anime oraz kina samurajskiego. Jest to z pewnością potrawa nie na każde podniebienie. Prawdziwy rarytas dla wielbicieli specyficznych smaków, danie całkowicie niejadalne dla szerszej grupy odbiorców. Jak mówi niezadowolony z przyrządzonej strawy bohater, grany przez Quentina Tarantino: „Za słodkie. Za dużo cukru. To Sukiyaki, a nie jakiś kurna, lizak!".

Podczas seansu, większość entuzjastów kąpieli w morzu tandetnej krwi powinna poczuć się jak ryby w wodzie. Nieco bardziej wrażliwi widzowie nie muszą obawiać się mdłości, bo jest to film z gatunku delikatniejszych w twórczości japońskiego reżysera. Brutalne sceny rażą bardziej kiczem, niż przemocą, a wszystko jest potraktowane z dużym przymrużeniem oka. Japońscy kowboje kaleczą język angielski równie skutecznie jak swoje kończyny i biegają po dziwacznej scenerii Dzikiego Wschodu w kowbojskich kapeluszach, dusterach i ostrogach.  Część z nich rezygnuje z kowbojskiego stroju na rzecz samurajskiego kimono, a długie, ciemne włosy przystraja sztucznymi, czerwonymi pasemkami.

W „Sukiyaki Western Django", obok tradycyjnych saloonów stanęły drewniane japońskie domki, a w pojedynkach równie chętnie używane są rewolwery, jak i samurajskie miecze. Na tego rodzaju niespodzianki przygotowała nas już pierwsza scena filmu, z gościnnym występem Quentina Tarantino, który wypoczywa na plastikowej prerii, spoglądając na zawieszone na sznurku, sztuczne zachodzące słońce i papierową makietę góry Fuji.

Gore Verbinski na Dzikim Zachodzie


Amerykański reżyser postanowił zakończyć swój kilkuletni rejs pirackim statkiem i wyprawić się w podróż na prerie Dzikiego Zachodu. Pierwszym ukłonem w kierunku klasyki amerykańskiego westernu, jest wyreżyserowana przez niego, animowana komedia „Rango". Przygody ekscentrycznego kameleona nawiązują do spaghetti westernów Sergia Leone oraz sztandarowych amerykańskich opowieści o Dzikim Zachodzie.

Główny bohater o imieniu Rango, w wyniku wypadku na drodze, ucieka ze swojego szklanego terrarium i trafia do małej wioski na pustyni Mojave. Początkowo tajemniczy przybysz znikąd, nie budzi zaufania okolicznych mieszkańców. Sytuacja zmieni się diametralnie, kiedy nasz bohater „pozbędzie się" jednego z głównych oprawców miasteczka i w zamian za swoje bohaterskie zasługi, zostanie odznaczony gwiazdą szeryfa.

Ze względu na specyficzny humor, „Rango" nie można położyć na półce z animowanymi filmami dla dzieci. Dowcipne dialogi częściej wywołują uśmiech na twarzach starszej widowni, niż najmłodszych widzów. I choć dzieciaki powinny zapałać sympatią do gadatliwego kameleona, „Rango" pasuje bardziej łatka dziwacznego westernu, niż klasycznej bajki o Dzikim Zachodzie.


Zabawnego kameleona o rozbieganych oczach zastąpił ekscentryczny Indianin Tonto z najnowszej disneyowskiej produkcji Gore'a Verbinskiego, „Jeźdźca znikąd". Ciekawa charakteryzacja filmowego bohatera, wydaje się dość nietypowa jak na rdzennego mieszkańca Północnej Ameryki. I choć bohater grany przez Johnny'ego Deppa raczej nie dołączy do listy ikonicznych bohaterów Dzikiego Zachodu, to z pewnością idealnie wkomponuje się w środowisko największych westernowych dziwaków.

Niestety, szybki demakijaż rock n'rollowego wizerunku Jacka Sparrowa i zastąpienie go czarno-białą maską Indianina nie tworzy z bohatera całkowicie nowej postaci, a co najwyżej uczyni z niego kolejnego ekscentryka. Choć Indianin Tonto to charakterystyczna, zapadająca w pamięć postać, za bardzo przypomina dziwacznych bohaterów, granych już niejednokrotnie przez amerykańskiego aktora. Nie pozostaje nam nic innego, jak czekać na kolejnych przyjezdnych, którzy na stałe zapiszą się w kartach filmowej historii Dziwnego Zachodu.
 
[Kamila Maria Żyźniewska]