Hollywood to miejsce... Rozmowa z Dante Spinottim

Dante Spinotti to kolejny wybitny operator był gościem tegorocznego festiwalu "Plus Camerimage". W Łodzi ten twórca zaprezentował odrestaurowaną wersję "Ostatniego Mohikanina".


Urodzony w Tolmezzo we Włoszech, Spinotti zadebiutował w Stanach Zjednoczonych filmem Michaela Manna "Łowca" (Manhunter) na podstawie książki Thomasa Harrisa "Czerwony smok". W 2002 roku na ekrany weszła druga adaptacja tej samej książki i ponownie do współpracy zaproszono Spinottiego. Za pracę przy filmie Manna "Informator" (The Insider), Spinotti otrzymał drugą nominację do Oscara oraz drugą nagrodę od Los Angeles Film Critics i drugą Srebrną Wstęgę przyznawaną przez włoskich dziennikarzy. Wspólnie z Mannem pracował także nad realizacją "Gorączki" (Heat) i "Ostatniego Mohikanina" (The Last of the Mohicans), za który otrzymał nagrodę BAFTA. W tym roku pracował na planie "Public Enemies", ponownie z Michaelem Mannem.

Łukasz Biskupski: Na festiwalu obejrzeliśmy odrestaurowaną kopię film "Ostatni Mohikanin" ze zdjęciami pana autorstwa. Miał pan w tym duży udział. Dlaczego dążył pan do odrestaurowania właśnie tego filmu?

Dante Spinotti: Sprawcą wszystkiego był tak naprawdę festiwal Camerimage. Parę lat temu, kiedy chciałem zrobić projekcję w moim rodzinnym mieście we Włoszech, zorientowałem się, że na świecie nie ma prawie żadnej kopii filmu. Oprócz jednej taśmy z napisami [a we Włoszech przyjęło się, że filmy puszcza się z dubbingiem - red.] w Londynie, prawdopodobnie jedna była jeszcze w Stanach Zjednoczonych i jedna u producenta, ale i to nie było pewne. Zatem wszedłem w kontakt z szefem działu restauracji w 20th Century Fox, który skontaktował mnie z organizatorami Camerimage Markiem Żydowiczem i Kazikiem Suwałą. Oni zgodzili się zrobić nową, oczyszczoną kopię na festiwal. Uważam, że to wspaniały pomysł, bo Marek zawsze uwielbiał ten film, a fragment jego ścieżki dźwiękowej jest również oficjalną muzyką festiwalu. Po raz pierwszy też dokonany został transfer na taśmę Kodak Vision Premiere, który daje lepszy kontrast i więcej kolorów. Jeszcze nigdy "Ostatni Mohikanin" nie wyglądał tak dobrze.

Jak wyglądały pana przygotowania do kręcenia filmu?

To było tak, że reżyser zaproponował mi pracę przy tym filmie i ja się zgodziłem, ale początek zdjęć coraz bardziej się odwlekał i musiałem zacząć pracę przy innym projekcie "Frankie i Johnny". Ale po czterech tygodniach od rozpoczęcia zdjęć do "Ostatniego Mohikanina" dostałem telefon z prośbą o podjęcie się tego zadania. Powodem były jakieś nieporozumienia pomiędzy reżyserem a operatorem. Szczerze mówiąc ucieszył mnie taki obrót spraw, bo to był wspaniały scenariusz. Pierwsze 15 minut filmu - świetna robota operatorska - jest jednak autorstwa kogoś innego. Jeśli chodzi o zbieranie dokumentacji, to większość badań historycznych przeprowadził sam reżyser. Robiliśmy też reasearch wizualny, studiowaliśmy malarstwo pejzażowe z epoki, bo ten film jest w dużym stopniu o naturze, jej pięknie i wielowymiarowości.

Chciałbym teraz spytać o film "Tajemnice Los Angeles". Podobno inspirował się pan tam fotografiami Roberta Franka. Czy może pan coś o tym opowiedzieć?

Dziękuję za to pytanie. Frank był szwajcarskim fotografem, który gdzieś w latach 50. przeniósł się do USA. Czemu zafascynowały mnie jego zdjęcia? On był pierwszą osobą, która zaczęła fotografować zwykłych mieszkańców Ameryki: pokazywał biedę, dyskryminację czarnych itd. A jednocześnie miał bardzo intelektualne podejście do aparatu. Eksperymentował: pochylał horyzont, wykorzystywał odbicia w szybach, w wodzie, stosował różne zabiegi, które odrealniały obraz. No i poza tym był świetny technicznie, wspaniale umiał wykorzystywać naturalne światło. To wszystko było bardzo nowoczesne. No i postanowiłem odwołać się do jego stylu w tym filmie. Pamiętam rozmowę z reżyserem, w której zaproponowałem, żebyśmy wyobrazili sobie, że kręcimy przy pomocy aparatu fotograficznego. Jedno zdjęcie w zbliżeniu, potem bardziej ogólne, potem detal. To wydało mi się bardzo ciekawe i efekt chyba jest niezły.

Współpracował pan z Ermano Olmim czy Lilianą Cavani, którzy uznawani są za przedstawicieli kina artystycznego, za autorów. A potem przeniósł się pan do Hollywood. Czy nie przeszkadzała panu ta różnica?

Nigdy nie wierzyłem w koncepcję kina autorskiego. Robienie filmu jest wysiłkiem zbiorowym: scenarzystów, aktorów, reżysera, scenografa, operatora... Ja miałem szczęście, bo w USA dostałem szansę współpracy z reżyserami, którzy byli naprawdę świetnymi fachowcami. Ale tęsknię też za niewielkim rozmachem produkcji w kinematografii europejskiej. Dlatego wracałem do Włoch kilkukrotnie, żeby współpracować z włoskimi reżyserami na przykład z Roberto Benignim w 2001 roku. W Europie robi się filmy z udziałem dużo mniejszej ekipy i dużo mniejszą ilością sprzętu. Tworzy się mała grupa ludzi bardzo blisko ze sobą współpracująca. Czyli zupełnie inaczej niż w kinematografii amerykańskiej, gdzie wszystko odbywa się na dużo większą skalę. Zatem - przynajmniej teoretycznie - traci się przy tym pewną bezpośredniość. Żeby tak się nie stało trzeba nauczyć się, że w USA najbardziej liczy się faza przygotowawcza filmu i współpraca na tym etapie.

Jak to się stało, że znalazł się pan w USA?

Uważam, że Hollywood jest miejscem, gdzie filmowiec powinien skończyć, bo tam jest najwięcej profesjonalistów. Zawsze byłem zafascynowany ideą osiągnięcia takiej sprawności, żeby móc pracować w Stanach Zjednoczonych. W 1980 roku zostałem wolnym strzelcem, zrezygnowałem z pracy w telewizji. Wyjechałem do USA dzięki włoskiemu producentowi, który tam pracował Dino di Laurentiisowi. Pierwszym moim filmem był "Manhunter" [w Polsce znany jako "Łowca" lub "Czerwony smok"] w reżyserii Michaela Manna. Tak go poznałem. To było jakieś 23 lata temu.

"Manhunter" oparty był na powieści Toma Harrisa. A kilkanaście lat później z Brettem Ratnerem zrobił pan "Czerwonego smoka" opartego na tej samej książce. Dlaczego pan się tego podjął i jakie są między nimi różnice?

"Manhunter" powstał ponad dwadzieścia lat temu w 1986 roku, "Czerwony smok" zaś w roku 2002. I chociaż historia jest ta sama, to są dwa zupełnie różne filmy. Zmieniła się technologia, zmieniła się obsada, scenariusz... wszystko. To było dla mnie wspaniałe doświadczenie, bo miałem okazję spotkać tak wspaniałego aktora jakim jest Anthony Hopkins, z którym potem współpracowałem przy jego własnym filmie "Slipstream". A poza tym - operator to jest zawód. Jak jest zamówienie, to się je realizuje.


Łukasz Biskupski