Kino grozy i eksploatacji: krew w trzech smakach

Lekcja zła
Tradycyjnym elementem Festiwalu Filmowego Pięć Smaków (4-11 listopada) stały się nocne maratony. Jeden zawsze przeznaczony jest dla filmów z pogranicza thrillera, kina eksploatacji i grozy. Wybór tytułów, które widzowie zobaczą w piątkową noc, 8 listopada, doskonale wpisuje się w coroczną tendencję: będzie strasznie i śmiesznie; krwawo i groteskowo; trochę beztrosko, choć nie obejdzie się też bez wymownego komentarza społecznego.
 
Najbardziej oczekiwanym tytułem wyświetlanym podczas maratonu jest z pewnością Lekcja zła" (2012) autorstwa Takashiego Miike, jednego z najpopularniejszych japońskich twórców w naszym kraju. Dla Miike, który niedawno przekroczył pięćdziesiątkę, a w planach ma już realizację setnego filmu, był to powrót do straszenia na ekranie po dłuższym czasie. Ostatni pełnokrwisty horror twórca „Gozu" zrealizował w 2006 roku – od czasu premiery „Opowieści detektywistycznej" parał się innymi gatunkami (m.in. westernem, komedią romantyczną, kinem dla dzieci). „Lekcja grozy" jest ciągłym balansowaniem między różnymi wariantami kina grozy z odchyłami w stronę kina dla nastolatków i filmów o trudnej młodzieży. Historia nauczyciela Seiji Hasumiego (znakomity Hideaki Itō), który rozpoczyna naukę w nowej szkole, gdzie ma miejsce seria tajemniczych zniknięć uczniów, początkowo zanosi się na belferski dramat pokroju „Młodych gniewnych" (1995). Prędko Miike jednak prędko zmienia tor, ujawniając, że autorem zbrodni jest główny bohater. Kiedy liczba trupów sięga coraz pokaźniejszych rozmiarów, autor „Nieodebranego połączenia", miast dążyć ku rozwiązaniu intrygi, jeszcze bardziej zagęszcza „body count" i zamienia ostatnią godzinę „Lekcji zła" w krwawą rzeź niewiniątek. Finalna partia filmu wygląda trochę tak, jakby zaprosić tytułowego Izo (bezwzględnego mordercę z filmu Miikego z 2004 roku) na bal maturalny z legendarnej końcówki „Carrie". Przemoc w „Lekcji zła" jest ultrabrutalna, ale jednocześnie komiksowa i groteskowa – cały film można traktować jako zabawę z oczekiwaniami widza i przewrotny pastisz kilku gatunków jednocześnie. Dla widzów zaznajomionych z twórczością Miike, „Lekcja…" będzie prawdziwą frajdą, dla tych, którzy po raz pierwszy się z nią zetkną, może być niemałym szokiem.

Dom marzeń
Najlepszym i na wielu poziomach najmocniejszym punktem programu będzie hongkoński Dom marzeń" (2010) w reżyserii Pang Ho-cheunga. „Dom…" jest prawdziwą esencją kina gore, mogącą stawać w jednym szeregu z filmami Lucio Fulciego, wczesnymi dziełami Petera Jacksona czy najkrwawszymi tytułami francuskiej nowej ekstremy. Pod żywym wulkanem czerwonej posoki historia kryje jednak niebagatelne wątki społeczno-polityczne – film jest ostrzem wbitym prosto w serce przyczyn nierówności klasowych w jednym z tygrysów Azji. Główna bohaterka, Cheng Lai-sheung (nagrodzona za tę rolę na festiwalu w Sitges Josie Ho), desperacko pragnie nabyć własny kąt. Zależy jej na lokum w dobrej lokalizacji, z widokiem na morze, kojącym dla kończącego żywot ojca. Hongkong boryka się jednak ze sporymi problemami mieszkaniowymi. Miasto jest jednym z najgęściej zaludnionych na świecie, a ceny mieszkań sięgają niebotycznych cen (twórcy podają w prologu informację, że w 2007 roku pensje mieszkańców wzrosły o 1%, a nieruchomości – aż o 15%). Cheng, wywodząca się z klasy robotniczej, zajmująca małą, zapyziałą klitkę wspólnie z ojcem i bratem, łaknie awansu społecznego, którego kupno mieszkania miałoby być ukoronowaniem. Dlatego bohaterka tyra jak wół, ciągnąc jednocześnie dwa etaty i rezygnując z wszelakiej rozrywki i przyjemności (romans, który ma z bogatszym, żonatym mężczyzną, ma jej tylko pomóc lepiej ustawić się w przyszłości). Kiedy jednak reguły rynku (kto da więcej – ten dostaje klucze) bezlitośnie pozbawiają Cheng możliwości awansu o szczebel wyżej w drabinie społecznej, bohaterka bez chwili namysłu postanawia utorować sobie drogę do szczęścia po trupach i na przekór dzikiemu kapitalizmowi. Kapitalna, dwutorowa narracja prowadząca do przewrotnego finału, fantastyczna Ho w roli bezlitosnej i działającej metodycznie morderczyni, hipnotyczna muzyka Gabriele Roberto i naprawdę niebanalny komentarz do sytuacji na azjatyckim rynku nieruchomości, która zbiegła się z wybuchem światowego kryzysu finansowego, czyni z „Domu marzeń" jeden z najciekawszych tytułów hongkońskiej kategorii III. Jest też film Ho-cheunga obrazem dla najwytrwalszych widzów: zabijanie z zimną krwią ciężarnej kobiety, szlachtowanie kolejnych postaci czy pozbywanie się poszczególnych członków ich ciała – pokazane niemal zawsze dosłownie i efektownie – jest tutaj na porządku dziennym. Czasami sceny gore są przez Ho-cheunga uświęcane w długich detalach, gdzie indziej przyprawione smoliście czarnym humorem, jak w scenie, w której wybebeszony diler próbuje uśmierzyć ból i szok, resztami tchu zaciągając się skrętem.

Odliczanie
Z pośród trzech tytułów najmniej przypadł mi do gustu tajski gatunkowy misz-masz Odliczanie" (2012) Nattawuta Poonpiriyi. Film realizuje koncept znany od zarania i eksploatowany w kinie wielokrotnie: oto grupka ludzi terroryzowana jest w zamkniętym pomieszczeniu przez tajemniczego i groźnego przybysza. Wątek, w zachodnich filmach najczęściej prowadzący do uwalniania instynktów przetrwania pośród cywilizowanych jednostek, które w sytuacji ostatecznej okazują się bezlitosne niczym zwierzyna, w dziele Poonpiriyi zostaje poprowadzony inaczej. Bohaterami jest mieszkająca w Nowym Jorku trójka Tajów. Jack, Bee i Pam postanawiają się nieco rozerwać w Sylwestra 2013, zamawiają więc dragi u niejakiego Jezusa. Mesjasz, przybywszy, początkowo okazuje się świetnym MC imprezy, ale stopniowo zaczyna drążyć niewygodne dla młodych tematy, przywołując ich najwstydliwsze wspomnienia. Z mało zabawnej komedii film zmienia się w średnio przekonujący thriller, by – koniec końców – okazać się tylko błahym moralitetem. A jednak film Poonpiriyi potrafi dostarczyć osobliwej rozrywki. Jeśli zaakceptujemy pewne uproszczenia scenariuszowe i przymkniemy oko na manieryczne aktorstwo Pachary Chirathivata (Jack) i Pattarasayi Kreuasuwansri (Pam), można rozkoszować się upiorną kreacją Jesusa w wykonaniu francusko-tajskiego aktora Davida Asavanonda, a nawet przejąć losem trójki biedaków, którzy na emigracji, balując próbują zapomnieć o przeszłości i zatuszować przewinienia. Sami Tajowie zresztą wierzą w duży sukces „Odliczania" – to właśnie ten film został w tym roku wystawiony do walki o Oskara dla Najlepszego Filmu Nieanglojęzycznego.
 
Trzy kraje, trzech reżyserów, trzy różne, świeże spojrzenia na współczesne kino grozy. Oraz krew w trzech różnych odcieniach i posmakach. Tegoroczna Noc Grozy miłośnikom azjatyckich horrorów dostarczy – jak zwykle – wielu wrażeń, a tych, którzy dopiero zaczynają z nim przygodę, zachęci do dalszej eksploracji demonów zamieszkujących umysły tamtejszych twórców.
[Jacek Dziduszko]