Europoseł Czarnecki dla Stopklatki: usiadłbym do obiadu z Julią Roberts

Ryszard Czarnecki/Fot. www.ryszardczarnecki.pl
- Historia Polski jest tak fascynująca, że gdybyśmy mieli Hollywood, co chwile powstawałyby u nas wielkie filmowe produkcje - mówi nam Ryszard Czarnecki, wiceminister kultury w rządzie Hanny Suchockiej, a dziś poseł do Parlamentu Europejskiego. Opowiada też, jak trafił jako ekspert do filmu dokumentalnego o wódce, dlaczego interesują go Kate Winslet i Julia Roberts i co łączy politykę z aktorstwem.
 
Michał Hernes: Jaka jest pierwsza stopklatka, którą pan pamięta z kina?
 
Ryszard Czarnecki: Pierwsze filmy obejrzałem w kinie „Stolica" na ul. Narbutta. Miałem wtedy sześć lat i wybrałem się na nie z moją mamą. Jednym z nich był angielski film „Dziki i swobodny", a drugim Wielka włóczęga" z Louis de Funesem. Jeżeli zaś chodzi o stopklatki, były to odpowiednio: widok pędzącego konia i efektowne zdjęcia robione z samolotu. Do dziś pamiętam, jakie wrażenie robił na mnie Paryż widziany z lotu ptaka w „Wielkiej włóczędze". 
 
Jakich miał pan w młodości filmowych bohaterów?
 
Nie był nim ani Gustlik, ani Janek Kos, tylko Janosik, w którego wcielił się, nieżyjący już, Marek Perepeczko. Równie mocno ceniłem sobie rycerza z zapomnianego obecnie filmu „Ivanhoe", w którym pojawiał się także Robin Hood.  
 
Dlaczego właśnie oni?
 
To było dość oczywiste. Ivanhoe był nieustraszonym rycerzem, który pokonywał swoich wrogów, a Janosik płatał figle złym ludziom margrabiego i cechowała go szlachetność, chociaż był zbójnikiem.
 
Na jakie filmy chodził pan na randki?
 
Popularne było pytanie, czy idzie się do kina, czy na film. Pierwszy wariant wybiera się z myślą o randkach, a drugi z myślą o filmach. Zdarzało mi się pójść do kina i potem nie pamiętać, na jaki film poszedłem. Tytuł, pora i produkcja były wówczas najmniej ważne.
 
A czy na jakimś filmie wzruszał się pan lub nawet płakał?
 
Nie powiem, czy płakałem, ale często wzruszam się na filmach. Ostatnio wzruszyłem się w czasie oglądania Poradnika pozytywnego myślenia", w którym zagrał mój ulubiony aktor, Robert De Niro. Z polskich filmów wzruszające jest Jasminum" Jana Jakuba Kolskiego. 
 
Co ujęło pana w tym drugim filmie?
 
Zderzenie dwóch światów − świata starszych mężczyzn, będących zakonnikami, ze światem małej dziewczynki, która mówi to, co myśli i odkrywa w tych ludziach dobro. A czasem nie jest ono na wierzchu. 
 
Jak pokazywanie na ekranie kinowym świata polityki ma się do rzeczywistości?
 
Gdy oglądam amerykańskie i brytyjskie filmy polityczne, dostrzegam, że są dużo poważniejsze i prawdziwsze w ukazywaniu różnych politycznych mechanizmów i kulis. Mógłbym wskazać przykładowo amerykańskie Barwy kampanii" czy „Żelazną damę", opowiadającą o Margaret Thatcher. Kiedy polityk ogląda takie produkcje, może z ręką na sercu powiedzieć, że odzwierciedlają pewne mechanizmy. Dla porównania polskie filmy zbyt często idą w kierunku karykatury polityki i polityków. W związku z tym są kompletnie odrealnione, pokazując pastisz i farsę. Doskonale widać to w „Karierze Nikosia Dyzmy" Jacka Bromskiego z Cezarym Pazurą. 
 
A serial „Ekipa" Agnieszki Holland…?
 
…znajduje się w połowie drogi.
 
Janosik - idol posła Czarneckiego z czasów młodości
Czy oglądając jakikolwiek film o polityce, zastanawiał się pan „skąd oni to wiedzą"?
 
Dotyczy to kina anglosaskiego. Ich autorzy muszą sporo wiedzieć o świecie polityki, bo nawet jeśli dana produkcja nie jest filmem dokumentalnym, to ociera się o dokumentalny realizm.
 
Zgadza się pan z tezą, że polityka ma wiele wspólnego z aktorstwem?
 
To ciekawe pytanie. Mam nadzieję, że polityczne środowisko nie zlinczuje mnie za to, co teraz powiem. Zaryzykuję stwierdzenie, że polityk różni się od aktora tym, że ten pierwszy musi permanentnie odgrywać pewne role; nie może o godzinie 21:00 pozbyć się make-upu, wyjść z teatru i zapomnieć o swojej roli. Polityka muszą charakteryzować aktorskie zdolności przemawiania i panowania nad sytuacją na wiecu czy nad samym tłumem. Być może właśnie z tego wzięły się sukcesy Ronalda Reagana i Arnolda Schwarzeneggera. Jurek Buzek opowiadał kiedyś, że chciał zostać aktorem. Świetnymi aktorami w dzieciństwie byli też Jarosław Kaczyński i jego, świętej pamięci, brat Lech. 
 
Skoro polityk nieustannie musi być aktorem, brzmi to trochę smutno.
 
Nie, nie chciałbym dokonywać demistyfikacji polityków. Ale jeśli wybiera się zawód polityka, to trzeba się pogodzić, że politykowi mniej wolno. Aktor grający lorda nie przeklina i nie smarka w rękaw, w przeciwieństwie do aktora wcielającego się w ulicznego chuligana. Politykowi nigdy smarkać w rękaw – mówiąc metaforycznie − nie wypada. Nie chodzi o udawanie, tylko o pewną etykietę. Politycy muszą tłumić swoje emocje. Chociaż przypomina mi się brytyjski polityk, były wicepremier, John Prescott z rządu Tony'ego Blaira. Gdy na wiecu ktoś go zaatakował, to mu oddał z nawiązką i został w pewnym sensie bohaterem. Czasem wyjście z roli polityka nie jest więc szkodliwe. 
 
Na jednym z portali filmowych znalazłem zaskakującą informację, że zagrał pan dyrektora Ursusa w filmie „Popiełuszko. Wolność jest w nas". Czy to prawda?
 
Jako młody człowiek chodziłem na msze do księdza Popiełuszki i byłem na jego pogrzebie, ale w filmie fabularnym o nim nie wystąpiłem. Przyjaźnię się z ludźmi, którzy sponsorowali tę produkcję, jednak nie załatwiłem sobie tam roli. Nie zapraszają mnie do ról w takich świątobliwych filmach, jestem na to zbyt dużym grzesznikiem.
 
Za to na pewno pojawił się pan w amerykańskim filmie dokumentalnym o wódce.
 
To paradokument zrealizowany przez ludzi o znanych nazwiskach. Wypowiadałem się w nim jako polityk i historyk o tym, że polska wódka jest starsza niż rosyjska. Wspominałem też o sporach toczonych w przeszłości przez Polaków i Rosjan. Dotyczyły one chociażby prawa do używania nazwy „wódka". Na tym tle dochodziło nawet do morderstw. Mowa o fabule idealnie nadającej się na film sensacyjny.
 
Jak się pan znalazł w tej produkcji?
 
Możliwe, że pretekstem do tego był fakt, że wystąpiłem w obronie definicji polskiej wódki podczas debaty w Parlamencie Europejskim. To bardzo ważne z ekonomicznego punktu widzenia, bo Parlament Europejski chciał − i niestety to zrobił − rozszerzyć jej definicje o alkohole z południowej Europy. Chodzi przykładowo o wódkę z winogron. Moje zachowanie zostało zauważone przez producenta tego filmu, który nazywa się Jim Czarnecki [producent filmów Michaela Moore'a, m.in. "Fahrenheit 9/11" - przyp red.]. 
Gdyby Janusz Gajos zagrał Czarneckiego w filmie o nim, europoseł byłby zaszczycony
Czeka pan na film o historii polskiej wódki?
 
Historia Polski jest tak fascynująca, że gdybyśmy mieli Hollywood, co chwile powstawałyby u nas wielkie filmowe produkcje. Chociażby o Witoldzie Pileckim czy pani Irenie Sendlerowej. Takich filmów nie ma, a być powinny. Źle się dzieje, że polska kinematografia nie korzysta z tych tematów. Chwała Ryszardowi Bugajskiemu, że nakręcił film o generale Emilu Fieldorfie -„Nilu". Co ciekawe, kilka dni temu po raz pierwszy pokazano go w Parlamencie Europejskim. Jeżeli zaś chodzi o film o polskiej wódce, to byłaby fascynująca historia, chociaż kto wie, czy nie utrwaliłaby na Zachodzie złośliwego stereotypu o pijakach z Polski. Pamiętajmy, że słynne powiedzenie z czasów napoleońskich „pijany jak Polak" jest przykładem skrajnej manipulacji. Tych słów użył Napoleon, który był wściekły na swoich francuskich żołnierzy i mówił im: „Patrzcie na Polaków. Oni piją, a potem dzielnie i skutecznie walczą, tymczasem wy co? Co się z wami dzieje? Wy pijecie i się poddajecie.". Potem to obrosło w legendę odwrotną od pierwotnej intencji tych słów. Coś, co było dla nas pochwałą, stało się spojrzeniem na nas w krzywym zwierciadle. To kompletny paradoks.
 
Jakie jeszcze historie chciałby pan zobaczyć na ekranie?
 
Jestem wielkim admiratorem kina historycznego, więc chciałbym obejrzeć jak najwięcej filmów traktujących o historii naszego kraju. Jest wiele fantastycznych życiorysów naszych ojców, dziadków i pradziadków, którzy byli niesłychanie dzielnymi ludźmi. Niekoniecznie musieli wojować, żeby uznać ich za takowych. Chętnie obejrzałbym film o rodzinie mojego teścia, Mirosława Hermaszewskiego, którego ojca zabili Ukraińcy, a jego mama mimo to potrafiła wychować siedmioro ich dzieci. Chciałbym obejrzeć filmy poświęcone dziejom zwykłych polskich rodzin. Myślę, że to byłyby fascynujące historie. 
 
Jaki jest pana ulubiony film historyczny?
 
Bardzo lubię produkcje angielskie, czyli filmy i seriale dotyczące walki o tron między Tudorami a Stuartami. To lekcje historii i świetne filmowe produkcje, które pokazują ponadczasowe mechanizmy, przez cały czas funkcjonujące w polityce. Nawet jeśli walka o władzę pięć wieków temu była bardziej okrutna.
 
Jak ocenia pan kondycję polskiej kinematografii?
 
Jestem jej fanem i nawet w czasach, kiedy bardzo modne było narzekanie na jej poziom, starałem się stawać w obronie polskich filmów. Współczesnym produkcjom wiele brakuje co prawda do „polskiej szkoły filmowej" czy „kina moralnego niepokoju", ale cały czas powstają interesujące filmy. Obok szmir znaleźć można wartościowe filmowe dzieła; także te traktujące o polskiej historii i pokazujące ją w sposób nieszablonowy. Chciałbym także, żeby było jak najmniej skandali, takich jak przykładowo wycofanie z udziału w konkursie głównym festiwalu w Gdyni filmu „Uwikłanie" Jacka Bromskiego. 
 
Gdyby mógł pan siąść do obiadu z kimś ze świata kina, kogo by pan wybrał?
 
Z nieżyjącymi już nie zasiądę. Jeżeli byłaby możliwa podróż w czasie, bardzo chciałbym poznać bardzo znanego aktora, Ronalda Reagana. Ze współczesnych osób zdecydowałbym się na Kate Winslet i Julię Roberts, bo to ciekawe aktorki i – chyba − interesujące kobiety. Jeżeli zaś chodzi o aktorów polskich, to wskażę kogoś, kogo po raz pierwszy widziałem w jednej z głównych ról w „Grach ulicznych" Krauzego. Nie jest on takim aktorem jak Borys Szyc czy Maciej Stuhr. Nazywa się Redbad Klijnstra i jest interesujący. Gdy czytam wywiady z nim, widzę, że to nieszablonowy człowiek. 
 
Kto mógłby pana zagrać, gdyby powstał film o panu albo o współczesnej polityce?
 
Odpowiedź pozostawię panu. 
 
Nie ma pan żadnych typów?
 
To pan jest specjalistą. Mógłby mi pan doradzić w tej sprawie. 
 
Muszę się zastanowić.
 
Też musiałem myśleć w trakcie wywiadu. 
 
Nie mam pojęcia.
 
Więc widzi pan, jak czasem czuje się polityk. Czasami nic mu nie przychodzi do głowy, a mimo to musi coś powiedzieć. 
 
Na szczęście nie jestem politykiem. Mógłby pana zagrać przykładowo Janusz Gajos.
 
(Śmiech). To byłby dla mnie wielki zaszczyt.
 
[Rozmawiał: Michał Hernes]