Matthew McConaughey: Ten rok będzie należał do niego

Matthew McConaughey
Na polskich ekranach – dużych i małych – ten rok będzie należał do niego. W "Wilku z Wall Street" Martina Scorsesego wystarczy mu parę minut, żeby zapadł w pamięć. W serialu "Detektyw" i "Witaj w klubie" Jean-Marca Vallee gra pierwszoplanowe, wyraziste role. Oto Matthew McConaughey.

Do niedawna Matthew McConaughey był znany wyłącznie jako król komedii romantycznych oraz najseksowniejszy żyjący mężczyzna. I oczywiście lider w ilości scen, w których paraduje na ekranie bez koszulki – choć równie często występował na nim w świetnie skrojonych garniturach. Od dwóch lat McConaughey pokazuje, że niezależnie od tego, czy gra epizod, czy rolę pierwszoplanową –  nie zapomnicie go po seansie.

Mało znana anegdota o McConaugheyu mówi, że aktor kolekcjonuje wszystkie ubrania, w jakich wystąpił na ekranie. – Mają dla mnie wartość sentymentalną. Kiedy moje dzieci dorosną, będą miały świetne stroje na Halloween. Poza tym, wiem, co robię: wydaje mi się, że te ciuchy osiągną kiedyś ogromną wartość – mówił aktor w 2011 roku. Stringi, w których wystąpił w "Magic Mike'u" Stevena Soderbergha, też zatrzymał. Podobnie jak najstarsze w swojej kolekcji kolorowe spodnie i podkoszulek z Tedem Nugentem. Dokładnie te, w których pojawił się w "Uczniowskiej balandze" (1993) Richarda Linklatera.

Licealista pod krawatem

- Nie widziałem go w tej roli, jeśli mam być szczery – wyznał  potem Linklater, opowiadając o debiucie McConaugheya. – Za dobrze wyglądał, był zbyt poukładany, za grzeczny. Jak miał zagrać kogoś lekko przerażającego, o rozwichrzonej osobowości?

McConaughey pojawił się na castingu ubrany jak na rozmowę kwalifikacyjną: czysty, ogolony, schludny, w koszuli i krawacie. Wyglądał niczym zupełne przeciwieństwo tego, co miał zagrać. Nawet nie próbował nikogo oszukać strojem. Linklater powiedział mu wtedy: nie jesteś tym gościem. – Odparłem mu wtedy, że nim nie jestem, ale dobrze go znam. Wooderson to postać, którą wydawał mi się mój starszy brat, gdy był w liceum. Ja miałem 11 lat, on – 17. Był 1980 roku i pojechał z moją mamą odebrać go ze szkoły. Zbliżaliśmy się do celu, kiedy ujrzałem mojego brata palącego w ukryciu na tyłach budynku. Mama go nie zauważyła. Wtedy brat stał się dla mnie najbardziej charyzmatyczną postacią na świecie. Wydawał mi się bardziej charyzmatyczny niż sam James Dean. On kimś takim w rzeczywistości nie był, ale tak go sobie wymyśliłem na podstawie tej jednej sceny. I niesamowicie mnie wtedy ta fantazja porwała – wspominał aktor. Linklater zaufał McConaugheyowi i jego barwnej opowieści. Po pierwszym dniu zdjęciowym rozpisał w scenariuszu postać Woodersona na dłuższą scenę.

Kiedy "Uczniowska balanga" wchodziła na ekrany, Matthew grał w innym „teksańskim" filmie  - "Teksańskiej masakrze piłą mechaniczną: Następne pokolenie" (1994), po czym zwinął manatki do przyczepy i pojechał do Los Angeles. Spał na kanapie u Dona Philipsa castingowca "Uczniowskiej balangi", który wierzył, że właśnie odkrył młodego, obiecującego aktora.

Zakręty i ronda

Mówi się, że od dwóch lat kariera Matthew zatacza ciekawe koło, wracając do jego pierwszych ekranowych wcieleń – np. adwokat z "Prawnika z Lincolna" Brada Furmana przypomina jego pierwszą pierwszoplanową rolę w "Czasie zabijania" Joela Schumachera, a także osobiste korzenie aktora. Matthew jest bowiem niedoszłym prawnikiem. Komentując obrót swojej kariery filmowej, aktor oczywiście ucieka do domorosłych teorii filozoficznych: - Życie nie jest pełne przerw, czasami tylko człowiek zapada w śpiączkę. Na naszej życiowej drodze nie ma znaków stopu, są zakręty, ronda, krążenie w kółko. Ale nigdy nie ma tak, żeby nie działo się nic. To dotyczy absolutnie wszystkich, księgowych, emerytów i najseksowniejszych żyjących mężczyzn.



"Jak stracić chłopaka w 10 dni"

Tytuł najseksowniejszego żyjącego mężczyzny magazynu "People" aktor zdobył w 2005 roku – dwa lata po tym, jak obwołano go królem komedii romantycznych przy okazji premiery "Jak stracić chłopaka w 10 dni" Donalda Petrie. Zaraz potem ugruntowały to miano występy w "Miłości na zamówienie" Toma Deya, "Nie wszystko złoto, co się świeci" Anyd'ego Tennanta i "Duchach moich byłych" Marka Watersa. – Wiem, że jest popularny głównie dlatego, że często pokazuje się w filmach bez koszulki, ale ja uważam, że on jest po prostu aktorskim geniuszem – oznajmił wtedy Woody Harrelson. – Ma nonszalancję, jest nieco rozkojarzony, jakby dopiero wstał z łóżka, jednocześnie wygląda świetnie i wszystko przychodzi mu łatwo. To facet, który jednego dnia gra w lokalnej drużynie, a następnego awansuje do pierwszej ligi.

Wcale jednak nie było tak, że McConaughey przepłynął nagle do pierwszej ligi. Do tego, czego pragnął najbardziej, nie miał blisko. Wymarzoną rolę w remaku "Alfiego" zgarnął mu sprzed nosa Jude Law. Nie został też producentem – upadł jego pomysł na ekranizację jednej z książek Elmore'a Leonarda, do której od dłuższego czasu się przymierzał. Wielkim rozczarowaniem była "Sahara", której wątły finansowy wynik nie dał impulsu do sequela. – Szkoda, bo postać Dirka miała wielki potencjał. Chciałem go zagrać jeszcze sześć, siedem razy. Wydawało mi się, że może oto być następny bohater w stylu Indiany Jonesa albo Jamesa Bonda – mówił aktor.

Wielki błękit

Dopiero "Jaja w tropikach"  Bena Stillera przypomniały, tak jak kiedyś w "Uczniowskiej balandze", że McConaughey nie potrzebuje wiele, aby zostać zapamiętanym. Jego pierwszoplanowe role oceniano różnie, ale epizody prawie zawsze czynił precyzyjnie przemyślanymi perełkami. Gdy dostał rolę w "Chłopakach na bok", Herbert Ross nie mógł wyjść z podziwu nad błękitem jego oczu. – To następny Paul Newman – przekonywał. Przy okazji "Czasu zabijania" Joel Schumacher, decydując się na McConaugheya zamiast Brada Pitta, Woody'ego Harrelsona i Vala Kilmera, mówił: przypomina młodego Marlona Brando.

Skojarzenie z Brando powróciło, ale już przy kompletnie innej okazji – niedawnego "Zabójczego Joe" Williama Friedkina, gdzie McConaughey wystąpił w kontrowersyjnej scenie z Giną Gershon i kurczakiem. Aktor wierzy, że kiedyś historia kina będzie wspominać tę scenę tak samo intensywnie, jak tę z masłem z "Ostatniego tanga w Paryżu". Rola Joe Coppera, bodaj najmroczniejsza w całej jego karierze, wyznaczyła jakby nowy szlak jego kariery. Szlak, o którym dziś mówi się, że może być drogą do Oscara.

William Friedkin: Jeśli bliżej przyjrzeć się karierze McConaugheya, widać, że dokonał wielu słusznych wyborów. Był konsekwentny jak mało który aktor. Wielu odrzuca ryzykowne rzeczy i wybiera role, w których ludzie chcą ich oglądać, których od niego oczekują. On potrafi się temu oprzeć, zachwiać swoim wizerunkiem. Z tym stwierdzeniem z pewnością zgodziłby się Jeff Nicholson, który rolę w "Uciekinierze" napisał specjalnie dla McConaugheya. Rolę zupełnie nieszablonową: marzyciela, odludka, człowieka wrażliwego ukrytego w skórze twardziela. Typową dla kina Nicholsa, nietypową dla aktora.

Na polskich ekranach – dużych i małych – ten rok będzie należał do niego. W "Wilku z Wall Street" Martina Scorsesego wystarczy mu parę minut, żeby zapadł w pamięć. W serialu "Detektyw" i "Witaj w klubie" Jean-Marca Vallee gra pierwszoplanowe, wyraziste role. O tym drugim wcieleniu mówi się jako o pewniaku do oscarowej nominacji. Tu raczej nikt jednak nie będzie się zastanawiał nad dyskusyjnością tego wyboru – jak choćby w przypadku Oscara dla Sandy Bullock – bo McConaughey już jakiś czas temu opuścił świat komedii romantycznych, niepoważnych ról, jednowymiarowych postaci. Ostatnio preferuje wcielenia w ryzykantów, anarchistyczne dusze, ludzi żyjących we własnym świecie. Żądnych sukcesu, życia, wolności i nieznoszących sprzeciwu. Grających w pierwszej lidze, ale świadomych tego, że tu można wszystko zarówno przegrać, jak i wygrać.

[Urszula Lipińska]