Muzycy powinni bujać w obłokach. Rozmowa z Markiem Żebrowskim

Marek Żebrowski, ambasador festiwalu Camerimage w Ameryce, jest osobą niezwykłą. Obecnie określenie to jest często nadużywane i niewiele już znaczy, jednak w przypadku tego artysty jest prawdziwe w dwójnasób.

Żebrowski, po wyjeździe z Polski, studiował w Paryżu kompozycję u, m. in., Nadji Boulanger (obok innych polskich twórców, takich jak, m. in., Antoni Wit, Joanna Bruzdowicz, Grażyna Bacewicz). Po ukończeniu studiów muzycznych zamieszkał w Bostonie i przez wiele lat wykładał w przesłynnym Massachusetts Institute of Technology. Obecnie mieszka w Los Angeles i zajmuje się, również między innymi, fotografią, muzyką, scenariopisarstwem. Zresztą słowo "między innymi" pasuje do Żebrowskiego. Trudno znaleźć dziedzinę, w której nie byłby aktywny i nie odniósł w niej mniejszych czy większych sukcesów. Jednym z jego ostatnich wielkich zainteresowań jest meteorologia, którą to pasją dzieli się z Davidem Lynchem.

Marek Żebrowski opowiada o swoich związkach z festiwalem Camerimage, muzyce filmowej i współpracy z Davidem Lynchem. Muzyczne improwizacje Żebrowskiego i Lyncha noszą tytuł "Polish Night Music", a można było ich wysłuchać na otwarciu tegorocznego festiwalu w Łodzi. Oto nasza rozmowa z Markiem Żebrowski.

Piotr Wąsowski: Jak Festiwal Camerimage wygląda od strony organizacyjnej?

Marek Żebrowski: No w tym roku jest zupełnie nowy układ. Zwykle opiekuję się głównym Jury konkursowym, w tym roku jest także Jury Filmów Polskich i Jury Debiutów Europejskich. Jest to nie tyle trzy razy więcej obowiązków, co dziewięć razy więcej. Rzeczy się komplikują i pewne rzeczy się nakładają jedne na drugie. Trzeba czasem bardzo sprytnie rozwiązywać sytuacje dosyć zawikłane, jeżeli chodzi o skoordynowanie transportów, dojazdów, wywiadów, konferencji prasowych, posiłków. Jak dotychczas nie było większych poślizgów, chociaż wymaga to nie lada kondycji, zwłaszcza, że w Teatrze nie ma wind.

Jak pan się odnajduje w tego rodzaju obowiązkach? Jest pan muzykiem, a zajmuje się pan sprawami logistycznymi, organizacyjnymi.

Dobre pytanie. Muzycy powinni bujać w obłokach i zastanawiać się nad pięknem życia i nad tym, jak coś nowego skomponować. Zostałem zaproszony na festiwal wiele lat temu przez Marka Żydowicza, który stwierdził, że ponieważ mieszkam w Los Angeles i władam biegle kilkoma językami, byłoby to pomocne sprawie. Oczywiście tutaj się pojawił pewnego rodzaju patriotyzm. Chociaż administracja nie jest moją działką, ale chcąc nie chcąc wpadłem w wir organizacyjny. Może to robię nieprofesjonalnie, jak amator, ale robię to i Marek jest z tego zadowolony. Jak dotychczas.

Jak wyglądały początki pana kariery w Stanach? Kiedy pan wyjechał z Polski?

Wyjechałem z Polski bardzo dawno temu na studia do Francji. Pobierałem nauki w Paryżu i Fointenbleau, m.in. kompozycję u Nadji Boulanger. Potem dostałem stypendium w New Conservatoire of Music. Skończyłem studia w 1978 roku z dyplomem pianisty i kompozytora. Później mieszkałem przez wiele lat w Bostonie, koncertując po całym świecie, jeździłem do bardzo ciekawych, egzotycznych miejsc. Byłem profesorem w Massachusets Institute of Technology i w University of Massachustets. Ale dojeżdżałem do Los Angeles, bo zawsze interesowały mnie sprawy filmowe. Boston jest jednak miastem bardzo arktycznym i zimy bywają nieprzyzwoicie mroźne. Może padać przez trzy dni bez przerwy metr śniegu. Po koniec lat dziewięćdziesiątych przeniosłem się więc do Kaliforni i mieszkam w Los Angeles od tamtego czasu.

Jak pan postrzega muzykę filmową? Czy wśród kompozytorów nie ma ona statusu sztuki pomniejszej?

Historia muzyki filmowej to dziwna historia. Historia muzyki filmowej zaczęła się od kompozytorów hollywoodzkich takich jak Max Steiner czy Franz Waxman. Oni wszyscy przeszli wielką szkołę, studiowali albo w Wiedniu albo w Dreźnie czy Berlinie, u najlepszych dziewiętnastowiecznych pedagogów. Także cała hollywoodzka tradycja kina wywodzi się od twórców z Mitteleuropy. Dla mnie ważną postacią był Henryk Wars, który stworzył muzykę do niemal 50-ciu przedwojennych polskich filmów, by osiąść w Kalifornii, gdzie pisał muzykę do westernów Johna Wayne'a. Jestem zaprzyjaźniony z rodziną Warsów; wdowa po kompozytorze (która nadal żyje, ma 90 lat) jest moją dobrą znajomą. Odnalazłszy niespodziewanie nieznaną symfonię i koncert fortepianowy Warsa, pokazała mi ją i postanowiłem, że trzeba w związku z tym coś zrobić. Zadzwoniłem do Krzesimira Dębskiego i wykonaliśmy ją wspólnie na Festiwalu Muzyki Filmowej w Łodzi w zeszłym roku. Było to prawykonanie utworów symfonicznych Warsa. Mam na marginesie nadzieję, że polskie wydawnictwa muzyczne wydadzą te utwory. Pilotuję tę sprawę. W moim pojęciu działo się w muzyce filmowej dosyć dobrze do lat 60-tych, kiedy zaczęła wchodzić do filmów muzyka popularna, co nie było samo w sobie złe. Ale wówczas wielu kompozytorów z prawdziwego zdarzenia zostało bez pracy. Dzięki Johnowi Williamsowi status muzyki filmowej został niejako zrehabilitowany. Sam jestem zwolennikiem muzyki pisanej na staroświeckie, akustyczne instrumenty. Oczywiście instrumentarium bardziej nowoczesne również można użyć w niezwykle kreatywny sposób.

Czy ma pan teraz ochotę skomponować muzykę do filmu?

Tak, oczywiście, ja zawsze mam ochotę na komponowanie. Zgłaszają się różni ludzie po muzykę filmową. Czasami uważam, że jestem po prostu osoba nieodpowiednią do tego. Nie mógłbym napisać np rapu. Jeżeli chodzi o konkretne projekty, to ostatnio współpracowałem z Davidem Lynchem.

Jak doszło do waszej współpracy?

Spotkaliśmy się z Davidem na festiwalu Camerimage w 2000 roku. Chociaż widywaliśmy się w Los Angeles, oczywiście w branży filmowej ciągle się ktoś na kogoś napotyka. Tutaj zaczęliśmy troszeczkę bliżej rozmawiać. David zaczął wracać do Łodzi. Rozmawialiśmy na rozmaite tematy językowo-techniczne. Davida zaintrygował fakt, że jestem amatorem - meteorologiem. Na jego stronicy www robimy razem prognozy pogody. Co tydzień, w poniedziałek, jest pogoda na tydzień z Los Angeles na Los Angeles i także na Łódź. Co tydzień David do mnie dzwoni rano, o 9.15 punkt. David to jest niesłychanie fajny, kreatywny facet. Nasza współpraca polegała na tym, że któregoś dnia zadzwonił i poprosił czy mogę przyjść do studia. Co ja mam przynieść - zapytałem - nuty, czy coś? Nie no co ty, po prostu przychodź.

Przyszedłem do studia, David siedział przy jednym keybordzie, mnie posadził przy drugim i powiedział: No to co, gramy? Ja mówię: No to dobrze, ale co gramy? David: co ci przyjdzie do głowy. Ja mówię: w jakim stylu? David: w jak najbardziej współczesnym. Spytałem: czy mamy jakiś konkretny temat? David: wiesz co, jest wieczór, ulica miejska, jest samochód i za nim jedzie drugi samochód. I żeśmy zaczęli grać. Skończyliśmy po pewnym czasie. David mówi: no to możemy tego odsłuchać. Oczywiście nagrywał to jego dźwiękowiec. Było takich sesji wiele. Mamy bardzo dużo nagranego materiału. David zaczął jeszcze wprowadzać dodatkowe efekty dźwiękowe, takie jak np szum ulicy, wiatru. To są zawsze dwa elektroniczne instrumenty. David używa rejestracji organowo-zmiksowanej różnych dźwięków. Ja natomiast - fortepianu koncertowego. Chodzi o to, żeby zróżnicować dźwięki. David ma także przygotowane elementy elektroniczne, zmontowane przez niego w studio i które ma zamontowane na jednooktawowy lub jednoipółoktawowy keyboard, gdzie każdy klawisz, to nie dany dźwięk, ale dany efekt szaty dźwiękowej.

Zarówno pan, jak i David Lynch, jesteście artystami multimedialnymi. David zajmuje się filmem, fotografią, muzyką, malarstwem, poezją...

Uważam, że realizowanie się artysty w wielu tworzywach jest wspaniałe. David robi zdjęcia, skanuje je i przekształca w Photoshopie. Eksperymentuje. Można się w życiu zajmować wieloma rzeczami. Umysł ludzki ma ogromne możliwości.


Piotr Wąsowski