Człowiek człowiekowi wilkiem, a zombie zombie zombie

Zombie atakują w "World War Z"
W kinach na żer wyszło „World War Z" z Bradem Pittem w roli głównej. Z tej okazji Przemysław Dobrzyński przygląda się poprzednim obrazom z żywymi trupami. Okazuje się, że filmy o umarlakach nie muszą być wcale tak hermetyczne jak mogłoby się wydawać. Zombie nie tylko bowiem zajadają się ludzkimi mózgami, ale też zdarza im się biegać, chodzić na zakupy, zakochiwać, a nawet… tańczyć. Z tej okazji postanowiliśmy przybliżyć Wam najważniejsze pozycje tego gatunku. Ot, taka zombieklopedia w pigułce. Dla fanów zombie będą one z pewnością, ekhm, łakomym kąskiem.
Zombie to dość specyficzna grupa społeczna. Biorąc pod uwagę fakt, że są martwi (co zapewne gromadzi liczne problemy podczas wizyt w przychodni; raczej ciężko też im się ubezpieczyć) nie pałają zbyt wielką chęcią do żywych ludzi (prawie jak przedstawiciele skrajnej prawicy). To znaczy, lubią nas, tyle że bardziej jako pokarm. W szczególności upodobali sobie nasze mózgi, choć w przypadku niektórych śmiertelników aż dziw bierze, że nawet dla nich nie okazuje się to szkodliwe. W każdym razie, na pewno zombie nie zyskaliby sobie fanów na konwencji praw człowieka ani na zjeździe wegetarian. Ale taka już ich natura.


Parodia filmów o zombie w serialu "Community"
 
Samo pojęcie „zombie" wywodzi się z kultu Voodoo, z czego być może nie każdy zdaje sobie sprawę. Na samym początku słowo to oznaczało osobę będącą np. pod wpływem jakichś środków odurzających i wykonującą nieświadomie czyjeś polecenia. Był to rodzaj klątwy, którą rzucano na daną osobę by móc przejąć nad nią kontrolę. Wyznawcy voodoo, głównie z rejonów Haiti i południa Ameryki, do dziś dnia wierzą, że można zabić kogoś i potem, kilka dni po śmierci, kapłan jest w stanie przywrócić go do życia, lecz nie jako tego kim był wcześniej, a jedynie jako poruszające się martwe ciało, stanowiące niejako odtąd „mieszkanie" dla duchów śmierci Guede. Taki truposz następnie wykorzystywany jest głównie jako „tania" siła robocza np. przy pracach w polu. Tego typu obraz zombie funkcjonował w kulturze i popkulturze od lat 20. minionego wieku do końca lat 60.

Białe Zombie"

Miłośnicy nieumarłych spierają się kiedy tak naprawdę powstał pierwszy film, w którym wystąpił zombie. Są tacy, dla których pierwszym żywym trupem jest monstrum stworzone przez doktora Frankensteina, które zadebiutowało na ekranie w 1910 roku. Znajdą się też przypadki osób, dla których lunatyk Cesare z „Gabinetu doktora Caligari" w reżyserii Roberta Wiene jest jednym z wcześniejszych przykładów zapowiadającym przyszłego truposza. A nie brak również ludzi, którzy twierdzą, że to Jezus był tak naprawdę pierwszym zombie w historii ludzkości. Jeśli chodzi o kino, najwięcej przemawia jednak za rokiem 1932, kiedy to powstał film „Białe Zombie" Victora Halperina.

Wspomniana w akapicie wyżej charakterystyka wczesnego postrzegania umarlaków występuje w tym obrazie w pełnej krasie. Zresztą „Białe Zombie" to pierwszy pełnometrażowy film o żywych trupach, który wypracował wszelkie znane nam archetypy, zarówno gatunkowe jak i te dotyczące wyglądu czy też poruszania się zombie. Choć należy mieć na uwadze, że wtedy jeszcze żywe trupy wyglądały i zachowywały się inaczej niż to ma miejsce dziś. W „Białym Zombie" przypominają bardziej bezmyślne istoty poddane hipnozie, które posłusznie wykonują rozkazy i traktowani są jak niewolnicy żywych ludzi.

Akcja rozgrywa się na Haiti. Młoda kobieta Madeleine przybywa wraz z narzeczonym na plantację bogacza Charlesa Beaumonta. Ten zakochuje się w dziewczynie i pragnie ją poślubić. Z pomocą, w przekonaniu do tego czynu Madeleine, przychodzi miejscowy mistrz Voodoo (w tej roli Bela Lugosi) proponując Charlesowi miksturę, która sprawi, że kobieta będzie mu posłuszna. Po wypiciu jej, Madeleine umiera, po czym powstaje z martwych jako zombie. Z pewnością obraz ten dziś mógłby być potraktowany jako głos „za" w sprawie związków partnerskich. „Białe Zombie" po latach nie sprawia wrażenia horroru, a właściwie tylko albo aż nastrojowego i mrocznego romansu, przypominającego trochę bardziej dorosłą i dziwną wersję bajki o Królewnie Śnieżce.
 

Noc żywych trupów"

To był jednak jedynie wstęp. Zombie w popkulturze wyszli z grobów na światło dzienne (i nocne) dopiero w 1968 roku, kiedy to powstało dzieło kanoniczne dla gatunku, nie tylko filmów o truposzach, ale i horrorów w ogóle. Mowa tu oczywiście o „Nocy żywych trupów" George'a Romero. To właśnie w tym filmie po raz pierwszy przedstawiono zombie jako powstające z grobów kanibalistyczne stwory, które żywią się ludzkim mięsem, a ich nadrzędnym celem jest konsumpcja najseksowniejszego (głównie według kobiet - czy to tylko przypadek?) organu, czyli mózgu.

Ogromna popularność sprawiła, że obraz ten szybko dorobił się statusu dzieła kultowego, z którego pochodzą właściwie wszystkie schematy, z których korzystają kolejni twórcy, mniej lub bardziej dosłownie odnosząc się do filmu Romero. Oprócz tego, że „Noc żywych trupów" jak na czasy, w których powstała, była ekstremalnie brutalna i krwawa, to zrywała z wieloma stałymi motywami spotykanymi dotychczas w horrorach. Głównym bohaterem „Nocy…" jest czarnoskóry mężczyzna, który w dodatku ginie na samym końcu. Dziś nie robi to na nas wrażenia, ale w 1968 było to niezwykle odważne i nowatorskie posunięcie. No i pośród tej całej orgii sadyzmu, która szokowała w tamtych czasach, nie sposób także nie odczytać w filmie Romero krytyki społecznej i politycznej – odniesień do Zimnej Wojny, Wietnamu, rasizmu, także w kontekście zabójstw Martina Luthera Kinga czy Malcolma X, które wtedy były jeszcze świeżymi sprawami (zapewne nie przypadkiem główny bohater jest czarnoskóry i zostaje w jednej z ostatnich scen zabity przez typowego południowego wieśniaka).

Zresztą przeniesienie żywych trupów z rejonów Karaibów (bo tylko tam wcześniej rozgrywały się wcześniejsze filmy o zombie) na południe Ameryki samo w sobie jest już wystarczającym komentarzem. Wpływ „Nocy żywych trupów" na popkulturę jest olbrzymi. To dzięki temu filmowi w świadomości masowej na dobre zadomowił się wizerunek zombie, taki jakim go znamy dziś. Oczywiście obraz Romero doczekał się licznych kontynuacji, remaków, przeróbek, parodii itp., także gdyby nie „Noc…" to prawdopodobnie nie powstałyby wszystkie inne późniejsze produkcje, a być może nawet podgatunek filmów o żywych trupach umarłby śmiercią (nad) naturalną.
 
"Martwica mózgu"

Jednym z twórców, który najlepiej wykorzystał dziedzictwo George'a Romero jest Peter Jackson. Jak pewnie każdy wie, zanim nowozelandzki reżyser zawitał do Śródziemna i stał się potężną figurą w Hollywood, kręcił niskobudżetowe komediowe horrory klasy B (w najlepszym wydaniu). Chyba nikt lepiej od niego w całej historii kina nie potrafił wykorzystywać hektolitrów krwi i sztucznej skóry z taką szaloną maestrią i wyobraźnią.

W „Martwicy mózgu" starsza kobieta zostaje pogryziona w zoo przez indonezyjskiego małposzczura. Ukąszenie sprawia, że zaczyna ona zapadać w dziwną chorobę i z czasem zamienia się w zombie. Wkrótce potem martwica mózgu zaczyna rozprzestrzeniać się po całym miasteczku. Czego tu nie ma! Pożeranie psów, obdzieranie ze skóry, wyjmowanie wnętrzności gołymi rękami; jest nawet bobas-zombie, który zaczął polować na ludzkie mięso zanim jeszcze odcięto mu pępowinę! Flaki i kończyny fruwają po ekranie, a krew bluzga na wszystkie strony. Istny festyn gore. W finałowej scenie, z użyciem kosiarki, wykorzystano ponoć rekordową ilość sztucznej krwi (300 litrów) co czyni z „Martwicy mózgu" najbardziej krwawy film w historii kina. I chyba tak już zostanie bo ciężko wymyślić coś równie brutalnego i obrzydliwego zarazem. Choć jest też w tym jakieś chore piękno… chyba…. W wielu krajach do kopii filmu dodawano torebki na wymioty, co akurat wydaje się logicznym posunięciem w tym przypadku.
 
"Thriller" Michaela Jacksona

Tytułowy utwór najlepiej sprzedającego się albumu w historii muzyki doczekał się wyjątkowego potraktowania przez Michaela Jacksona, który postanowił zrobić prawie 14-minutowy teledysk do piosenki „Thriller". Wyreżyserowany przez Johna Landisa klip to właściwie pełnoprawny film krótkometrażowy, który zrewolucjonizował przemysł muzyczny i miał ogromny wpływ na rozwój teledysków (a co za tym idzie MTV w czasach gdy stacja ta puszczała jeszcze muzykę), nadając im rangę sztuki.

W wideoklipie, Michael wraz z narzeczoną oglądają w kinie fikcyjny horror pod tytułem „Thriller". Przerażona dziewczyna postanawia wyjść z kina, a Michael udaje się za nią. W pewnym momencie, gdy oboje przechodzą obok cmentarza, Jackson zaczyna śpiewać wers piosenki „Thriller" czym „budzi" leżące w grobach trupy, które otaczają Michaela i dziewczynę. Chwilę później Jackson sam także zmienia się w zombie i razem z pozostałymi umarlakami zaczyna tańczyć w rytm muzyki. Zresztą - każdy z nas widział ten klip przynajmniej raz. Podobnie jak miliard innych ludzi. Pewnie też spora część z Was przymierzała się do odtańczenia „zombie dance". I wiedzcie, że nie ma się czego wstydzić! Czy się to komuś podoba czy nie, „Thriller" Jacksona miał także spory udział w dalszym popularyzowaniu postaci zombie. Ci, którzy nie mieli okazji widzieć wcześniej filmów Romero, zapewne dzięki „Thrillerowi" po raz pierwszy zetknęli się z żywymi trupami. To kawał najważniejszej części historii popkultury.
 

"Świt żywych trupów"

„Świt żywych trupów" jest kontynuacją „Nocy żywych trupów", która spełnia najważniejsze warunki bycia sequelem – wszystkiego jest tu więcej. Więcej krwi, więcej gore i obrzydliwości. Większa jest też skala, a miejsce akcji bardzo ciekawe i nietypowe jak na horror, w szczególności z umarlakami w rolach głównych. Historia rozgrywa się kilka dni po wydarzeniach z pierwszej części. Epidemia zombie dziesiątkuje całą ludzkość. Pozostała jedynie garstka ocalonych, którzy szukają schronienia w pobliskim centrum handlowym. Pech chciał, że żywe trupy nie wyzbyły się jednej z podstawowych ludzkich cech – konsumpcjonizmu, choć w lekko odmiennej formie niż ta, do jakiej jesteśmy na co dzień przyzwyczajeni. Ironia na jaką tym razem pozwolił sobie Romero jest niezwykle zjadliwa (nomen omen).

Reżyser pokazał nam, że przechadzając się dzień w dzień po supermarketach, czyhając na jakieś specjalne promocje i za wszelką cenę pragnąc zdobyć przedmioty, których niekoniecznie potrzebujemy, niewiele różnimy się od bezmyślnych zombie. I choćbyśmy nie wiadomo jak się napchali produktami, które za wszelką cenę musimy mieć, to zawsze będzie nam mało i cały czas będziemy chcieli więcej. Po obejrzeniu tego filmu zupełnie inaczej patrzy się na ludzi stojących w kolejce do kasy. W 2004 roku powstał remake „Świtu…" wyreżyserowany przez Zacka Snydera. Okazał się całkiem udany, a przede wszystkim wprowadził interesujące novum do całego gatunku – u Snydera bowiem po raz pierwszy przedstawiono nam biegających zombie.
 
"Żywe trupy" (The Walking Dead) - serial

Nadawany w stacji AMC serial "Żywe trupy" (oparty na komiksie pod tym samym tytułem) przeniósł gatunek filmów o zombie na zupełnie inny, wyższy poziom, rozpętując nową modę na umarlaki i sprawiając, że stali się oni popularniejsi niż kiedykolwiek. Opowiada on o grupce ludzi żyjących w postapokaliptycznym świecie, w którym większość populacji stała się zombie (tu nazywanych szwendami [w wersji amerykańskiej: walkers]). Epizodyczna natura jaką rządzi się serial telewizyjny sprawia, że mamy w przypadku „The Walking Dead" do czynienia z najbardziej jak dotąd rozbudowaną pod względem fabuły i psychologii postaci produkcją o żywych trupach. I nie jest to tylko i wyłącznie horror.

Bliżej temu serialowi do survivalowego dramatu z elementami zombie movies. Fabuła koncentruje się na staraniach grupki głównych bohaterów, którzy za wszelką cenę chcą przeżyć i doczekać następnego dnia oraz na konfliktach jakie z czasem narastają wewnątrz grupy. Hordy zombie stanowią właściwie jedynie tło i znakomitą nadbudowę dla dramatów żywych ludzi, dla których życie już nigdy nie będzie takie samo. Serial bije rekordy oglądalności w Stanach (trzeci sezon śledzi średnio po 10 milionów widzów co tydzień), a dzięki Internetowi produkcja ta rozprzestrzenia się po całym świecie szybciej niż zaraza zombie. „The Walking Dead" cieszy się oprócz tego znakomitą prasą, właściwie każdy krytyk oraz widz wychwala tę serię pod niebiosa.

Do tego należy doliczyć masę prestiżowych nagród i nominacji jakie serial ten zdobył – od Saturnów, przez Emmy po Złote Globy. Jeszcze nigdy w historii zombie nie byli tak popularni i trendy. Pokłosiem tego są także ogromne ilości filmów oraz gier video, które szczególnie w ostatnim czasie zalewają rynek. 
 
"Zombie SS"

Bez wątpienia najlepszy film o zombie-nazistach w historii kina! Nawet biorąc pod uwagę fakt, że powstały bodajże tylko trzy takie pozycje. „Zombie SS" to wspaniała krwawa mikstura gore, horroru, kampu i humoru ze szczyptą flaków na deser. Fabuła to mieszanka znanych klisz i schematów gatunkowych, ale tak na dobrą sprawę jest ona nieistotna, zresztą kto ogląda film o nazi-zombie zwracając uwagę na scenariusz? Ważne by było brutalnie i krwawo. Nie brak więc rozrywania ludzi na strzępy, odcinania głów czy wgryzania się w genitalia. Jest nawet piła mechaniczna, z której bohaterowie robią odpowiedni użytek. Akcja rozgrywa się w zimie, w norweskich górach, z tymże śnieg wyjątkowo często przybiera tu czerwoną barwę „Zombie SS" przypomina mieszankę gry Wolfenstein z „Martwym złem" Sama Raimiego oraz najlepszymi survival horrorami i jest to bardzo udane połączenie. Poza tym, czy może być coś bardziej cool niż naziści-zombie? Choć akurat ci żywi niewiele różnili się od nieumarłych.
 

 
[Przemysław Dobrzyński]