[Kino] Meksykańska (nowa) fala

W przeglądzie kina meksykańskiego na festiwalu T-Mobile Nowe Horyzonty zobaczymy m.in. "Sangre" Amata Escalante, "Perpetuum mobile"Nicolása Peredy, "Cesado" Danieli Schneider, "Malaventurę" Michela Lipkesa i "Los últimos cristeros" Matíasa Meyera. W zdominowanym przez komercję Meksyku te filmy stanowią margines krajowej produkcji. Ale poza ojczyzną - są całą świetnością tej kinematografii.

Przypadkowo lub nie, wrocławski przegląd przypada na czas szczególny. W tym roku mija dziesięć lat od narodzin nowej meksykańskiej fali. Owszem, iskrę nowości w tamtejszym kinie wzniecili Alejandro González Iñárritu ("Amores perros" z 2000 roku) i Alfonso Cuarón ("I twoją matkę też" z 2001 roku). Ale prawdziwy ogień zmian rozpalił dopiero Carlos Reygadas, bohater tegorocznej festiwalowej retrospektywy. Gdy po obiecujących filmach jego koledzy byli już w drodze do hollywoodzkiego zatracenia, ten świeżo upieczony absolwent prawa w 2002 roku nakręcił swój debiut. Prowokacyjny "Japón"opowiadał o mężczyźnie opuszczającym Mexico City z zamiarem popełnienia samobójstwa i wikłającym się po drodze w miłosną relację z osiemdziesięcioletnią wdową. "Powiedziałbym, że »Japón« zainspirował mnie tak samo jak »Aguirre, gniew boży« Herzoga albo »Mechaniczna pomarańcza« Kubricka, ale fakt, że ten film nakręcił młody Meksykanin, poza oficjalnym systemem i za niewielkie pieniądze, miał szczególne znaczenie" - mówi Amat Escalante. Enrique Rivero, autor "Parque vía" dodaje, że Reygadas zrobił właśnie taki film, jaki chciał zrobić. "W Meksyku oczywiście nikomu nie przypadło to do gustu, bo ludzie z natury wolą utrzymywać raz ustalony porządek. On jednak odniósł zwycięstwo i nie chodzi tylko o zdobyte przez »Japón« nagrody. Nagle grupa ludzi ośmieliła się robić filmy, które wcześniej nie miały prawa się zdarzyć".

Sangre
DRAMAT KONTRA MELODRAMAT

Gdy "Japón" święcił triumfy na świecie, przyszli reżyserzy nowej fali tkwili jeszcze w szkołach filmowych. I choć już wtedy ten film zainspirował w nich chęć przyjęcia postawy podobnej jak Reygadas, nie jest pewne czy by się im to udało, gdyby nie pewien pomyślny splot wydarzeń.

W 2006 roku w Meksyku pojawiła się inicjatywa 226 - prawo, w ramach którego każda firma mogła odpisać 10% od podatku i przeznaczyć tę kwotę na produkcję filmową. "Przed 226 przeżywaliśmy koszmarny okres, powstawało jakieś 10 filmów rocznie. Teraz robimy ich około 100" - mówi Carlos Sama, autor "El sueño de Lú". Jednak to nie skok ilościowy był tym najważniejszym, bo większość powstających w Meksyku filmów to i tak nie najlepsze produkcje komercyjne. Inicjatywa 226 przede wszystkim dała możliwość zrobienia filmu każdemu. Nie tylko utytułowanym reżyserom, preferowanym przez decydentów rozdzielających fundusze w Instituto Mexicano de Cinematografía (IMCINE), meksykańskim odpowiedniku PISF-u. Bo choć IMCINE dysponuje odrębnymi programami dofinansowań dla kina rozrywkowego, pieniędzmi przeznaczonymi dla filmów artystycznych lubi wesprzeć produkcje komercyjne. "Czujemy, że jesteśmy trochę poza ich definicją kina. Oni uważają eksperymenty mieszające dokument z fikcją albo bazujące na luźnych scenariuszach za coś nieprofesjonalnego. Dofinansowane przez nich »filmy artystyczne« kosztują trzy razy tyle co nasze" - tłumaczy Yulene Olaizola, autorka "Sztucznych rajów" pokazywanych na 11. T-Mobile NH.

Perpetuum mobile
Błogosławieństwem dla nowego pokolenia meksykańskich filmowców okazał się też rozwój technologii cyfrowej. "Dało nam to możliwość zdecydowanej walki z estetyką, z którą nasi twórcy borykają się od lat 70. minionego wieku - nieznośnie sentymentalną konwencją melodramatu, spopularyzowaną przez telenowele" - mówi Michel Lipkes, autor "Malaventury". Trwający od dekad fenomen oper mydlanych zniszczył nie tylko publiczność, ale także grających w nich aktorów. Dlatego wielu reżyserów młodego pokolenia zrezygnowało ze zmanierowanych aktorów zawodowych i obsadza w filmach naturszczyków, ludzi przypadkowo spotkanych na ulicy albo sąsiadów. Tym sposobem powoli zaczęła się wyłaniać charakterystyczna kontemplacyjna estetyka tego kina, radykalnie odróżniająca je od meksykańskiej tradycji filmowej. Nie było to jednak zaplanowanym manifestem twórców. Ta estetyka zrodziła się właściwie przy okazji, zaczerpnięta bezpośrednio z rzeczywistości, o której autorzy chcieli opowiedzieć. "W tak barokowym i anarchistycznym kraju jak Meksyk akt kontemplacji jest jedynym sposobem na zatrzymanie się i postawienie śmiałych pytań o kształt otaczającego nas świata" - stwierdza Lipkes.

CZWARTA FALA

Pytania zadawane przez filmowców uzbrojonych w odwagę i niezależność nie będą ani łatwe, ani przyjemne. W ponurej "Malaventurze" schorowany staruszek w obliczu nadciągającej śmierci rozpaczliwie zmaga się z winą obciążającą jego duszę i dziwacznym, mrocznym światem dookoła. "Ludzie starają się prowadzić zwyczajne życie w otoczeniu krwawych konsekwencji wieloletniego skorumpowania kraju. Nieustannie zastanawiamy się czy i kiedy to się skończy" - mówi reżyser na temat refleksów meksykańskiej rzeczywistości obecnych w jego filmie.

Matías Meyer, autor "Los últimos cristeros" tłumaczy, że to, na co reaguje tak wielu twórców nowego kina, nazywane jest czwartym okresem przemocy w historii Meksyku. "W przeciwieństwie do poprzednich trzech okresów: podboju kraju przez Hiszpanów, wywalczenia niepodległości i rewolucji, obecna fala agresji nie ma nic wspólnego z polityką. Jest jedynie samonakręcającą się spiralą zła" - mówi reżyser. Ta spirala zainspirowała Carlosa Reygadasa do stworzenia "Bitwy w niebie", nazywanej przez autora "opowieścią o czasach moralnego upadku, w których poczucie winy rodem ze »Zbrodni i kary« Dostojewskiego przestało istnieć". Fabuła jego filmu oddaje autentyczne losy Meksykanina, który zabił porwane przez siebie dziecko, bo konieczność pilnowania go w oczekiwaniu na wypłatę okupu uniemożliwiała mu chodzenie do pracy.

Casado
Marcos z "Bitwy w niebie", podobnie jak Beto z "Parque vía", wybucha agresją tylko na moment, ale z siłą wskazującą, że pod jego poczciwym obliczem negatywne emocje kumulowały się już od dawna. "Beto zagłusza samotność telewizją, w której w Meksyku mamy specjalne kanały skupione wyłącznie na pokazywaniu obrazów dosłownej przemocy. Tą prostą drogą społeczeństwo przesiąka nienawiścią, podświadomie i nieprzerwanie. Zwykły człowiek pod presją zagrożenia może sięgnąć po coś, co zna z telewizji. Beto właśnie to robi" - mówi Enrique Rivero. Do takiego rozwiązania odwołują się także emigranci z "Los Bastardos" Amata Escalante. Stale wyzyskiwani przez innych, biorą w końcu krwawy odwet na przypadkowej kobiecie. "Myślę, że ta historia mogłaby się dziać w wielu państwach i skończyłaby się tak samo tragicznie. Kiedy kręciłem ten film, odnosiłem się do aktualnych problemów, w których odbijała się ponadczasowa sytuacja ludzkości" - przekonuje reżyser filmu. Z europejskiego punktu widzenia film ten już cztery lata temu przepowiedział dzisiejsze dramaty kontynentu opanowanego przez kryzys gospodarczy.

W OBRONIE MATKI

Do krwawego odreagowania często dochodzi za sprawą swoistej symetrii: jeden z bohaterów pochodzi z nizin społecznych, drugi - żyje o klasę wyżej. "Telenowele zwykle opowiadają o bogatych ludziach, więc być może w odpowiedzi na to nasze kino tak często przyjmuje perspektywę niższych warstw społecznych" - stwierdza Nicolás Pereda. W "Perpetuum mobile" portretuje ludzi mogących należeć do klasy średniej lub tej najniższej. "To grupy wyedukowane przez państwo na bardzo podstawowym poziomie i odczuwające w związku z tym pretensje ukrywane pod maską obojętności" - mówi reżyser.

Gdy u Rivero, Reygadasa czy Escalante kumulujące się przez lata poczucie rozczarowania życiem wybuchało w akcie gniewu, u Peredy przekuwa się ono w piękny moment metaforycznego pojednania matki z synem. "Kryzys, który uważam za jeden z najczęstszych tematów podejmowanych obecnie przez meksykańskie filmy, nie zawsze musi przynosić złe skutki" - przekonuje Gabriel Mariño, autor "Un mundo secreto". "Choć nie odnosimy się do tego bieżącego kryzysu na płaszczyźnie politycznej czy społecznej, mam poczucie, że to stan wpisany w nasze kino".

Malaventura
Nastoletnia Maria z filmu Mariño dostała od losu wiele, ale wciąż nie dostrzega niczego, co zagwarantowałoby jej poczucie bezpieczeństwa w niepewnej rzeczywistości. Rusza więc w podróż przez Meksyk, poszukując sensu istnienia i punktu zaczepienia na przyszłość. Lucia z "El sueño de Lú" Samy miota się w życiu tak samo jak Maria, ale z zupełnie innego powodu - właśnie straciła dziecko i musi odnaleźć się w nowej sytuacji. Rodzina w "Cesado" Schneider przeżywa trudne chwile, zmagając z konsekwencjami wylewu, który dotknął ojca. Dla żony i dzieci ktoś bliski z dnia na dzień staje się kimś obcym i niezrozumiałym. Jakby wrogiem, burzącym harmonię. Podobny prywatny przełom przeżywa para bohaterów w "El lenguaje de los machetes" Kyzzy Terrazasa. Jednak ich kryzys, inaczej niż w filmie Schneider, przeniesiony zostaje w szerszy kontekst, gdy Ramona i Ray, opleceni ładunkami wybuchowymi, idą do kościoła pełnego ludzi. "Myślę, że nastrój tych filmów jest zainspirowany przez nasze życie społeczne. Jesteśmy narodem, który nie działa jako jedna siła, nie panuje tu szacunek dla ludzkiego życia, jesteśmy niby wśród swoich, ale właściwie każdego dnia dotykamy obcego, nieznanego świata" - mówi Daniela Schneider. Carlos Sama dodaje, że w Meksyku miesza się ze sobą wiele języków, kultur, klas społecznych i sposobów patrzenia na rzeczywistość. "Być może jedyną rzeczą, która nas scala, jest religia, ale fakt, że większość społeczeństwa jest katolicka, nie ma na nas dobrego wpływu i napędza konflikt w państwie" - mówi reżyser.

Do początków tego sporu cofa się w "Los últimos cristeros" Matías Meyer. "Z czasów, w których dzieje się akcja mojego filmu, pochodzą słowa pewnej chłopki tak opisującej zarzewie konfliktu religijnego: w Meksyku władza jest ojcem a kościół matką. Pewnego dnia ojciec wrócił do domu pijany i uderzył matkę. Co w takiej sytuacji robią dzieci? Stają przeciwko ojcu w obronie matki" - opowiada reżyser. Tak też czynią buntownicy w "Los últimos cristeros". Odrzucają propozycję politycznego ułaskawienia w imię wolności religijnej. Ich elegijna wędrówka pokazana w filmie, będącym odpowiednikiem mistycznego przeżycia, przynosi zapis narodzin wewnętrznego konfliktu całego narodu. Narodu rozerwanego przez dwie siły, których działania wymknęły się spod kontroli.

KAMERA WERNERA HERZOGA

"Chciałbym robić takie filmy, jakie sam lubię: wyrywające mnie z mojej bezpiecznej strefy" - mówi Gabriel Mariño, podkreślając tym zdaniem to, co mają wspólnego meksykańscy twórcy młodego pokolenia. Ta fala filmowców tylko pozornie daje się uporządkować w szeregu powtarzalnych i różnie naświetlanych motywów. Jeśli jest kilka wspólnych myśli przewodnich, to z pewnością dwa razy więcej punktów rozbieżnych. Takie filmy jak m.in. urzekające "Cochochi" Israela Cárdenasa i Laury Amelii Guzmán, malownicze "Nad morzem" Pedro Gonzáleza-Rubio lub wspomniane "Sztuczne raje" Olaizoli ostatecznie kwestionują jakąkolwiek wspólnotę spojrzenia prezentowanego przez reżyserów. Przynoszą obrazy zupełnie odmiennej rzeczywistości, przenikają w inne rejony kraju, reprezentują skrajnie przeciwstawną wrażliwość. "W naszym kinie nie ma kogoś wiodącego, za kim podążałaby grupa naśladowców. Jest wielu reżyserów, wiele głosów, choć nasze filmy mają jednego bohatera i jeden temat: nasz kraj" - przekonuje Carlos Sama.

"Werner Herzog twierdzi, że dziś do zrobienia filmu potrzeba tylko kamery. Może w niektórych przypadkach rzeczywiście tak jest, ale myślę, że aby film miał duszę, musi się ciężko pracować głową i sercem. Nie wystarczy po prostu postawić kamery na ulicy. Kino powinno umieć nawiązać dialog z widownią" - mówi Daniela Schneider, podkreślając, że dyskusje wokół meksykańskich filmów toczą się jedynie poza granicami kraju. W ojczyźnie filmowcom nie udaje się rozmawiać z ludźmi za pośrednictwem kina. Filmy artystyczne prawie nie mają tu przestrzeni, w której mogłyby być wyświetlane, tylko czasami są bezmyślnie upychane w komercyjnym repertuarze multipleksów. Dystrybucji rodzimych produkcji nie regulują żadne sensowne przepisy, chroniące je przed konkurencją z Hollywood. A konkurencja dba o atrakcyjny meksykański rynek, na którym liczba sprzedawanych rocznie biletów należy do największych na świecie. Dlatego nawiązanie dialogu z publicznością ma tu być może znaczenie większe niż gdziekolwiek indziej. Filmy egzystujące dziś na uboczu kinematografii meksykańskiej rozdrapują ból i cierpienie narodu mając na uwadze głębszy cel. "Artyści zwracają się do społeczeństwa próbując je przekonać, że ludzie mogą pewne rzeczy w swoim kraju zmienić. Jeśli tego nie zrobią - staną się ofiarami" - mówi Yulene Olaizola. - "Porywamy się na robienie filmów z marnymi budżetami, bez zabezpieczenia, bo nasze kino wyrasta z zupełnie innej motywacji niż wielkie produkcje za duże pieniądze. Dzielimy się osobistymi historiami dając ludziom przykład. Przykład, za którym mogliby pójść, aby wyzwolić się z tragicznej spirali, w której wszyscy się znaleźliśmy".

"Kino" 2012, nr 06, s. 18-21, (c) Fundacja KINO 2012
Zapraszamy na stronę miesięcznika "Kino" www.kino.org.pl


Urszula Lipińska