GDYNIA 2013: Przestańmy się czepiać polskiego kina

W imię
W relacjach z Gdyni słowo tabu słyszeliście i czytaliście wielokrotnie. Jedni ogłaszali, że polskie kino wreszcie znalazło odwagę, żeby na poważnie zmierzyć się po raz pierwszy z niewygodnymi tematami.

Z dyskryminacją mniejszości seksualnych; z wojenną przeszłością polską-żydowską. Inni, że polskie filmy tabu ledwie muskają, że niczego nie przekraczają, że w porównaniu z tym, jakie kino pokazuje się na festiwalach światowych, to z Gdyni jest zabawą w piaskownicę.
 
Gdzie leży prawda? Jak zawsze - gdzieś pośrodku - ale przede wszystkim punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Dosłownie. Jeszcze tydzień przed Gdynią siedziałam w kinie na wyspie Lido, gdzie odbywała się 70. edycja Festiwalu w Wenecji. Wśród nagrodzonych znalazły się filmy, które podkopują sens istnienia rodziny. Bezpardonowo pokazują patologię, którą rodzi kurczowe trzymanie się anachronicznego systemu. W dodatku są odważne formą. Do kogoś, kto jeździ na wrocławski festiwal Romana Gutka, świetnie przemówi przymiotnik "nowohoryzontowe". "Żona policjanta" podzielona jest np. na 58 rozdziałów, a niektóre z nich są ledwie kilkunastosekundowe. 
 
"Płynące wieżowce", "W imię…" (homoseksualizm) i "Ida" (zbrodnie na Żydach) - filmy, które rządziły w tym roku w Gdyni - też poruszają tematy niewygodne. Po tym, co wydarzyło się wokół "Pokłosia", wstrzymałabym się jednak z orzekaniem, czy je tylko muskają, czy wyczerpują, czy przekraczają, a może jednak dotykają tylko na niby. Nie możemy rozpatrywać kina w oderwaniu do widza, dla którego się je robi. Doświadczenie przyjęcia obrazu Pasikowskiego przez polską publiczność pokazuje natomiast, że dziś polski widz przede wszystkim pewne tematy i sfery rzeczywistości w jakiś przedziwny sposób kompletnie ze świadomości wyparł. Uważa, że Polak nie mógł być w czasie wojny zbrodniarzem, że stawanie po jakiejkolwiek innej niż bałwochwalczo-patriotyczna strona jest niegodziwe. Żeby to zmienić, trzeba przede wszystkim te wyparte, niewygodne tematy w kinie pokazywać. Z uporem maniaka. Tak często, jak to możliwe.

Płynące wieżowce
Mówi się, że liczby nie kłamią. No właśnie. Gdzie leży prawda o pokazywanych w tym roku w Gdyni filmach? Okaże się, gdy zderzą się w widownią w naszych kinach. Przez całą pierwszą dekadę lat 2000 narzekaliśmy, że polskie filmy dzielą się na te komercyjne, na które do kin szły, zwiedzione drogą kampanią medialną, tłumy, i te artystyczne, przyciągające garstkę (dosłownie, bo często były to wyniki nie przekraczające 2-3 tysięcy osób w skali kraju) widzów. Gdy rozmawiałam z producentką "Idy" Ewą Puszczyńską tuż przed werdyktem, powiedziała mi, że film już sprzedał się do kilkunastu krajów (a trzy dni później dostał nagrodę FIPRESCI w Toronto, więc kolejni dystrybutorzy z pewnością ustawili się w kolejce). Podobnie historia wygląda z "Płynącymi wieżowcami" i "W imię…". Świat interesuje się wreszcie naszym kinem. I pójdzie na nie też - mogę to zagwarantować już dziś - polska publiczność.
 
Bo "Płynące wieżowce", "W imię…" i "Ida" nie uderzają obuchem w głowę. Każdy z tych filmów, w pewnym sensie w opozycji do brzydoty problemów, z którymi się zmierza, jest estetycznie wymuskany. W zdjęciach Michała Englerta we "W imię…" brudna, zrujnowana, zapyziała popegeerowska wieś wygląda jak raj na ziemi. Paskudę PRL-u w "Idzie" Łukasz Żal ukrywa , przykrywając ją klasyczną czernią i bielą. Cały czas, oglądając "Idę" zastanawiałam się, jak bardzo inny byłby to film, gdyby kolorowa taśma odkryła szarość i nędzę miejsc akcji? "Płynące wieżowce" to z kolei młodzi, piękni energetyzujący aktorzy: Marta Nieradkiewicz, Mateusz Banasiuk, Bartosz Gelner.
 
Może jest więc tak, że tematów tabu nie zamiata się już w polskim kinie pod dywan, ale dla odmiany oprawia się je w ramkę, estetyzuje, żeby łatwiej było je przełknąć. Jak dla mnie nie stanowi to problemu, byleby tylko ramka wisiała w najbardziej eksponowanym miejscu pokoju, byle patrzyła na nią jak największa ilość widzów. Tak długo, aż polscy rodzice przestaną okłamywać się, że nie wiedzą, czemu ich syn czy córka nigdy nie przyprowadzili do domu partnera odmiennej płci, a film o wojennej przeszłość Polaków i Żydów, zamiast do publicznego linczu na jednym z aktorów,  doprowadzi do sensownej, merytorycznej dyskusji.
[Karolina Pasternak]