Kickstarter – nowy sposób na kręcenie filmów

"Gdybym tylko tu był" / "Blue Ruin" / "Veronica Mars"
 
Twórcy filmowi na całym świecie znaleźli producenta idealnego. Nie chce mieć udziału w zyskach, ani wpływu na ostateczny kształt obrazu. Wystarczy mu plakat z autografem, a jeżeli ma gest może usiąść obok gwiazdy na premierowym pokazie. To Kickstarter!
 
W polskich kinach oglądać już można "Blue Ruin" Jeremy'ego Saulniera oraz długo oczekiwany film Zacha Braffa "Gdybym tylko tu był". Te dwie zupełnie różne produkcje łączy jedno: obie powstały dzięki serwisowi Kickstarter.
 
Kickstarter powstał w 2009 roku i jest największą platformą crowdfundingową na świecie. Co to znaczy? Niezależni twórcy mogą posiadać genialny pomysł na wynalazek, książkę, komiks, grę komputerową, czy oczywiście film. Ustalają, ile pieniędzy im potrzeba na osiągnięcie wymarzonego celu, a resztę zostawiają w rękach internautów. Jeżeli uzbierana zostanie pożądana kwota, pieniądze zostają przekazane, jeżeli nie, wracają na konta. Twórcy muszą więc przedsięwziąć atrakcyjną kampanię i przygotować wiele nagród (im wyższa suma, tym lepsza nagroda), żeby ludzie chcieli ich wspierać.
 
Oczywiście filmowcy ochoczo rzucili się na ten nowy, wspaniały wynalazek. Możliwość samodzielnego stworzenia filmu, bez ingerencji wścibskich producentów, dla których liczy się tylko zysk, to coś nowego w Hollywood. Na całkowitą wolność artystyczną czasem liczyć nie mogą nawet takie tuzy jak Martin Scorsese czy Ridley Scott, to co dopiero młody, niedoświadczony artysta. Dzięki Kickstarterowi powstały znane z polskich kin dokumenty: "Szukając Vivian Maier", "Podejrzany: Ai Weiwei"; świetnie przyjęta komedia obyczajowa "Obvious Child", czy dziwaczny thriller słynnego pisarza Bretta Eastona Ellisa z Lindsay Lohan i aktorem porno Jamesem Deenem – "Canyons". Innymi słowy: projekty, które bez wparcia zwykłych ludzi mogłyby nie powstać.

@page_break@
 
Szanse na najwyższe dotacje mają produkcje z silnym i prężnym fandomem. Kiedyś Monty Python mógł nakręcić "Żywot Briana" tylko dlatego, że George Harrison, prywatnie wielbiciel grupy, wyłożył kilka milionów dolarów. Teraz fani na całym świecie mogą wspierać swoich ulubionych twórców przelewając nawet po dziesięć dolarów. Najciekawszy jest przypadek serialu "Veronica Mars" opowiadającego o nastoletniej detektyw, który został zakończony po trzech sezonach. Spora rzesza fanów nie gwarantuje pożądanej oglądalności w telewizji, ale zupełnie inaczej jest w internecie. Twórca serialu Rob Thomas razem z gwiazdą Kristen Bell rozpoczął kickstarterową kampanię filmu kinowego. Miłośnicy produkcji mieli zebrać dwa miliony w 30 dni, w rezultacie przy udziale 91 tysięcy ludzi suma ta przekroczyła pięć i pół miliona. Jest to największa kwota zebrana dla projektu filmowego. "Veronica Mars" nie stała się hitem kasowym, ale w ograniczonej dystrybucji zarobiła wystarczająco dużo, żeby uznać to za sukces.

"Veronica Mars"
Jednak co powstało jako pole do popisu dla niszowych twórców, szybko zostało wykorzystywane przez artystów uznanych i z dorobkiem. Udane kampanie przeprowadzili Mark Duplass i Hal Hartley; swoją komedię o czarnych wampirach "Da Sweet Blood of Jesus" sfinansował Spike Lee, po wysokobudżetowej porażce jaką okazał się "Old Boy". Zaczęły pojawiać się pytania, czy buńczuczni filmowcy unikając producentów nie wykorzystują swoich fanów, którzy powinni wspierać początkujących twórców.  Przez to niektóre obiecujące projekty giną przez nieznane nazwiska autorów. Najwięcej kontrowersji wzbudziła kampania Zacha Braffa, który na "Gdybym tylko tu był" zdobył 3,5 miliona dolarów. Fani od dziesięciu lat chcieli zobaczyć drugi film twórcy "Powrót do Garden State", ale złośliwi twierdzili, że nowy scenariusz jest po prostu słaby, dlatego żadne studio nie chce się nim zająć. Wspierając nie znamy scenariusza, musimy w pełni zaufać artyście, że projekt jest godny naszych pieniędzy. Podobno z Braffem spotkał się Woody Allen, zainteresowany Kickstarterem. Czy znaczy to, że zamierza wprowadzać swoje filmy do kin jeszcze częściej, nie wiadomo.
 
A co to wszystko znaczy dla polskiego kina? Na razie niewiele. Według polskiego prawa crowdfunding jest w zasadzie nielegalny, choć istnieje kilka stron, które wykorzystują luki w prawie. Największą z nich jest polakpotrafi.pl, ale dotychczas największe wsparcie, czyli 50 tys. złotych otrzymał dokument "Korwin the movie", opowiadający o jednym z bardziej charakterystycznych rodzimych polityków, a ciekawie zapowiadający się krótkometrażowy oniryczny musical "Circus Maximus" ledwo przekroczył dziesięć tysięcy. Ot, specyfika polskiego internetu. Tak czy inaczej, Drogi Twórco, jeżeli masz pomysł, który może rozpalić wyobraźnię internautów, próbuj. Nie jest to najłatwiejsza droga, ale być może najbardziej Twoja.
 
[Marek Baranowski]