James McAvoy: problem w tym, że naprawdę lubię Bruce'a (wywiad)

James McAvoy w filmie "Brud" zagrał jednego z najbardziej złych i odrażających bohaterów w swoim dotychczasowym dorobku... i bardzo mu się ta przygoda spodobała. Jest w nim coś z klasycznego czarnego charakteru, to właściwie szekspirowski bohater - tłumaczy słynny aktor, a następnie zdradza, w jaki sposób próbował przekonać nas - widzów - do polubienia antypatycznego policjanta.
Paulina Grabska: Gdybyś miał stworzyć listę "Moi bohaterowie, których nie da się polubić", na którym miejscu znalazłby się tam Bruce Robertson z "Brudu"?

James McAvoy: [Śmiech] Problem w tym, że ja go naprawdę lubię. Może nie chciałbym być jego przyjacielem, ale oglądanie losów tego człowieka na ekranie było ciekawym doświadczeniem. Jest w nim coś z klasycznego czarnego charakteru, to właściwie szekspirowski bohater. Bruce w filmie nikogo nie zabija, w przeciwieństwie do książki, dlatego w takim rankingu musiałbym go ustawić za Makbetem.

Co według ciebie było najgorszą rzeczą, jaką zrobił Bruce?

Zmuszanie nieletniej, by zrobiła mu dobrze. To była najgorsza chwila na planie, nie wspominam tego dnia najlepiej.

Jak sprawić, by widzowie odczuli choć cień sympatii do kogoś takiego jak Bruce Roberson?

Nie jest to łatwe zadanie, bo on od samego początku komunikuje odbiorcom: na pewno mnie nie polubicie. On wręcz potrzebuje, by go nienawidzono. Ale mniej więcej w połowie filmu pojawia się pytanie: no dobra, może jednak temu facetowi przydałoby się trochę współczucia? Starałem się pokazać, że Bruce to człowiek z poważnym problemem psychicznym. Mam gorącą nadzieję, że docenili to między innymi ludzie, którzy sami mają takie dolegliwości.

Główny bohater "Brudu" miał jakiekolwiek szanse na wyjście z dołka czy może to postać z góry skazana na porażkę?

Na pewno nie można powiedzieć, że nie było dla niego ratunku. Nawet najsilniejszej osobie może przydarzyć się podobne załamanie, ale każdy z nas ma wybór. Bruce'owi niestety zabrakło siły, by zwalczyć swoje demony. Nie potrafił otrząsnąć się po szkodach, które wyrządził ważnym dla niego osobom. W pewnym sensie był więc z góry skazany na porażkę, choć nie lubię tego stwierdzenia, bo uważam, że można podnieść się po nawet największych tragediach.

Czy w "Brudzie" znalazły się jakieś sceny, które nie trafiły ani do filmu, bo były za mocne?

O dziwo, nie! Była tylko jedna scena, która nie trafiła do ostatecznej wersji, bo powodowała dłużyznę. To było ujęcie psa, który próbuje… zgwałcić Bruce'a. Było to bardzo zabawne, ale nie było związane z żadnym wątkiem, więc cierpiała na tym dynamika. Poza tym udało nam się zachować wszystko i to było wspaniałe. Byliśmy dumni z każdego ujęcia, które powstało.
 
 
 
W trakcie kręcenia "Brudu" na twój temat pojawiło się mnóstwo plotek w mediach. Która z nich wydała ci się najbardziej absurdalna?

Słyszałem na przykład, że piję butelkę whisky dziennie [śmiech], ale to było oczywiście wyssane z palca. Oczywiście, dużo piłem i jadłem, ale moje przygotowania były zdecydowanie bardziej spokojne niż opisywała to prasa. Picie butelki dziennie skończyłoby się najpewniej odwiezieniem do szpitala. 

Wybryki głównego bohatera to nie jedyne kontrowersyjne aspekty "Brudu". Jak twoi rodacy zapatrują się na obraz Szkocji pokazany w filmie?

Pokazaliśmy mocny, ale jednak tylko wycinek rzeczywistości. Wszelkiego rodzaju patologie znajdziesz w każdym kraju na świecie. My musieliśmy pokazać Szkocję zgodną z wizją znaną z książek Irvine'a Welsha. On kreuje surrealistyczny bądź też hiperrealistyczny świat. W "Brudzie" mamy prawdę, ale bardzo mocno zniekształconą. Welsh wybiera pewne wydarzenia, które znamy doskonale z codzienności, a następnie przedstawia je w wyjątkowo krzywym zwierciadle. Może przez to część odbiorców stwierdzi, że niektóre aspekty to przedstawienie faktycznego stanu rzeczy. "Brud" nigdy nie będzie postrzegany jako film, który ma kogoś zniechęcić lub zachęcić do przyjazdu do Szkocji. Na pewno ktoś, kto zdecyduje się spędzić urlop w tym kraju, nie zmieni zdania po obejrzeniu tego konkretnego filmu.

Pamiętasz swoje wrażenia po pierwszym seansie "Trainspotting"?

Byłem bardzo podekscytowany. Żadna z wcześniej obejrzanych przeze mnie rodzimych produkcji nie była tak kreatywna i wyróżniająca się. Nie spodziewałem się, że w mojej ojczyźnie może powstać coś tak wyjątkowego.

W scenie otwierającej "Brud" żona głównego bohatera rozpoczyna swój monolog: Ludzie często pytają mnie, jak ty i Bruce utrzymujecie pikanterię w małżeństwie?. Jak często po premierze takie pytanie kierowano w twoją stronę? I jak sobie z nim radzić, jeśli słynie się z bardzo uważnego dbania o swoją prywatność?

[Śmiech] Prawda, to pytanie zaczęło pojawiać się często, ale zawsze odpowiadam, że najlepszą metodą jest utrzymanie wszystkiego w tajemnicy przed światem.

Serdecznie dziękuję za rozmowę.
 
[Rozmawiała Paulina Grabska]