Hollywood przenosi się do Grecji

Percy Jackson: Morze potworów
Tak, jak Tony Stark przewyższa popularnością Supermena, tak i u mitologicznych herosów w cenie są dziś mądrość i spryt, a nie supermoce. Mitologia grecka na dobre opuściła karty szkolnych podręczników i zadomowiła się na ekranach. Czemu właśnie teraz? 
 
Nietrudno zauważyć, że w dwudziestym pierwszym stuleciu bogowie olimpijscy objawiają się kinowym widzom ze wzmożoną częstotliwością. Jednych kuszą seksownymi ciałami hollywoodzkich gwiazd, innych nęcą krwią zabijanych potworów. Jeszcze innych – tych młodszych – zapraszają na fascynujące wyprawy w towarzystwie zgrai nastoletnich herosów. Cóż począć. Skoro taka jest wola nieba, pokornie wkładamy okulary 3D i wiernie towarzyszymy bohaterom w ich przygodach. Tylko dlaczego tak bardzo nam się to podoba?
 
Mityczne kino
 
My, ludzie, mamy skłonność do mityzowania rzeczywistości. Tak przynajmniej twierdził Carl Gustav Jung. Nasi przodkowie uważali ten proces za naturalny i konieczny do prawidłowego funkcjonowania. Dzisiejszy człowiek wzbrania się przed takim myśleniem i skutecznie spycha je w podświadomość. Na jawie zaś po cichu tęskni za magią i cudownymi stworami, które usunął ze swojej racjonalnej rzeczywistości.
 
Mówi się, że nieprzypadkowo psychoanaliza i kino zrodziły się w jednym momencie. Jedno i drugie miało być reakcją na te same braki odczuwane przez nowoczesnego człowieka, który z własnej woli opuścił świat mitów i symboli i musi się teraz odnaleźć poza nim. Według teorii Josepha Campbella, uznanego amerykańskiego mitoznawcy, o ile psychoanaliza służy odbudowaniu osobistego mitu pojedynczego człowieka, o tyle kino służy budowaniu mitu zbiorowego – wspólnego dla całych społeczności.
 
Ulubionym filmowym przykładem Campbella udowadniającym ścisły związek kina i mitologii było wiekopomne dzieło jego przyjaciela, George'a Lucasa, "Gwiezdne Wojny". Narodziły się one w istotnym dla USA momencie historycznym, kiedy świeże było jeszcze wspomnienie wojny w Wietnamie. Wówczas pojawiło się społeczne zapotrzebowanie na wyrazisty obraz ścierania się dobra i zła, ale taki, który byłby oderwany od polityki – czysto abstrakcyjny. To, że "Gwiezdne Wojny" odpowiedziały na te potrzeby, przesądziło o ich sukcesie w Stanach Zjednoczonych, a chwilę później - na całym świecie. Campbell bez wahania nazywał film Lucasa nowym mitem, takim, który przemawia do młodych ludzi prostym, zrozumiałym językiem i jednocześnie swym uniwersalnym przekazem pozwala wypełnić luki w ich rzeczywistości.

Gwiezdne wojny
Mitoznawca poszedł w swoich rozważaniach jeszcze dalej. Porównując mitologie różnych ludów, doszedł do przekonania, że od zarania dziejów świat ma tendencję do opowiada jednej i tej samej historii, tylko w różnych wariantach. Schemat podróży bohatera, podczas której musi on zostać poddany wielu próbom, przejść wewnętrzną przemianę i otrzymać nagrodę, obecny jest w niemal wszystkich klasycznych narracjach. A w takich przecież szczególnie lubuje się amerykańska Fabryka Snów. Teoria Campbella jest niezwykle ceniona przez tamtejszych script doctorów, którzy pomagają dostosować scenariusze do tych uniwersalnych reguł. Niemal każdy hollywoodzki film bazuje dziś na mitycznej strukturze. Dobrze zrealizowany, łatwo podbija nasze serca. 
 
Magia efektów specjalnych 
 
Skoro tak naprawdę mitologii od kina nie sposób oderwać, warto skupić uwagę na bardzo specyficznych przykładach jej użycia w filmie. Mowa o tych produkcjach, które wprost nawiązują do konkretnych antycznych opowieści. A tych, jak wiadomo, ostatnio na ekranach nie brakowało. 
 
Odkrycie korzystnego połączenia mitu i kina nie jest jednak rewelacją z ostatniej dekady. To prawda tak stara, jak sam film. Najstarszy zachowany ruchomy obraz nawiązujący do greckiej mitologii, a konkretniej do przygód Odyseusza, wyszedł spod reżyserskiej ręki prekursora ekranowej fantastyki, Georgesa Mélièsa. 
 
 
 
W nakręconym w 1905 roku czterominutowym "Wyspa Kalipso: Odyseusz i olbrzym Polifem" uwidoczniona została ta szczególna właściwość kina, która za kilka dekad ostatecznie wyrwie mitologię spod wyłącznej dominacji teatru. Chodzi o magię montażu i efektów specjalnych. Moment pojawienia się na ekranie ogromnej głowy Polifema nie byłby możliwy do zainscenizowania na żywo w taki sposób, by miał szansę zrobić wrażenie na odbiorcy.
 
Proste rozwiązania z początku dwudziestego wieku sto lat później rozwinięte zostają do potężnych rozmiarów. Zaawansowana technologia pozwala dziś nadać konkretny kształt czemuś, co dawniej pozostawało w sferze wyobrażeń. Współcześni twórcy efektów specjalnych usiłują oszołomić widza obrazem. Zwykłe powielanie rzeczywistości jest w kinie niewystarczające do wywołania "efektu wow". Chętnie powołuje się więc do życia zupełnie nowe światy lub odwrotnie – jak w przypadku filmów o mitologii – odtwarza te stare, znane jedynie z opowieści. 

Starcie Tytanów
Prowadzi to do sytuacji, w której film może z powodzeniem funkcjonować jako portfolio pracujących przy nim grafików i animatorów. Można zauważyć prawidłowość, że każdy film mitologiczny musi mieć swojego czołowego potwora, któremu poświęca się dużo miejsca w fabule w celu trwałego skojarzenia go z konkretnym tytułem. Największy sukces w tym zakresie odnieśli twórcy "Starcia Tytanów" (2010). Można nie pamiętać za dobrze filmowej intrygi, można nawet mylić nazwiska aktorów. Ale kultowego już wezwania: Release the Kraken!, a także spektakularnego giganta, który na nie odpowiada, niełatwo wymazać z pamięci. 
 
 
Mity mówią, że bogowie umarli
 
Nieprawdopodobny rozwój technik filmowych umożliwił efektowną ekranizację dawnych mitów, które niemal całkowicie są dziś kojarzone z rozrywką. Ale mówienie o mitologii wyłącznie jako o źródle dobrej zabawy nie wyjaśnia pełni jej popularności we współczesnych blockbusterach. Skoro mity greckie robią dziś karierę w medium o tak potężnym zasięgu, trudno zapomnieć o kwestii ich społecznego oddziaływania. Innymi słowy, chce się wierzyć, że także dzisiejsze filmowe mity są reakcją na jakieś głębsze ludzkie potrzeby. Że mówią do nas o czymś ważnym.
 
Wydaje się, że takim właśnie istotnym problemem – wspólnym dla większości dzisiejszych filmów mitologicznych – są przedstawione w nich dylematy natury teologicznej. Mimo iż mity nie posiadają już funkcji religijnej, nie unikają mówienia o wierze samej w sobie. Ale robią to z charakterystycznej dla współczesności ateizującej perspektywy. Niemal we wszystkich mitologicznych filmach z ostatnich lat silnie akcentowany jest motyw zmierzchu bogów. Perseusz grany przez Sama Worthingtona, bohater "Starcia Tytanów" (2010) i "Gniewu Tytanów" (2012), nie widzi sensu w czczeniu władców Olimpu i jest z nimi w wiecznym konflikcie. Tezeusz (Henry Cavill) z "Immortals. Bogowie i herosi" (2011) w ogóle nie chce uwierzyć w istnienie nieśmiertelnych. Jeszcze dalej w tym myśleniu idą twórcy "Troi" (2004). Adaptując motywy znane z "Iliady", całkowicie zrezygnowali z postaci bogów, którzy u Homera mieli przecież decydujący wpływ na losy bitwy.
 
Dużo ciekawsi dla współczesnego kina są ludzcy bohaterowie mitów, którzy coraz bardziej zaczynają przypominać komiksowych superbohaterów. Zauważyć można, że nadprzyrodzone zdolności odchodzą powoli do lamusa. I tak jak Tony Stark, zwykły Ziemianin bez szczególnych umiejętności, przewyższa dziś popularnością Supermena, tak i u mitologicznych herosów w cenie są aktualnie mądrość, spryt i samodzielność. Bardzo sugestywny wyraz rosnącej pogardy dla "pomocy z góry" dali twórcy wspomnianego "Starcia tytanów". W scenie przygotowywania się do wyprawy Perseusz odnajduje mechaniczną sowę Bubo, dar od bogini Ateny (znany z pierwowzoru filmu z 1981 roku – "Zmierzch tytanów"). We współczesnym remake'u ów ptak po kilku sekundach spędzonych na ekranie ostatecznie ląduje w śmieciach.
 
Kłamstwa...
 
Zarysowana na początku wizja przejścia mitów z podręczników na ekrany kinowe pod pewnym względem wydaje się mocno kontrowersyjna. Bo jedno jest pewne: wszystkie powstałe dotąd filmy, choć zrobione z rozmachem, precyzją i za duże pieniądze, są fatalnym źródłem wiedzy o samej mitologii greckiej. Filolog klasyczny na takim seansie musi przeżywać katusze. Niektóre z operacji scenarzystów dokonywanych na mitach trzęsą bowiem podstawami dawnego świata. 

Immortals. Bogowie i herosi
Hollywoodzcy herosi mają problem nie tylko z uwierzeniem w bogów. Mocno ingeruje się w ich życiorysy, by uczynić je bardziej filmowymi. Jeśli znane z kanonów przygody danego bohatera są niewystarczająco atrakcyjnie, dodaje mu się kolejne – zaczerpnięte z innych mitów. Jeśli i to nie wystarcza, wymyśla się jeszcze kilka nowych. 
 
Typową dla współczesnych herosów przypadłością jest także nadmierne zainteresowanie nie tymi kobietami, które są im przeznaczone. Perseusz w "Starciu Tytanów" uratował co prawda Andromedę, ale zamiast pięknej ziemianki wolał poślubić boginkę Io – nie wiadomo skąd pojawiającą się w tej historii. Natomiast Tezeuszowi w jego filmowej historii ("Immortals") nie jest nawet dane spotkać kojarzonej z nim Ariadny – ten nieuświadomiony brak szybko wypełnia za to miłością do jej siostry, Fedry.
 
Fabryka Snów ma również niemałe problemy z ustalaniem ojcostwa – ci sami bohaterowie w różnych filmach pochodzą od innych boskich rodziców. Największych zmian w tym zakresie dokonali twórcy książek i filmów dla młodych odbiorców, serii "Percy Jackson i Bogowie Olimpijscy". Z tytułowego Percy'ego, żyjącego współcześnie małolata i amerykańskiego odpowiednika mitycznego Perseusza, uczyniono syna Posejdona – choć jego pierwowzór znany był zawsze jako syn Zeusa. 
 
Świat z filmów o Percym zbudowany jest na przekonaniu, że bogowie olimpijscy istnieją do dziś i często schodzą na ziemię w celach prokreacyjnych – stąd we współczesnych Stanach Zjednoczonych żyje sobie całkiem pokaźna grupa nastoletnich półbogów. By uczynić świat ciekawszym, nawet Atena – bogini mądrości i niegdyś najsłynniejsza na Olimpie dziewica – ma swoją na poły ziemską córkę. Za to libido Zeusa, znanego niegdyś z niepohamowanej chuci i ciągłych skoków w bok, zostało tu zredukowane do zera.
 
… i pieniądze
 
Oba filmy o Percym Jacksonie, "Złodziej Pioruna" (2010) i wchodzące właśnie do polskich kin "Morze potworów", najdobitniej udowadniają, że mitologia grecka stała dziś produktem, na którym można wiele zarobić. Aby to osiągnąć, należy co chwilę przyjaźnie machać do widza znanymi mu skądinąd konwencjami. Spośród wymienionych tytułów, to tu właśnie najwięcej jest nawiązań do współczesnej popkultury. Niektóre wyglądają całkiem interesująco – na przykład wcielająca się w gorgonę Meduzę Uma Thurman, dość śmiało pogrywająca z własnym wizerunkiem Trującego Bluszczu z "Batmana i Robina" (1997). Dużo słabiej prezentuje się w najnowszym filmie zgraja karykaturalnych zombie pracujących na statku córki Aresa – nieudolnie kopiująca załogę Czarnej Perły z disneyowskich "Piratów z Karaibów". 
 
Rozbuchana promocja i mnogość filmowych gadżetów związanych z wejściem na ekrany nowego Percy'ego Jacksona udowadniają jak ważny udział w powodzeniu dzisiejszych filmów mitologicznych ma pierwiastek ekonomiczny. Nie ma wątpliwości – dziś, sto lat po Mélièsie, kino popularne robi się głównie dla pieniędzy. Jako potencjalni widzowie nowej superprodukcji, zostajemy postawieni przed wyborem typowym dla klientów: możemy wciskany nam towar kupić lub nie. Ubranie tego towaru w kostium antyczny to zaś obietnica spotkania ze znaną i lubianą konwencją, która służy głównie maksymalizacji komercyjnego sukcesu. 
[Patrycja Rojek]