"Homeland" - rusza 4. sezon. Czy naprawdę go potrzebujemy?

"Homeland"
"Homeland" - 4. sezon produkcji rusza 5 października. Czy twórcy słusznie zdecydowali się na kontynuację tej historii? Nie brakuje osób, które uważają, że początkowo świetny serial zaczął coraz bardziej irytować. Pewien znany polski wokalista śpiewa: "Trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść niepokonanym". Twórcy których seriali nie zastosowali się do tej złotej maksymy? Przedstawiamy nasze propozycje i zapraszamy do dzielenia się Waszymi typami w komentarzach.
 
"Glee" (2009-…)

Serial na tyle uroczy, że nawet osoby z urazą do musicali uwierzyły, że mogą czerpać przyjemność z opowieści przeplatanych piosenkami. To nie była wyłącznie zasługa utworu "Don't Stop Believin", który pojawił się w pierwszym odcinku. "Glee" urzekało ciekawymi postaciami, zabawnymi wątkami (Sue Sylvester!) i ciekawymi interpretacjami wszelkiej maści przebojów. Jednak istotą serialu była opowieść o odnajdywaniu swojego miejsca w grupie, walce ze słabościami, wreszcie: zwalczaniu stereotypów. Byłoby idealnie, gdyby "Glee" zakończyło się wraz z odejściem ze szkoły pierwszej grupy bohaterów. Śmierć Cory'ego Monteitha także nie pomogła produkcji. W 2015 obejrzymy szósty, ostatni sezon produkcji.
 

Jak to możliwe, że świetny serial przeistoczył się w niekończącą się i niezwykle irytującą historię, którą oglądano raczej na zasadzie "Skoro już tyle lat poświęciłem/łam, by dowiedzieć się, kim jest matka, głupio rezygnować w takim momencie"? Być może twórcy "Jak poznałem waszą matkę" stali się ofiarami własnego sukcesu. Carter Bays i Craig Thomas nie mieli prawa zakładać, że ich sitcom stanie się takim hitem. Prawdopodobnie historię tytułowej matki rozpisali maksymalnie na pięć sezonów. Gdy okazało się, że serial może potrwać dłużej, zaczęły się komplikacje. Szczytem wszystkiego było przedstawienie w ostatnim sezonie wydarzeń… rozgrywających się w trakcie jednego weekendu. Na takie zabiegi gotowi są chyba tylko fani "Mody na sukces". Czarę goryczy przelało rozwiązanie sprawy matki, a raczej - jak marginalnie potraktowano jej postać. Niesmak po "Jak poznałem waszą matkę" był duży, na szczęście serialowi zawdzięczamy kilka kultowych scen.
 
"Czysta krew" (2008-2014)

"Czysta krew" na samym początku była idealną grzeszną przyjemnością. W rozrywkowej, kampowej opowieści o wampirach kryły się bardzo ciekawe nawiązania do dyskryminacji rasowej, płciowej czy osób nieheteroseksualnych. Po dwóch-trzech sezonach coś zaczęło się psuć. Dziwaczne postaci (panterołaki - naprawdę?), mało interesujące wątki, pozornie ciekawe kierunki fabuły, które jednak zmierzały donikąd… Może wystarczyło, aby scenarzyści ściśle trzymali się książek Charlaine Harris? Autorka wydała aż trzynaście części przygód Sookie Stackhouse.


 
"Californication" (2007-2014)

"Californication" - to było coś! Gdyby serial zakończył się po drugim, względnie trzecim sezonie, zostawiłby po sobie wspaniałe wrażenia. Ktoś bardzo skrzywdził całą ekipę, skazując ją na ciągnięcie tej historii przez siedem sezonów. Zwłaszcza, że to, z którą kobietą Hank zwiąże się na dobre, było niemal od początku przesądzone. Olbrzymi szacunek dla Davida Duchovnego, że wraz ze swoim bohaterem dzielnie przebrnął przez nawet najbardziej absurdalne wydarzenia zaserwowane przez scenarzystów.
 
"Plotkara" (2007-2012)

"Plotkara" na początku była popkulturowym fenomenem. Projektanci mody bili się, by ich kreacje trafiły do serialu, zespoły same zgłaszały się ze swoimi piosenkami do ścieżki dźwiękowej, powstawały nawet blogi wzorowane na plotkarskiej stronie (pamięta ktoś "Elita Bielsko"?). Podobnie jak w przypadku "Glee", "Plotkara" zaczęła gubić się w momencie, kiedy główni bohaterowie skończyli liceum. Niektórzy poszli na studia, część niby znalazła jakąś pracę, ale ich problemy z odcinka na odcinek stawały się coraz bardziej absurdalne. Wątki takie jak Blair uciekająca sprzed ołtarza na ślubie z europejskim księciem były ciężkie do strawienia nawet dla najbardziej zagorzałych fanów serialu. Podejrzewamy, że finał "Plotkary" był olbrzymią ulgą nie tylko dla widzów, ale i dla obsady, która wreszcie mogła zająć się czymś mniej wydumanym.
 
"Dexter" (2006-2013)

Dexter Morgan był idealnym antybohaterem, który sprawiał, że widzowie jednocześnie oglądali jego poczynania z zapartym tchem oraz łapali się za głowę, myśląc "jak może mi podobać się to, co robi ten gość!". Problem z "Dexterem" zaczął się gdzieś w okolicy sezonu czwartego. Zakończenie serialu było krytykowane nawet przez niektórych twórców. Clyde Phillips, który odpowiadał za odcinki z początkowych sezonów, w jednym z wywiadów stwierdził: Przy ostatniej scenie powinniśmy najpierw pomyśleć, że to wszystko było snem, a potem zobaczyć prawdziwego Dextera na krześle elektrycznym. Od siebie dodamy, że coś takiego powinno się wydarzyć zdecydowanie wcześniej niż po ośmiu sezonach.
 
[PG]