"Dopiero się rozkręcamy". Twórca "Kumby" o afrykańskiej animacji

Kumba
- Inspiracją był dla nas "Król Lew" - mówi Stopklatce Anthony Silverston, reżyser animacji "Kumba", która 11 października wejdzie do polskich kin. Silverston zdradza, czemu zaangażował do afrykańskiej produkcji amerykańskich aktorów i czy marzy mu się praca dla któregoś z hollywoodzkich studiów.
 
Michał Hernes: Co jest dla pana najważniejsze, kiedy robi pan animację?
Anthony Silverston: Opowieść musi być dobra. Grunt, żeby nie okazało się, że ludzie nie chcą oglądać filmu, którego realizacji poświęciłeś bardzo dużo czasu. Za cel stawiam sobie, by widzowie utożsamiali się z głównym bohaterem i żeby zainteresowały ich jego losy. Wydaje mi się, że właśnie coś takiego ma miejsce z Kumbą. 
 
Trudno jest kręcić animacje w Afryce?
Przemysł filmowy jest tu czymś nowym i sporo naszych pracowników przyszło do nas prosto ze szkoły animacji. Cały czas sporo się uczymy, ale jednocześnie wypracowujemy sobie własne metody kręcenia filmów. W Ameryce realizuje się je latami i według ścisłe określonych reguł, z których większości nie znamy. 
 
Czy z filmu na film dostrzega pan progres?
Myślę, że w „Kumbie" poziom animacji, w porównaniu do „Zambezi", jest dużo lepszy. Trudno porównywać te filmy w warstwie fabularnej, bo to zupełnie inne historie. Jestem dumny z tego, że udało nam się ożywić afrykański krajobraz i uczynić go wiarygodnym. Zależało nam na dbałości o detale. Aktualnie planujemy realizację filmu o potworze morskim. Akcja będzie się rozgrywała na zachodnim wybrzeżu Afryki i tym razem pojawią się w nim ludzie. Będzie to dla nas nowe wyzwanie. Ma to być piękna i magiczna opowieść, przypominająca poniekąd „Jak wytresować smoka", tylko w wariancie podwodnym.
 
Dlaczego zaangażował pan do „Kumby" amerykańskich aktorów?
Już w czasie prac nad „Zambezią" chcieliśmy zaangażować mieszkańców Południowej Afryki, ale trudno było nam znaleźć osoby mające doświadczenie w tego typu aktorstwie. Dlatego zdecydowaliśmy się na Amerykanów. W „Kumbie" młodzi Jake T. Austin i Anna Sophia Robb spisali się świetnie. W czarny charakter wcielił się z kolei Liam Neeson. Fantastyczną robotę wykonał również Steve Buscemi. 

Kumba
Czy w czasie pracy nad tym filmem inspirował się pan produkcjami Disneya?
Szukaliśmy animowanego stylu, który najlepiej pasowałby do tej historii. Ważną inspiracją był dla nas "Król Lew", ponieważ pojawiają się w nim zwierzęta, które zachowują się bardzo zwierzęco. Dla porównania „Madagaskar" został świetnie zrobiony, ale zwierzęcość tych postaci nie jest przekonywująca. Zależało nam na większym autentyzmie ich zachowań. 
W „Madagaskarze" zwierzęta przeważnie stoją na dwóch nogach i wykazują podobieństwa do ludzi, tymczasem w „Kumbie" zawsze poruszają się na czterech łapach i mam nadzieje, że nie tracą swojej zwierzęcej natury. Projektując te postaci, bacznie przyglądaliśmy się prawdziwym zwierzętom. Jednocześnie trzeba im było nadać pewne cechy charakteru, opierając się na afrykańskich inspiracjach i tamtejszym folklorze. Pamiętajmy też, że bohaterowie „Madagaskaru" sporo przebywają w dużym mieście, natomiast w „Kumbie" ludzi właściwie nie ma. Wyjątkiem jest tylko jedna scena, ale nie widać w niej istot ludzkich, tylko auta. Chodziło mi o to, żeby skupić się na pokazaniu świata zwierząt, w którym ważną rolę odgrywa przyroda. 
 
Co stanowiło dla pana największy problem w czasie realizacji tego filmu?
Dysponowaliśmy małym budżetem i nie mieliśmy zbyt wiele czasu na jego realizacje. To duża niedogodność, gdy kręci się animację, ponieważ tego typu produkcje wymagają wielkiej precyzji. 
 
Dlaczego zdecydował się pan na 3D? 
Wykorzystanie tej technologii nie było drogie, a w tym przypadku naprawdę miało sens. Dzięki niej przyglądanie się afrykańskim krajobrazom i samym zwierzętom nabiera magii. Najważniejsze są jednak relacje między bohaterami.
 
Marzy się panu praca dla Disneya?
Za cel stawiamy sobie, żeby co roku kręcić nowy film. Mam nadzieje, że będziemy się dynamicznie rozwijać. Nie zmienia to faktu, że podobają nam się filmy studia Dreamworks, chociażby „Jak wytresować smoka". Świetną robotę robi także Pixar. Tworzone przez nich bajki są bardzo wyraziste, a o to w tym wszystkim chodzi. Osobiście wolę jednak realizować własne wizje i oferować światu afrykańskie opowieści, których nie dostaje zbyt wiele. Wierzę, że ta inna perspektywa robi różnice. Istotną rolę odgrywają detale takie jak muzyka i wizualny styl. Zależy nam na unikalnym powiewie świeżości. 
 
Ok., ale co by pan zrobił, gdyby zgłosił się do pana przedstawiciel Dreamworks i zaproponował współpracę?
Chcemy opowiadać nasze historie, ale jesteśmy otwarci na współpracę i niczego nie wykluczamy. Grunt, żebyśmy zachowali niezależność.
 
Chciałby pan zrobić sequel?
Jeśli pierwsza część na siebie zarobi, czemu nie? W „Kumbie" pojawia się tyle ciekawych postaci, że aż się prosi, by kilka z nich wysunąć na pierwszy plan i opowiedzieć ich historie. Zwłaszcza, że niektóre pojawiły się w filmie tylko na chwilę. Lubię chociażby owcę Norę. Do drugiej części chętnie wprowadziłbym dużo muzyki. Kiedy byłem dzieckiem, uwielbiałem animację „Miasteczko Halloween" i zawarte w niej elementy musicalowe. Poza tym w afrykańskiej muzyce tkwi olbrzymi potencjał. 
 
Tylko kto by je wykonywał, amerykańscy aktorzy?
 
W „Kumbie" Richard E. Grant zaśpiewał taką piosenkę osobiście i nie wyszło źle. W przyszłości albo spróbujemy dać szansę Afrykańczykom, albo przeszkolimy amerykańskich aktorów. 
[Rozmawiał: Michał Hernes]