<I>Dajcie mi tylko kamerę i kilku przyjaciół - a ja zrobię film</i> - mówi Michael Hanegbi

Na środowym pokazie II MFFN Offensiva we Wrocławiu furorę zrobił pozakonkursowy film "The Cult of Satan" (Kult Szatana) młodego izraelskiego reżysera Michaela Hanegbiego. Tylko ten film otrzymał wielokrotnie podczas projekcji gromkie brawa od publiczności. Oto nasza rozmowa z jego twórcą.


Michael Hanegbi służył 3 lata w armii izraelskiej, teraz prowadzi własny program w izraelskiej telewizji, a do wielu innych pisze scenariusze. Jest członkiem 5-osobowej grupy niezależnych filmowców "Baboon". W rozmowie z nami opowiada, jak trudno jest w Izraelu robić filmy i jak ważne jest, żeby nigdy się nie poddawać.

Łukasz Wasilewski: Jak powstał Baboon?

Michael Hanegbi: Tworzymy paczkę 5 przyjaciół. Pewnego dnia zdecydowaliśmy, że stworzymy grupę - nazwiemy się Baboon i zaczniemy robić filmy. W Izraelu robienie filmów jest bardzo trudne. Dużo trudniejsze, niż tu w Polsce. Jeżeli jesteś młodym reżyserem i nakręcisz10-minutowy film, co możesz z nim zrobić? Gdzie go pokażesz? Nie ma miejsca na takie produkcje ani w kinach, ani w telewizji. Ale jeżeli będę pracował razem z przyjacielem, który nakręci 15 minut i z jeszcze jednym który nakręci 10, i jeszcze jednym, który nakręci pół godziny - razem stworzymy nawet blok 1,5 godzinny - a to już coś znaczy! Możesz taki film wysłać do telewizji, możesz go pokazywać. Właśnie po to powstała nasza grupa. To był naczelny powód.

Powiedz - skąd wziął się pomysł na "Kult Szatana"?

Nie potrafię dokładnie określić, dlaczego zrobiłem akurat tego typu film. Nie mam żadnych powiązań z ludźmi, którzy czczą szatana. Słyszy się czasami, że ktoś powiesił kota czy coś podobnego, ale ja tych osób nie znam i nie mam z nimi nic wspólnego.

Czy ten film ma ośmieszać? Publiczność w kinie wielokrotnie śmiała się i klaskała.

Wiesz, dla mnie kilka dobrych żartów w głębokim, poważnym filmie nie jest problemem. Ja uwielbiam żartować, uwielbiam się śmiać - chcę, żeby także moja publiczność miała taką możliwość.

Więc nigdy nie nazwałbyś swojego filmu komedią.

Nie. W moim filmie nikt nie zachowuje się jak klaun. Główny bohater jest bardzo, bardzo poważną postacią. Bierze siebie całkowicie na serio.

Przez cały film czuć, że głównym bohaterem nie wszystko jest w porządku. Jaki ten chłopak ma problem?

Savi to 18-latek. Właśnie w tedy zaczynasz sprawiać kłopoty rodzicom, wiesz, bunt młodości. Jednak on nie buntuje się tylko przeciwko swojej matce - buntuje się przeciw całemu światu. Przecież według niego, za 4 dni cały świat spłonie.

Czy on rozumie swoją ideologię? Wygląda tak, jakby przez cały czas był czymś zaślepiony, zagubiony.

Tak, jest zaślepiony i pod koniec filmu dowiadujemy się dlaczego - przez swojego ojca. Mój ojciec także odszedł z domu, kiedy byłem młody. To wydarzenie stało się inspiracją do powstania filmu. To smutne, kiedy pewnego dnia przy kolacji Twój ojciec wstaje i mówi 'żegnajcie, odchodzę'.

Do jakiego gatunku należy Twój film?

Film to tzw. paradokument. Wygląda jak film dokumentalny, ale scenariusz napisałem od początku do końca. Zdecydowałem się na ten gatunek, ponieważ nie miałem pieniędzy, miałem małą kamerę i wiedziałem, że film będzie wyglądał amatorsko. Postanowiłem to wykorzystać.

Uważam, że wyszło całkiem nieźle.

Mój film nie stara się imitować hollywoodzkich produkcji - nie ma takiego błysku, nie jest tak kolorowy.

W Polsce, żeby obejrzeć kino niezależne, trzeba przyjść na festiwal taki jak ten. W zasadzie nie ma innego sposobu. Jak jest w Izraelu?

Dokładnie tak samo. Filmy niezależne nie dostają żadnych dotacji ze strony rządu. Nawiasem mówiąc, filmy głównego nurtu również nie. Robienie filmów to w Izraelu bardzo trudna sprawa. Mam nadzieję, że z czasem się to zmieni.

Dlaczego przyjechałeś tutaj?

Zostałem zaproszony i to jest dla mnie wielki zaszczyt. Zrobiłem mój film z kilkorgiem przyjaciół w Tel Awivie, kosztował mnie 1000$ z własnej kieszeni - i nagle dostaję zaproszenia z Polski, żeby pokazać mój film i coś o nim powiedzieć. To oznacza, że nie jest ważne czy robisz film bez pieniędzy i z kiepską kamerą. Jeżeli masz dobry pomysł, który przemówi do ludzi - wierzę, że wtedy zawsze masz szansę. Będę tutaj przez następne dwa dni i mam nadzieję być poruszony przez filmy, które zaprezentujecie.

Czy masz jakieś nadzieje związane z festiwalem? Sam wiesz, jak ciężko jest wypromować nawet bardzo dobry niezależny film.

Tak samo jest w Izraelu. Wszyscy mają w [d...] niezależne filmy. Mam 24 lata, moi przyjaciele też. Co możemy zrobić? Nie poddajemy się, tworzymy grupę i bierzemy się do pracy. Nie potrzebujemy sponsorów ani nawet festiwali. Wszystko co jest potrzebne to talent, pomysł i odrobina sprytu. Wiesz, Tel Awiv i Wrocław są bardzo podobne - zauważyłem to podczas pobytu tutaj. Kierowcy jeżdżą jak wariaci, ten klub jest otwarty 24h na dobę. To nie stolice, ale miasta, w których wiele się dzieje. To bardzo ważne przy robieniu filmów. Te miasta są gotowe na ostre uderzenie fali niezależnego kina.

Co dla Ciebie oznacza słowo niezależny?

Hmm...czasami Was nie rozumiem. Najpierw mówicie, że robicie film niezależny a potem szukacie bogatych sponsorów, żeby pomogli Wam w dystrybucji. Według mnie, jeśli robisz film niezależny, wszystko musi być niezależne. Moja definicja tego słowa - jeśli nie masz ani grosza i chcesz robić filmy. Ja nie chcę być niezależny. Dajcie mi milion, z chęcią go wezmę i zrobię za niego film. Robię filmy, ponieważ czuję taką potrzebę. Izrael nie jest krajem, w którym łatwo się żyje. Trzy lata służyłem w armii. Widziałem bardzo złe rzeczy, a o jeszcze gorszych słyszałem. Napięcie jest na prawdę bardzo duże. Kino w zasadzie nie istnieje. Trzeba wrzeszczeć, krzyczeć, walczyć - jak to robię za pomocą moich filmów. W liceum uczyłem się o Polańskim, Wajdzie - znam wielu polskich reżyserów. Ale Ty nie znasz ani jednego izraelskiego. To dlatego, że pod względem rozwoju kinematografii jesteście o wiele dojrzalsi od nas. Macie solidne tło...od ilu lat istnieje Polska?

Od ponad 1000.

Izrael od około 50. Nie mamy historii kina. Mamy tylko samych siebie.

Nie ma czegoś takiego jak kino narodowe w Izraelu?

Nie, wszystko co jest tworzone można nazwać niezależnym. Istnieją pewne fundacje - pewnego szczęśliwego dnia możesz otrzymać telefon, że dostałeś dotację w wysokości 400 tyś. na zrobienie filmu.

To bardzo niewiele...

To maleńka kwota. Zakładając Baboon zdecydowaliśmy, że nie będziemy w ten sposób walczyć. Powiedzieliśmy - nie potrzebujemy was, będziemy robić nasze własne filmy. Nie mamy siły, żeby walczyć z tymi wszystkimi zawiłościami prawa - dajcie mi tylko kamerę, kilku przyjaciół - a ja zrobię własny film. W Izraelu nie ma takiego zawodu - reżyser filmowy. Można być reżyserem w telewizji, ale nie w filmie. Mogę usiąść i płakać - że urodziłem się w nie tym kraju, że chciałbym się urodzić w USA, mieć bogatego ojca i móc robić filmy jak szalony. Myślę jednak, że tworzenie w takiej sytuacji w jakiej my jesteśmy dodaje inny, ciekawy punkt widzenia.

Najwięksi polscy reżyserzy, których tak podziwiasz, w ostatnich latach robili tylko ekranizacje słynnych polskich dzieł. Co Ty na to?

(zdziwienie). Ja nigdy nie zrobiłbym filmu na podstawie książki.

Dlaczego?

Uważam, że pokazywanie obrazami czegoś, co ktoś już wcześniej pokazał za pomocą słów, nie ma większego sensu. Wszystko, co tworzę musi być w znacznej części moją kreacją.

Czy pracujesz teraz nad jakimś projektem?

Tak, właściwie film jest już prawie gotowy. Biorą w nim udział największe gwiazdy izraelskiego ekranu.

Jak udało Ci się namówić ich do współpracy?

W Izraelu gwiazdy żyją zupełnie inaczej niż np. w Polsce czy w Ameryce. U nas spotykasz ich na ulicy, w pubie. Możesz się dosiąść i zapytać, czy nie zagraliby w Twoim filmie. Ja zapytałem i wszyscy się zgodzili.

W takim razie dziękuję Ci za rozmowę i życzę powodzenia!

Dziękuję również

UWAGA! Michael będzie wdzięczny za komentarze, opinie, duchowe wsparcie oraz propozycje współpracy - możecie pisać do niego na ten adres: fevik@bezeqint.net. Oczywiście po angielsku.


Łukasz 'Burnheart' Wasilewski