Julianne Moore dla Stopklatki: książki piszę w samolotach

Julianne Moore
Burza ciemnorudych włosów, uśmiech, który roztapia lodowiec, 53 lata (w dowodzie - na żywo trudno w to uwierzyć) i niewyczerpane pokłady talentu. Julianne Moore widzowie kojarzą głównie z ról w filmach artystycznych – współpracowała m.in. z Toddem Haynesem („Daleko od nieba"), braćmi Coen („Big Lebowski") czy Paulem Thomasem Andersonem („Magnolia"). Jednak ta wszechstronna aktorka lubi raz na jakiś czas nawiązać romans z kinem komercyjnym i, zdaje się, dobrze się przy tym bawi - a na pewno sprawia radość swoim nastoletnim pociechom, synowi Calebowi i córce Liv. Wkrótce zobaczymy ją w wielkiej młodzieżowej franczyzie. Na razie spotykamy się by porozmawiać o filmie „Non-Stop", w którym Moore zagrała bojącą się latania pasażerkę, która w wyniku niefortunnego splotu wydarzeń musi... pomóc ratować świat.
Anna Tatarska: Wie pani, że zagrała w „Non-Stop" z aktorem, który prowadzi w statystykach, liczących rosnącą różnicę wieku między postaciami granymi przez starszych mężczyzn i młodsze kobiety?
Naprawdę Liam prowadzi w tych wyliczeniach? Trudno mi w to uwierzyć. Na szczęście nas w tym filmie nie dzieli aż tak  duża różnica wieku. Wiesz, kochana [Zaczyna mówić uwodzicielskim, niskim głosem], ja mam zaledwie 35 lat... [53-letnia aktorka wybucha śmiechem].

W rolę bohatera kina akcji Neeson wszedł bardzo późno, już jako pięćdziesięciolatek. Jak pani sądzi, skąd ten typ?
Wystarczy spojrzeć na Liama, żeby poczuć jak wrażliwym, pełnym głębokiego człowieczeństwa i prawdy jest mężczyzną. Wydaje mi się, że właśnie dlatego jest tak przekonywający w tych rolach „starszych" bohaterów kina akcji, bo widzowie są w stanie się do niego odnieść. Myślą sobie, że to jest facet, którego mogliby gdzieś spotkać, normalny gość, który nagle znajduje się w nietypowej sytuacji i przez przypadek staje się bohaterem. To wspaniale oglądać coś takiego na ekranie, bardzo budujące.


To drugi wspólny film po „Chloe" Atoma Egoyana, jaki nakręciliście z Liamem Neesonem. Kiedy mieliście pierwszy raz wspólnie pracować, czego się pani spodziewała?
Mamy z Liamem wspólnego znajomego, aktora Ralpha Fiennesa. Słyszałam od niego o Liamie same wspaniałe rzeczy. Poza tym mijaliśmy się tu i tam, przyszłam nawet na jego broadwayowski występ w 'Ej, Joe" na podstawie Becketta i myślałam o tym, żeby wpaść za kulisy pogratulować mu rol, ale ostatecznie tego nie zrobiłam – choć bardzo mi się podobało! Środowisko aktorskie jest dość zamknięte i gęste, aktorzy dużo o sobie wiedzą. Jeśli pojawia się jakaś nieprzyjemna, ważna informacja, zapewniam cię, że dotrze do wszystkich. Gdyby było coś z Liamem nie tak, widziałabym. Ale słyszałam same dobre rzeczy, więc jeszcze zanim spotkaliśmy się twarzą w twarz, już miałam wrażenie, jakbyśmy się znali.

Judi Dench powiedziała mi kiedyś, że im bardziej dramatyczny temat filmu, tym więcej żartów na planie. Kręciliście film o porwaniu samolotu – na planie było strasznie czy śmiesznie?
Zasada, o której wspominasz, często znajduje potwierdzenie na planie.U nas oczywiście krążyły rozmaite anegdoty i żarty o tematyce lotniczej, atmosfera była dość luźna. A mnie caly czas korciło, żeby żartować! Miałyśmy taką scenę z Michelle [Dockery, gra stewardessę], nic poważnego: jej bohaterka, pyta, jaką podać mi herbatę. A ja – Julianne – się zaczynam z nią droczyć, i, cały czas w roli, proszę ją, by z łaski swojej wymieniła, jakie mają rodzaje herbaty. Po montażu zostało z tej sceny jakiejś półtorej sekundy, ale na planie zmuszałam ją, by w nieskończoność wymieniała kolejne odmiany. I tym spokojnym głosem, ze swoim brytyjskim akcentem, Michelle wymieniała: truskawkowa, miętowa, rumianek, zielona, malinowa, taka, siaka... po cięciu wybuchałyśmy śmiechem jak wariatki.

Big Lebowski
Podróżowanie to ogromna część pani harmonogramu. Czy po roli w takim filmie patrzy pani na latanie inaczej?
Lecąc do Londynu zauważyłam na lotnisku mężczyznę, który był na pewno ochroniarzem lotu, jak bohater filmu „Non-Stop". Czekałam w kolejce do prześwietlenia i nagle minął mnie zwyczajnie ubrany facet z rozczochranym włosem i torba przez ramię - nie to, co Liam! - który wcisnął się przede mnie w kolejce, mignął odznaką ochroniarzowi, a ten skinął głowa i bez słowa go puścił. On to zrobił bardzo szybko, gdyby nie praca na planie Non-Stop w ogóle bym się nie zorientowała, co się dzieje. Oni na pierwszy rzut oka wyglądają tak samo, jak reszta.. teraz już wiem, że musiał to zrobić, bo jego bagaż też musi być prześwietlany, dla pozoru, a przecież na pewno miał w nim broń. Gdyby nie uprzedził ochroniarzy, byłaby afera...

Przeszkadzają pani zaostrzające się, naruszające coraz bardziej procedury bezpieczeństwa na lotniskach? To lekka paranoja...
Nie nazwałabym tego paranoicznym doświadczeniem, choć zgadzam się, że czasami te przeszukania, prześwietlenia są krępujące... Staram się myśleć, że ludzie odpowiedzialni za te struktury muszą reagować na nastroje społeczne. Skoro wrażenie zagrożenia się nasila ich zadaniem jest odpowiedzieć, złagodzić ten strach. Godzę się na to, bo ufam, że tak to musi wyglądać. Wystarczy założyć, że to wszystko jest dla naszego dobra, wtedy łatwiej jest to zaakceptować.

W filmie jedną z bohaterek jest mała dziewczynka. Przypomina panią sprzed lat: mały rudzielec, który dużo podróżuje...
Kiedy zobaczyłam ją po raz pierwszy, pomyślałam – o rety, wszyscy pomyślą, że to moja córka, którą do tej pory ukrywałam przed światem! Quinn jest w tym samym wieku co moja córka Liv z tym, że Liv ma ciemniejsze włosy i więcej piegów... [wyciąga telefon, pokazuje zdjęcie na którym jej syn Caleb i córka pozują uśmiechnięci na tle wody]. O zobacz! To jej prawdziwy kolor włosów, niesamowite prawda? Ludzie farbują sobie włosy, żeby takie mieć. Czy nie są uroczy?... A wracając do filmu: Quinn ze swoim wyglądem mogłaby być dzieckiem moim i Liama [śmiech].


Skąd wzięła się u pani potrzeba pisania? Podpisała pani niedawno kontarkt z dużym wydawnictwem.
Piszę książki dla najmłodszych czytelników, żaden ze mnie Jonathan Franzen [ nagrodzony nagrodą National Book Award autor „Korekt" i „Wolności"]. Z moich doświadczeń wynika, że najmocniej na zachowania postaci i ich przygody reagują najmłodsi czytelnicy. Wzrusza mnie, jak pięknie pięcio- czy siedmiolatki odnajdują ślady swoich charakterów w osobowościach moich postaci. Dla nich stworzyłam serię "Freckleface Strawberry" [pol.: „Piegowata Truskawka"], w ramach której powstały już trzy książeczki. Potem, w innym wydawnictwie, opublikowałam książkę "My Mom is a Foreigner But Not to Me" [„Moja mama jest obca, ale nie dla mnie"] o swojej relacji z mamą. Bardzo za nią tęsknię.

Aktorka, pisarka, matka, żona... jak pani udaje się to wszystko godzić? Doba ma tyko 24 godziny.
To zabawne, ale dużo piszę właśnie podczas lotów samolotem. Swoją pierwszą książkę napisałam w całości podczas podróży - to był jedyny moment, kiedy byłam z dala od moich dzieci i potrafiłam znaleźć w sobie mentalną przestrzeń na skupienie i kreatywność. Potem musiałam nauczyć się pracować inaczej, przecież nie mogę zawsze uciekać. Całkiem niedawno znalazłam się w takiej sytuacji: gonił mnie deadline, wiedziałam, że zaraz zaczną się zdjęcia do „Igrzysk smierci" i jeszcze innego projektu. Nie mogłam czekać aż zmotywuje mnie ostatnia chwila. Pomyślałam sobie: czas dojrzeć. Spięłam się i napisałam wszystko przed świętami. Jestem bardzo z siebie dumna!

Jako dziecko nieustannie przeprowadzała się pani z miejsca na miejsce. Na pewno wspomnień, które zapadło pani w pamięć jest wiele, ale może ma pani jakąś ulubioną historię z tamtych lat?
Wiem, że Liam bardzo lubi łowić, więc może opowiem pani historię związaną z wędkarstwem. I z kilkoma innymi rzeczami... Lata temu, jeszcze jako dzieciak, mieszkałam na Alasce. Jak można się domyślić, wędkarstwo jest tam bardzo popularne. Zresztą do dziś zdarza mi sięłlowić. Jakiś czas temu wyciągnęliśmy z mem z wody halibuta, który był dwa razy większy niż stół, przy którym siedzimy! Wracając do Alaski: Miałam jakieś 10 lat. Wszystkie dzieciaki ze swoimi tatusiami jeździły na taką wyspę, gdzie łowiło się ryby „na muchę". Na marginesie, to jest całkiem poważna sprawa, łapanie „na muchę" nie jest dla byle kogo, naprawdę trzeba wiedzieć, co się robi! To był sezon na łososia. One wtedy płyną w górę strumienia, całe tłumy ryb, i każda jest na innym etapie rozkładu. To przedziwne, patrzeć na nie, jak się dosłownie rozpadają... stałam w strumieniu w wielkich rybackich gumiakach, z wędką, a przepływające łososie uderzały o moje nogi, jeden za drugim, setki ryb. Jest jeszcze jeden szkopuł: gdy łowi się na Alasce, trzeba nie tylko skupiać się na muszę, ale też uważać na niedźwiedzie, które przychodzą nad strumień wygrzebywać z niego łososie... To ja wtedy: mała dziewczynka pośrodku strumienia zastanawiająca się, dlaczego właściwie usiłujemy niezdarnie łowić te ryby, skoro można by wiadrami wybierać z rzeki te mniej żywe, jak robią to misie... Wtedy chyba po raz pierwszy poznałam pojęcie paradoks. Dziś jestem dorosła, ale wciąż napotykam wiele sytuacji i zjawisk, których nie pojmuję.
[Rozmawiała: Anna Tatarska]