Kino gatunkowe to pieśń przeszłości. Rozmowa z Markiem Piestrakiem także o nowych projektach

Wydawnictwo Telewizji Kino Polska pod koniec listopada oddało do rąk swoich widzów kolejny filmowy box z serii "Przeboje polskiego kina". Tym razem w kolekcji "Pojechane w kosmos" znalazły się cztery produkcje: "Milcząca gwiazda", "Sygnały MMXX", "Test Pilota Pirxa"oraz "Klątwa Woliny Węży". Marek Piestrak, reżyser dwóch ostatnich obrazów, udzielił wywiadu Stopklatce.

Jakie budżety miały pana filmy "Test Pilota Pirxa" i "Klątwa Doliny Węży"?

A bo ja wiem…

Pytam, bo te filmy odniosły niebywały sukces. Prawa do "Testu Pilota Pirxa" sprzedano do 24 krajów, na "Klątwę Doliny Węży" poszło w Polsce milion widzów, w ZSRR - 25 milionów widzów.

Jak przyjechałem rok po premierze "Klątwy…" do Rosji, to aktorzy rosyjscy powiedzieli mi: Marek, wszystko ci zawdzięczamy. Dostali olbrzymie tantiemy i role w wielu ważnych filmach. Udział w "Klątwie…" to była przepustka do lepszego świata w ZSRR.

Zarówno "Test Pilota Pirxa" jak i "Klątwa Doliny Węży" to były polsko-radzieckie koprodukcje.

Od początku to było jasne, że to będą koprodukcje. Ale ja się tym nie martwiłem, tym bardziej, że wielkim fanem, propagatorem, opiekunem artystycznym "Testu Pilota Pirxa" był wspaniały człowiek, szef Zespołu Filmowego "Pryzmat" Aleksander Ścibor-Rylski. Co więcej, Stanisław Lem był niezwykle popularny w ZSRR, więc sprawa polsko-rosyjskiej współpracy wydawała się naturalna, wynikało to także z zawartych między naszymi krajami umów. Strona rosyjska nie zaglądała w kosztorysy stronie polskiej i na odwrót. Ale mówiąc o "Teście…" - to w zasadzie była koprodukcja polsko-estońska. Wylądowaliśmy w Tallinie, który różnił się bardzo od innych republik radzieckich. Czuliśmy się trochę jak w NRD - jakość pracy taka jak u nas mniej więcej. Estończycy mieli dobre kontakty na Ukrainie dlatego po jakimś czasie wylądowaliśmy w atelier w Kijowie i tam zbudowaliśmy dekoracje, wnętrze do statku kosmicznego.

Realizując "Test…" nie bał się pan konfrontacji ze Stanisławem Lemem? Ja wiem, że byliście w dobrych stosunkach, on zaakceptował wcześniej wyreżyserowaną przez pana ekranizację "Śledztwa", ale mimo wszystko…

Nie, nie bałem się. Właśnie dzięki temu, że horror "Śledztwo" tak mu się podobał. On wręcz mi powiedział, że mogę robić kolejny film na podstawie jego prozy. Mam nawet jego list…

Ale nie był specjalnie zadowolony z "Testu…". Bardziej co prawda wyżył się na filmowej adaptacji "Solaris"…

Pocieszam się tym. Dla nas był łaskawy, choć oczywiście miał swoje zastrzeżenia.

A miał uwagi przed realizacją zdjęć?

Miał i to sporo. To były bardzo cenne uwagi odnośnie pierwszej wersji scenariusza, jednak spora część z nich miała charakter literacki, to w ogóle nie przekładało się na język filmu. Książka miała formułę rozprawy, w kinie to by nie zadziałało. Poza tym ja w ogóle sporo różnych elementów wziąłem z innych książek Lema. Pirx się wspinał, ale wziąłem to z innego opowiadania - pomyślałem sobie, że będzie to ciekawa klamra dla filmu, proszę zwrócić uwagę, że rozpoczynam i kończę wspinaczką bohatera.

Reżyserując "Test…" miał pan poczucie, że ówczesna technika filmowa ogranicza rozmach realizacyjny filmu?

Oczywiście. Mieliśmy świadomość olbrzymich ograniczeń. Wiedzieliśmy z operatorem Januszem Pawłowskim, że nie możemy nawiązywać do poetyki, jeśli chodzi o scenografię, Stanleya Kubricka. Nie mieliśmy ani funduszy, ani narzędzi. Dlatego nie szliśmy tak bardzo w futurystyczne akcenty, raczej w minimalizm wojskowy. Odpowiedzialny był za to świetny scenograf Jurek Śnieżawski, który wcześniej pracował nad filmem "Na srebrnym globie" Andrzeja Żuławskiego. Wie Pani, co on tam zrobił? Postawił pojazd kosmiczny, który zbudował w górach Kaukazu - zdjęcie pojazdu zrobił amerykański satelita. Jego projekt był tak wiarygodny, że w pewnym momencie, za sprawą tych zdjęć, zaczął funkcjonować jako dowód na obecność kosmitów na Ziemi. Same zdjęcia uznano za szpiegowskie. Z tego się można śmiać, ale tak było. My wszystko wymyślaliśmy sami, pracując nad "Testem…" stosowaliśmy te same metody. Wiedzieliśmy jedno, że wszystko ma być proste, uniwersalne, podszyte symboliką militarną. Wiedzieliśmy, że jeśli zrobimy to inaczej, film się szybko zdezaktualizuje, a nie chcieliśmy, aby się zestarzał.

Pojechał pan odebrać główną nagrodę na festiwal do Triestu?

Nie, nikt mnie nie zaprosił. Pojechał przedstawiciel.

Klasyka.

No klasyka. Ale nagroda została mi przekazana. Ten pan, który wręczał mi trofeum, powiedział, że się bardzo cieszy i że film się bardzo podobał. Rok później "Test…" został nazwany hitem eksportowym Polski.

"Klątwę…" mieliście realizować w Laosie, ale w rezultacie padło na Wietnam.

Tak, obiecywano nam Laos, ale w rezultacie stanęło na Wietnamie. Dla mnie nie miało to większego znaczenia, potraktowałem to jak kraj południowo-wschodniej Azji. Nie pada słowo, że to jest w Wietnamie, w ogóle opowiadanie Roberta Strattona na bazie, którego powstał scenariusz, mówiło o tym, że miejsce całej akcji to Tajlandia. Ale Tajlandia w ogóle odpadała, bo to była sfera dewizowo-dolarowa. Wietnam Rosjanie proponowali także ze względu na swoje kontakty. Pojechaliśmy na dokumentację i nasz producent Studio "OKO" wynegocjował, że będziemy w Wietnamie realizować zdjęcia w zamian za kopie filmowe z Polski. I polskie laboratoria tłukły te kopie.

W czasie realizacji zdjęć napotkał pan na wiele przeszkód.

Najtrudniejsze i najgorsze było to, że oni nigdy nie zabrali nas do takiej najprawdziwszej dżungli. Nie wiem z czego to wynikało - z ograniczeń transportowych, finansowych, politycznych… Pokazali nam parę miejsc, które nas strasznie zawiodły. Gdzie są palmy? - niektórzy pytali. Rysiek Lenczewski, operator, był załamany. Niespodziewanie znaleźliśmy na ścianie hotelu kalendarz biura turystycznego, w którym zobaczyliśmy zdjęcie doliny, w której są świątynie Czamów. Powiedzieliśmy, że albo kręcimy tam, albo w ogóle zdjęć nie będzie. Po bardzo wielu pertraktacjach w końcu nas tam zawieźli. Ulegli, ale byliśmy pierwszymi Polakami od czasów wojny francusko-wietnamskiej, którzy zobaczyli to miejsce za wyjątkiem jednego Polaka, który był inżynierem i przeprowadzał rekonstrukcję tych świątyń z ramienia UNESCO. Codziennie jechaliśmy trzy godziny z hotelu na plan zdjęciowy w czterdziestostopniowym upale, ale było warto, zdjęcia wyszły wspaniałe.

Jak w tych warunkach pracowało się panu z aktorami, Ewą Sałacką, Romanem Wilhelmim, Krzysztofem Kolbergerem?

Ewa była bardzo dzielna, to była fantastyczna dziewczyna. Grała szaloną dziennikarkę, zwariowaną, postrzeloną, odważną z "France Soir". Wilhelmi… też nieźle zagrał.

Zawahał pan się.

No Roman, to był Roman. Trudniej mi się z nim pracowało niż z resztą. Nie wiem, może byłem za młody. On był bardzo apodyktyczny, bardzo trudno było nad nim zapanować. On sobie pewne rzeczy wyobrażał i je narzucał. Często nie chciał nawet dyskutować. Chciał wiele rzeczy przeforsować, które mnie się wydawały niezgodne z konwencją filmu, jaki zaplanowałem. Nie zawsze robił to, o co go prosiłem, bywało ostro… co mogę powiedzieć, trudny charakter, aktor wspaniały. Bardzo chciał zagrać w "Klątwie…", podobała mu się ta historia, skusiła też opcja wyjazdu. Krzysztof Kolberger z kolei - wybitnie inteligentny, cudowny, spokojny. Wiele mi pomógł w bardzo trudnych warunkach pracy.

"Klątwa…" była puszczana na tajnych seansach w Wietnamie, bo film uznano za nazbyt amerykański.

To śmieszne, ale tak było. Ponoć przypomniała przygody Indiany Jonesa…

Ale nie wzorował pan się na Indianie?

Nie. Zobaczyłem ten film po wszystkim.

A jak pan sądzi, co dzisiejsza, współczesna widownia, która jest przyzwyczajona do nieco innego kina, innych efektów specjalnych może odnaleźć fajnego w tych filmach?

Ducha egzotyki, przygody, odkryć? Akcja, dramaturgia - to są te elementy, które myślę, że wciąż mogą się podobać. Poza tym kino przygodowe, science fiction nie powstaje w Polsce praktycznie w ogóle. Kiedyś próbowaliśmy, dziś w ogóle kino gatunkowe to pieśń przeszłości.

Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego w Polsce tak rzadko powstają horrory?

To jest dobre pytanie, proszę zwrócić uwagę na kinematografię hiszpańską, francuską, włoską - jakie tam horrory powstają. Wczoraj zobaczyłem "Od zmierzchu do świtu" Rodrigueza, film z gwiazdorską obsadą, z przymrużeniem oka, świetne zdjęcia, dowcipne dialogi, a patrzę w gazecie: jedna gwiazdka! W Polsce wśród filmowców horror nie jest gatunkiem popularnym, ale ludzie chcą to oglądać. "Widziadło" Marka Nowickiego miało ogromną widownię! Nie wiem, może reżyserzy boją się krytyki, a może czują się gorsi, że to mało ambitne…

A według pana to jest mało ambitne kino?

Wie pani, to są przede wszystkim historie na niby. Na przykład w nagradzanych filmach jak "Dom zły", czy "Chrzest" wszystko jest tak realistyczne, mocne, że aż oczy bolą i tam krew krytykom nie przeszkadza. Z kolei my realizując horror wchodzimy w pewną konwencję, w bajkę, wszyscy to rozumieją, że to jest ten cudzysłów. Może być scena okrutna, widz ma prawo się bać, ale wiadomo, że to fantazja…

Jeden z pana ostatnich filmów to "Łza księcia ciemności"

Każdy mnie o to pyta…

A nie lubi pan?

A pani to widziała?

Nie. W Polsce trudno dostać.

Ja go też nie mam. Canal Plus wyświetlał, ale słuch po nim zaginął. Jaki to film? Dziwny. Scenariusz był wielokrotnie zmieniany, były kłopoty ze wszystkim. W Estonii, gdzie realizowaliśmy zdjęcia było strasznie, wszystkiego brakowało, w 50 procentach nie zrobiłem tego, co planowałem. Przywieźliśmy ze sobą taśmę filmową Eastman specjalnie do realizacji efektów specjalnych, którą najprawdopodobniej ukradziono w Leningradzie, nie starczyło pieniędzy na ukończenie filmu tak jak chcieliśmy… zdjęcia trickowe prawie w ogóle nie powstały, a te, które zrealizowali były nie do przyjęcia… Mam mówić dalej?

Bardzo proszę.

Czołówka była animowana w stylu klasycznych filmów niemieckich z lat 20., na przykład "Nosferatu" - miało to z filmu uczynić dzieło nieco bardziej ambitne. W filmie trochę było satanizmu, metafizyki, w tle historia II wojny światowej, oczekiwanie na przyjście Szatana, tytułowego księcia ciemności. Myślę, że film znalazłby w Polsce swoich zwolenników. Szkoda, że nigdy nie miał tu dystrybucji kinowej. Prawa chyba nawet ktoś kupił, ale nic z tego nie wyszło. Niedawno usłyszałem od kogoś, że człowiek, który kupił "Łzę księcia ciemności" zbankrutował i się powiesił… Gdyby się pani udało dostać gdzieś kopię, to liczę na kontakt.

Powalczę. Ale wróćmy jeszcze na moment do czasów studenckich. Jak było na praktykach u Romana Polańskiego?

Wspaniale. Dla mnie, ówczesnego studenta szkoły filmowej, to było zetknięcie się z innym światem. Wszystko się stało w sposób prosty, ale trzeba mieć szczęście do takich rzeczy. Mam rodzinę w Los Angeles i zaproszono mnie z wizytą. Pojechałem i okazało się, że profesor Toeplitz akurat ma wykłady na UCLA. A że zawsze miałem piątkę u profesora, jak usłyszał, że jestem, to zaprosił mnie do siebie. Miałem skombinować samochód - pożyczyłem od rodziny - i tak wybraliśmy się razem na plan do Polańskiego.

I jak zetknięcie z Paramount Pictures?

Oniemiałem. Roman Polańskizaprosił nas do restauracji w wytwórni, gdzie obok przy stoliku siedziała cała rodzina Cartwrightów z "Bonanzy" - wie pani, to już był szok. Po wszystkim Roman powiedział, że jeśli chciałbym to mogę przychodzić do niego na plan codziennie i tak się stało. Wpisano mnie na listę i od tej pory byłem do końca zdjęć. Polański był wspaniały, wszystko mi udostępniał, wszystko tłumaczył, stałem krok za nim, patrzyłem na jego pracę na planie. Zaprosił mnie kilka razy do siebie do domu, poznałem Komedę, Sharon Tate. Stosunek Polańskiego do mnie, młodszego kolegi, był niesamowity, nawet jak mieli zdjęcia wyjazdowe Roman zbierał mnie ze sobą. Fantastyczne doświadczenie.

A jak współpracowało się z Krzysztofem Kieślowskimnad jego pierwszym filmem "Blizna"?

Krzysztof to był mój kolega, więc relacje wyglądały zupełnie inaczej. Krzysiek był zawsze uważany przez nas za bardzo twórczego, inteligentnego człowieka, idącego własnymi ścieżkami. Czy ja wtedy podejrzewałem, że stanie się jednym z największych, najważniejszych europejskich reżyserów? Chyba nie. On miał zawsze bardzo analityczne podejście do filmu. Oglądał bardzo dużo, dyskutował, analizował. Siedzieliśmy w montażowni i pod względem montażu rozkładaliśmy na poszczególne elementy "Ojca chrzestnego". Nikt nie miał takiego podejścia. W "Bliźnie" Krzysztof nie zrobił normalnego scenopisu, a przecież wszyscy byliśmy nauczeni, że tak trzeba. On miał tylko rozpisane sceny, ale bez rozbicia na ujęcia. Na bieżąco na miejscu inscenizował sceny i wymyślał ujęcia. I to się sprawdziło. Potem jeszcze robiłem z Januszem Kondratiukiem"Dziewczyny do wzięcia", z Antonim Krauze"Metę"… Wie pani, w ogóle wspaniale jest realizować własne filmy, ale przecież nie można ich robić cały czas. Wtedy system był taki, że jak nie robisz swojego filmu, to pomagasz koledze. To było naturalne.

Ma pan w swoim dorobku seriale, fabuły, ale też dokumenty.

To prawda. Ale fascynacja dokumentem łączy się z fascynacją górami. Ja się kiedyś wspinałem. Zrealizowałem wiele filmów alpinistycznych, himalajskich, one były nagradzane na wielu festiwalach, między innymi w Szwajcarii, na festiwalach w Les Diablerettes, w Trento. Prócz tego dla STUDIA 2 Mariusza Waltera robiłem filmy o sportach ekstremalnych. Zrobiłem też kilka filmów dokumentalnych na morzu.

Nad czym pan teraz pracuje?

Teraz przygotowuje duży, familijny, przygodowy film, trochę jak "W pustyni i w puszczy". To jest na motywach powieści Ferdynanda Ossendowskiego pt. "Mali zwycięzcy". Producent ma prawie domknięty budżet o ile dostaniemy dofinansowanie z PISF. Ja napisałem adaptację do spółki z Jerzym Bojanowskim. Cała akcja dzieje się w Mongolii. Czekamy na decyzje.

A nie tęskni pan za realizacją czegoś w stylu "Wilczycy"?

Mam scenariusz według ostatniej książki autora "Wilczycy", nieżyjącego już pana Jerzego Gierałtowskiego. Uważam, że to materiał na dobry horror. Napisałem go parę lat temu, to się nazywa "Pomarlica".

Świetne!

Dzieje się podczas powstania listopadowego, czyli jest nawiązanie do tego, co robiłem wcześniej. Dostaliśmy na to stypendium z Agencji Produkcji Filmowej, napisaliśmy scenariusz razem z Jerzym M. Siatkiewiczem, który został świetnie zaopiniowany, m.in. przez Magdę Łazarkiewicz, która napisała, że to jest coś w stylu "Jeźdźca bez głowy". Pomysł przedstawiłem paru producentom, wszyscy mówili, że niezły, tylko musi drogo kosztować, a to ryzyko w przypadku horroru polskiego. To powinna być taka szlachetna odmiana horroru, z Księstwem Warszawskim i zarazą, która przychodzi ze Wschodu… Ale prawdę mówiąc tak najbardziej to chciałbym w końcu zrobić adaptację "Wampira" Władysława Stanisława Reymonta. Od 10 lat pracuję nad odpowiednią wersją scenariusza, mam nadzieję, że czas tego filmu nadejdzie. Zawsze uważałem, że kino powinno mieć wiele odcieni, jest tu miejsce na wszystkie gatunki, na różne historie.