Będę robił z Cronenbergiem film o Sartrze i Camus

Niebezpieczna metoda
O "Idealnych matkach" i zawodowych planach na najbliższą przyszłość opowiada Michałowi Hernesowi Christopher Hampton  jeden z najbardziej wziętych scenarzystów w Hollywood.
 
Michał Hernes: Napisał pan scenariusz do filmu „Idealne matki" o przyjaciółkach romansujących ze swoimi synami. Rzecz została zainspirowana opowiadaniem „Dwie kobiety" Doris Lessing. Co zaintrygowało pana w tej historii o zakazanym owocu?
 
Christopher Hampton: Dokładnie to, o czym mówisz. Intryguje mnie sposób, w jaki ludzie przekraczają granice i jak nieobliczalnie potrafią się zachowywać. Poza tym zawsze uwielbiałem dzieła autorki „Pod skórą". Z reżyserką tej produkcji, Anne Fontaine, pracowałem wcześniej nad filmem „Coco Chanel". Poprosiła mnie wówczas, żebym przyjrzał się scenariuszowi autorstwa Camille Fontaine i dał jej kilka rad. Później Anne dostała propozycję zrealizowania swojego anglojęzycznego debiutu i zdecydowała się porozmawiać ze mną o tym, jaki pomysł byłby najlepszy. Mieliśmy wiele koncepcji, ale namówiłem ją, byśmy wzięli na warsztat właśnie „Dwie kobiety". Akcja opowiadania rozgrywa się w Afryce, ale jako że znam Doris Lessing od lat, zapytałem ją, czy mogę przenieść tę historię do Australii. Nie było problemu. Celem było sportretowanie małej społeczności. No i bohaterowie musieli mieć możliwość surfowania. 
 
Podobnie jak ona, wychował się pan w Afryce. Jak to pana ukształtowało?
 
Byłem małym chłopcem, kiedy mieszkałem w Aleksandrii. Spędziłem tam pięć lat między piątym a dziesiątym rokiem życia. Moje dzieciństwo przypadło na okres wielkich tarć między Wielką Brytanią a Egiptem. W tamtym czasie to nie był kraj dla Anglików. Po powrocie do Wielkiej Brytanii rozpowiadałem w szkole, że ta cała inwazja była głupia, bezsensowna i zła. Miałem przez to niemałe kłopoty. Paradoksalnie obie te sytuacje zagubienia ukształtowały mnie jako pisarza, który przecież bardzo często bywa outsiderem. Najpierw byłem Anglikiem w Egipcie, później zaś pro-egipską osobą w Anglii. Traktuję to jako cenne doświadczenie. Takie nieprzystosowanie to klasyczny element kształtujący przyszłych literatów. 
 
Jak odbierał pan rewolucję, która miała niedawno miejsce w Egipcie?
 
Przed laty napisałem dramat poświęcony mojemu egipskiemu dzieciństwu „White Cameleon" („Biały Kameleon"). Jakieś dwadzieścia lat temu został po raz pierwszy wystawiony w londyńskim teatrze. Przed trzema laty skończyłem pisać scenariusz na podstawie tego dramatu, który zamierzałem osobiście przenieść na ekran. Miałem już zaawansowane plany związane z reżyserią i zdjęciami w Egipcie. Wtedy jednak wybuchła rewolucja.
 
Za to napisał pan scenariusz do „Idealnych matek", czyli bardzo subtelnej historii.
 
A zarazem tajemniczej. Jej bohaterowie z zaskakującym spokojem przyjmują to, co ich spotyka. Zaskoczyło to niektórych amerykańskich krytyków, którzy nie potrafią zaakceptować tej opowieści. Nie są w stanie zrozumieć, że te postaci traktują to, co ich spotyka, jako coś naturalnego i normalnego. Krytycy spodziewali się bardziej oskarżycielskiego tonu i więcej bólu.  

Idealne matki
Jak pracowało się panu nad przełożeniem języka literackiego na język scenariusza filmu?
 
Proces identyfikacji z tymi bohaterami trwał bardzo długo. Scenariusz miał początkowo wiele wersji. Literacki pierwowzór jest bardzo poetycki i metaforyczny. Jego bohaterów trudno traktować jak ludzi z krwi i kości. Chodziło o to, by przełożyć tę metaforyczność na coś bardziej konkretnego, realistycznego. Konstrukcja opowiadania Doris jest hermetyczna, musiałem dokonać pewnych zmian. 
 
Równie wielkim wyzwaniem była adaptacja „Pokuty"?
 
Tak, chociaż tak problem tkwił gdzie indziej. Zastanawiałem się, czy wprowadzić narrację w formie wspomnień starszej pani i inne klasyczne filmowe zabiegi. Dużo czasu zajęło mi sprawienie, by tamtą historię maksymalnie uprościć. Dopiero kiedy poszedłem tą drogą, pisanie posunęło się do przodu. Na szczęście Joe Wright był bardzo pomocny i otwarty na propozycje.  
 
Jak wygląda praca nad scenariuszem na podstawie miłosnej książki „Ali i Nino" Kurbana Saida?
 
Pracuję nad tym projektem z reżyserem „Senny", Asifem Kapadią. Zanim do niego dołączył, opracowałem dwie wersje scenariusza. Teraz muszę to z nim przedyskutować i dokonać dużych poprawek. To normalne, gdy rozpoczynasz współpracę z bardzo dobrym reżyserem. Poświęcę na to kilka najbliższych miesięcy. Zdjęcia powinny rozpocząć się w przyszłym roku w Azerbejdżanie i Gruzji. 
 
Co urzekło pana w tej opowieści?
 
Wysłano mi książkę, o której nigdy wcześniej nie słyszałem, która została napisana w latach trzydziestych w Azerbejdżanie. Zaintrygowało mnie to. Podoba mi się jej klarowność, egzotyka i celne pokazanie politycznych komplikacji, jakie miały miejsce w czasie pierwszej wojny światowej na terenie Azerbejdżanu. Traktuje ona także o muzułmaninie i chrześcijance, którzy odnajdują gałąź porozumienia. Dodatkowo jest to opowieść o małym kraju, próbującym wyzwolić się z tyranii i przegrywającym, ale z honorem. Bardzo to do mnie przemówiło. 
 
Ta książka opowiada o outsiderach.
 
To prawda. Dwójkę bohaterów łączy fakt, że niby są miejscowi, ale oboje z wyboru stają się obcymi. Zmusza ich to do odwrócenia się od ludzi im bliskich. Znajdują się na granicy i muszą przekraczać bariery, żeby móc kochać.
 
Obco czują się również bohaterowie pańskiego dramatu „Opowieści Hollywoodu". Na jego podstawie Kazimierz Kutz zrobił słynny Teatr TV z Januszem Gajosem w roli głównej.
 
Tak, obejrzałem go. Kilka lat temu byłem też w Warszawie i widziałem jego studencką wersję. Przyznaję, że identyfikowałem się z bohaterami tej historii. Wszyscy inni artyści, którzy przybyli do Hollywood, przykładowo kompozytorzy czy aktorzy, radzili sobie bardzo dobrze, tymczasem pisarze utracili coś bardzo cennego - swój język. Nagle znaleźli się w bardzo trudnej sytuacji. Pamiętam, że dostałem za zadanie napisanie dramatu, którego akcja będzie się rozgrywała w Los Angeles. 

Niebezpieczna metoda
Jednym z bohaterów tej historii jest Tomasz Mann. Nie lubi go pan?
 
Uwielbiam jego dzieła, ale uważam, że był wielkim narcyzem. W „Jak powstał Doktor Faustus. Powieść o powieści" widać jak na dłoni, jak śmiertelnie poważnie podchodził do wielu spraw. Niektóre jego opinie i zachowania czyniły z niego postać komiczną. I nie ma w tym nic dziwnego. Często można dostrzec kontrasty między artystą a jego utworami. 
 
W jaki sposób przygotowywał się pan do odtworzenia tak skomplikowanej i niejednoznacznej postaci?
 
Przeczytałem wszystko, co się dało! Nie tylko o nim, ale też o Heinrichu Mannie i Bertoldzie Brechcie. Zajęło mi to wiele lat. Tak samo wyglądała praca nad moim dramatem o Freudzie i Jungu. Nie chodziło o stworzenie fikcyjnych historii, tylko o zbliżenie się do prawdy. Moim zdaniem to o wiele ciekawsze niż zmyślanie. 
 
Z „Opowieści Hollywoodu" najbardziej lubię dowcipną anegdotę o przyczynach śmierci księcia Ferdynanda. 
 
(Śmiech). Ojciec bohatera naprawdę przyjaźnił się z księciem Ferdynandem i w jednym z listów pojawiła się informacja, że to z winy jego ojca wybuchła I wojna światowa.
 
Takim zagubionym pisarzem był również Joseph Conrad.  Napisał pan scenariusz na bazie „Tajnego agenta".
 
To jeden z moich ulubionych pisarzy. Poświęciłem lata na pisanie scenariusza do ekranizacji „Nostromo". Reżyserować miał David Lean, ale niestety zmarł na sześć tygodni przed planowanym rozpoczęciem zdjęć. Bez niego nie udało się tego zrealizować, chociaż scenariusz został opublikowany w Anglii. Bardzo chciałbym wrócić do tego projektu, ale jest kosztowny. Próbowaliśmy go zrealizować wspólnie z Hugh Hudsonem. Nie udało się.
 
„Tajny agent" to zupełnie inna historia, ale też ją bardzo lubię. Po tym, jak wyreżyserowałem film „Carrington", przedstawiciele 20th Centaury Fox zapytali, co chciałbym zrealizować w następnej kolejności. Wskazałem właśnie „Tajnego agenta". Lubię ten film, ale nie sądzę, by obejrzało go zbyt wiele osób. 
 
Wspomniał pan o „Carringtonie". Jaka była historia tego projektu?
 
Znów musiałem przekopać się przez wiele materiałów. Lytton Strachey  i Carrington korespondowali ze sobą przez szesnaście lat. Realizacja tego projektu zajęła mi łącznie osiemnaście lat. Pierwsza wersja tej historii trwała około czterech godzin i sporo miejsca poświęciłem w niej Virginii Woolf, jej siostrze i mężowi. Ostatecznie zdecydowałem się z tego zrezygnować. Uświadomiłem sobie, że najciekawszymi postaciami są mniej sławni bohaterowie. 
 
Są jeszcze jakieś projekty, z których realizacją ma pan problem z powodów finansowych?
 
Marzy mi się ekranizacja powieści „The Custom of the Country" Edith Wharton. Wspólnie z Davidem Cronenbergiem mamy w planie zrobić kolejny, po „Niebezpiecznej metodzie", film. Tym razem bohaterami będą Sartre, Simone de Beauvoir i Albert Camus. Rzecz będzie się rozgrywać w czasie okupacji Paryża. Chciałbym też wyreżyserować „Mewę" na podstawie Czechowa. W tej chwili szukam aktorów, którzy chcieliby się do tego przyłączyć, nie licząc na zbyt duże pieniądze. 
[Rozmawiał: Michał Hernes]