Jerzy Buzek dla Stopklatki: Całowałem się w kinie rzadko

Jerzy Buzek/fot.www.buzek.pl
Zapytaliśmy premiera Buzka, czy to prawda, że w młodości chciał zostać aktorem. "Chciałem, ale to była przejściowa fascynacja" - uciął. Opowiedział za to o niegdysiejszej fascynacji Bardotką, nieustającej fascynacji kinem i córce-aktorce Agacie Buzek.
 
Michał Hernes: Jaka jest pierwsza Stopklatka, którą pan zapamiętał?
Jerzy Buzek: Nie pamiętam, który film był pierwszy, ale do głowy przychodzą mi trzy tytuły: „Zapomniane melodie", „Timur i jego drużyna", a także przedwojenna wersja „Hamleta".
 
Jakich miał pan w młodości filmowych bohaterów?  
Było ich wielu. Choć na tej liście mogłoby się znaleźć sporo Polaków, to wymienię dwóch, obecnie nieco zapomnianych, zagranicznych aktorów. Bohaterami mojej młodości byli Gerard Philipe i Marcello Mastroianni. Nie mogę nie wspomnieć o Bardotce, która także potrafiła być niezłą aktorką. Przede wszystkim jednak urzekały mnie jej uroda i przebojowość. Dla piętnastoletniego chłopca Brigitte Bardot znaczyła naprawdę wiele. Jeżeli zaś chodzi o wskazanych przeze mnie mężczyzn, to tworzyli na ekranie niepowtarzalny klimat, chociaż każdy z nich na swój własny sposób. Philipe był amantem, tymczasem Mastroianni wyrażał na ekranie najbardziej bolesne życiowe problemy współczesnych mu Europejczyków. Reprezentował to, co w latach sześćdziesiątych najbardziej ich bolało. Widać to chociażby w „Osiem i pół" Felliniego. Był jeszcze niezapomniany James Dean, uosobienie rozterek i emocji dorastających wtedy chłopaków Bardzo mi to imponowało. 
 
Na jakie filmy chodził pan w młodości na randki?
Na wszystkie gatunki, ponieważ po czasach stalinowskich nastąpił zalew świetnych filmów z Zachodu. Wrażenie robiły na mnie również filmowe produkcje Szkoły Polskiej. Do kina chodziłem dwa, a nawet trzy razy w tygodniu. Całowałem się w nim rzadko, bo filmy były bardzo dobre.  Na całowanie szkoda więc było czasu. 
Co ważne, w tamtym okresie jedynie „Most na rzece Kwai" był niedostępnym filmem, za którym wszyscy tęskniliśmy. Dzień i noc nuciliśmy gwizdaną melodię, która z niego pochodzi. W latach pięćdziesiątych ten film do nas nie dotarł. Obejrzałem go dopiero trzydzieści lat później, w towarzystwie mojej jedenastoletniej córki, Agaty. Tak się nim przejęła, że wybraliśmy się na niego kilka razy. Było to przeżycie także dla mnie, nawet po tylu latach. Do dzisiaj jest to dla naszej dwójki kultowe dzieło. 
 
Zdarzyło się panu wzruszyć lub zapłakać na jakimś filmie?
Wzruszam się bardzo często. Rzadziej bywa z zapłakaniem, nie potrafię sobie teraz przypomnieć konkretnych tytułów. 
 
Jak, pana zdaniem, pokazywanie świata polityki na ekranie ma się do rzeczywistości?
Moralne problemy i dylematy polityków zawsze są w filmach prawdziwe. Nie ma w tym nic niezwykłego. W filmach prezentowane jest ich ludzkie oblicze. Jeżeli zaś chodzi o inne polityczne elementy, które przenikają na ekran, to zamieniają sztukę w publicystykę. Bywa to niebezpieczne dla twórców, a sztuka filmowa na tym traci. 
 
Czy zdarzyło się panu oglądać film o polityce i zastanawiać się: „Skąd oni to wiedzą?"?
Nie, bo przecież chodzi o ogólnoludzkie prawdy i klasyczne dylematy, którymi przepełniona jest literatura począwszy od czasów Sofoklesa. 
 
Czy to prawda, że w młodości chciał pan zostać aktorem?
Chciałem, ale to była przejściowa fascynacja. 

Jerzy Buzek/fot.www.buzek.pl
Nie marzyło się panu, by zdawać do szkoły aktorskiej?
Miałem taki zamiar, ale szybko mi przeszło. I nie żałuję. 
 
Zgadza się pan z tezą, że polityka ma wiele wspólnego z aktorstwem?
Świat polityki i aktorstwa są dwoma zupełnie różnymi światami. Łączy je sława. W dobrym tego słowa znaczeniu częściej spotyka ona aktorów, a w złym - polityków. 
 
Czyli pana córka poszła dobrą drogą?
Jestem pewien, że podąża nią z ogromnym przekonaniem, entuzjazmem i wiarą, a jest to najważniejsze w wykonywaniu każdego zawodu.
 
Jak ocenia pan aktorskie dokonania Agaty Buzek?
Biorąc pod uwagę to, co o jej aktorstwie mówią mi inni ludzie i jak prowadzi swoją zawodową karierę, mogę być z niej dumny  i bardzo szczęśliwy. Widziałem wszystkie filmy, w których zagrała i kiedyś po seansie zgłaszałem jej drobne krytyczne uwagi. Ostatnimi czasy nie mogę jej już nic zarzucić i powiedziałem jej o tym. Sporo osób gratuluje mi takiej córki. 
 
Na jakim filmie był pan ostatnio w kinie?
Wspaniałe kino domowe mam u córki i oglądam tam dziesiątki filmów. Podobało mi się „Życie Pi". Zrealizowano je w technologii 3D, a na takie produkcje chodzi się właśnie do kina. Nie można tej techniki bagatelizować. Ostatnio obejrzałem na kinowym ekranie „W imię..." ze wspaniałym Andrzejem Chyrą i „Życie Adeli: rozdział 1 i 2". Zarówno jeden, jak i drugi film jest wielkim studium samotności człowieka.
 
Ma pan ulubione polskie filmowe dzieło?
Musiałbym wymienić co najmniej piętnaście tytułów. Jestem miłośnikiem polskiej kinematografii.
 
To może zdradzi pan, jakie są pana ulubione gatunki?
Nie mam ulubionego. Wszystko zależy od jakości danego filmu. Mogę natomiast wymienić rzeczy, których na ekranie nie lubię. 
 
Proszę bardzo.
Musicali i niektórych komedii, na przykład francuskich.
 
Dlaczego?
Nie śmieszą mnie. Oglądanie zarówno ich, jak i filmów muzycznych, wydaje mi się stratą czasu. To oczywiście kwestia gustu. Znam ludzi, którzy są zakochani w musicalach i w Louis de Funes. Osobiście za nimi nie przepadam i mam do tego prawo. Zwłaszcza, że odpowiadają mi niemal wszystkie inne filmowe gatunki. Jeżeli film jest dobrze zrealizowany, oglądam go z wielkim zainteresowaniem i bardzo mnie wciąga. 
W różnych okresach ważne były dla mnie różne filmy. Także amerykańskie, bo amerykański przemysł filmowy ma nad innymi wielką przewagę. Przeżywałem też fascynacje kinem francuskim, włoskim i nawet brytyjskim. Głęboko zapadła mi w pamięć na przykład „Samotność długodystansowca". Najbliższe mojemu sercu są jednak polskie filmy, na które chodzę z wielką nadzieją i radością. Za każdym razem przed pójściem na polską produkcję szykowałem się na duchową ucztę i wielkie przeżycie. Nie zawsze jednak byłem zachwycony, ale na ogół się nie zawodziłem.
 
Jak ocenia pan kondycję polskiej kinematografii?
Mieliśmy trudny okres, ale teraz jest zdecydowanie coraz lepiej. Mówię to z wielkim przejęciem i z wielką nadzieją na przyszłość. 
[Rozmawiał: Michał Hernes]