Najkrótsza historia kina fantasy

Najkrótsza historia kina fantasy

Niestety - tekst muszę zacząć od nudziarstw. Nie obejdzie się bowiem bez definicji. Jeśli kogoś to odstręcza, zachęcam od razu do przewinięcia o kilka akapitów...

Każdy tekst o fantasy, czy to w ujęciu literackim, czy też filmowym, musi rozpocząć się od określania ram określających granice w jakich mamy zamiar się poruszać. Po ludzku mówiąc - fantasy jest pojęciem szerokim, na domiar złego inaczej rozumianym w Polsce i w krajach anglosaskich, skąd przecież ten termin do nas dotarł. Dla nas słowo fantasy kojarzy się od razu z opowieścią, której akcja toczy się w quasi-średniowiecznej krainie, z właściwymi dla tamtych czasów elementami organizacji społeczeństwa i technologii, ale - najczęściej - nie mającej bezpośredniego odpowiednika w historii naszego świata. Dodatkowo mogą (ale nie muszą) pojawiać się tu siły magiczne i istoty mityczne (smoki, elfy, trolle etc.). Tak właśnie zwykle rozumiemy fantasy, co nie zmienia faktu, że gdy jego akcję przenieść ze średniowiecza do antyku, renesansu, baroku, czy nawet później, to nadal może być ten sam gatunek. Nie ma też obowiązku wprowadzania magii i elementów nadprzyrodzonych, historia umieszczona w fikcyjnym świecie przypominającym naszą historię, ale nią nie będącym, ma już cechy fantasy. Co gorsza - granice między fantasy i science fiction też nie są jasne. Bo wiem przecież może tak być, że wyposażony w najnowsze osiągnięcia techniczne astronauta ląduje w krainie rządzącej się właśnie prawami fantasy (np. "Pan Lodowego Ogrodu" Jarosława Grzędowicza), albo wręcz mowa jest tu o świecie przyszłości, powstałym na skutek jakiejś katastrofy, w którym obecność istot mitycznych można np. uzasadnić promieniowaniem po eksplozjach nuklearnych... Literaturoznawcy i inni od lat próbują kategoryzować fantasy, grupując je na szereg podgatunków jak heroic fantasy, sword&sorcery, urban fantasy, techno fantasy, space fantasy, etc, - ale ten wykład będzie jeszcze nudniejszy, gdy będę próbował wchodzić w definicje aż tak szczegółowych pojęć.

Dla Anglosasów fantasy ma jeszcze szersze znaczenie, zgodne z sensem samego słowa - fantazja. W ten sposób fantasy staje się jednym z trzech filarów fantastyki, obok science fiction i horroru. Od pierwszego odróżnia fantasy fakt, że jej światy nie są budowane na naukowych podstawach (tak jakby w SF zawsze były...), od drugiego - że celem fantasy nie jest wywołanie wrażenia grozy czy obrzydzenia. Tak w skrócie. Bo oczywiście o granicach między tymi gatunkami można napisać kilkadziesiąt doktoratów. Ale wracając do głównej myśli - dla anglosasów fantasy będzie każda fantastyczna opowieść, której nie można zaklasyfikować do SF lub horroru i wcale nie jest im tu potrzebne średniowiecze, magia i smoki. Facet zmienia się w zwierze? Fantasy! Dziewczynka umie latać? Fantasy! Ptaki mówią po ludzku? Fantasy! Politycy zajmują się w pierwszym rzędzie dobrem kraju? Fantasy!

Historia kina wedle anglosaskiej definicji fantasy byłaby ogromnym tomiszczem. Trzeba by do niego przecież zaliczyć ogromny zakres filmów dziecięcych, począwszy od "Królewny Śnieżki", aż po "Gdzie jest Nemo", filmy oparte na mitologii, a także nieraz na historiach biblijnych, tysiące familijnych obrazów (np. ze Świętym Mikołajem w roli głównej, czy z niegroźnymi duchami i duszkami), kino przygodowe w stylu "Indiany Jonesa" czy "Piratów z Karaibów", wiele wschodnich filmów kina sztuk walki... Ba! Nawet "Gwiezdne wojny" funkcjonują w wielu miejscach jako klasyczny film fantasy. Nie mam zamiaru pisać tu aż takiej historii - skoncentruję się więc na klasycznym fantasy magiczno-rycerskim, na inne obszary zapuszczając się z rzadka.

Początki - Melies i inne Nibelungi

Georges Melies
Początków kina fantasy, podobnie zresztą jak początków większości gatunków filmowych należy oczywiście szukać w bogatej spuściźnie pierwszego artysty kina Georgesa Meliesa. Melies jako pierwszy odkrył możliwości, jakie dają w kinie efekty specjalne (choćby tak proste jak zatrzymanie kamery, usunięcie jakiegoś obiektu z planu i ponowny start kamery - dzięki czemu film ukazuje magiczne zniknięcie), miał za sobą karierę zawodowego iluzjonisty, stąd też jego filmy przepełnione są magicznymi sztuczkami. Rzec można, że zdecydowana większość dzieł Meliesa, to właśnie kino fantasy, nawet uważana za prekursora SF "Podróż na Księżyc" z jej scenografią, okiem Księżyca i jego mieszkańcami lokuje się blisko fantasy. Ale i tak wiele filmów Meliesa to fantasy w stanie czystym - "Zaklęta gospoda" (być może pierwszy film fantasy w dziejach - z 1896), "Rycerz Czarnej Magii", "Rycerz Śniegów", "Pałac 1001 nocy", "Przygody barona Munchhausena" i wiele, wiele innych.

Najsłynniejszym filmem niemym, mogącym pretendować do bycia fantasy byli "Nibelungowie" Fritza Langa (tego od "Metropolis") z 1924 roku. Czterogodzinna (podzielona na dwie części) opowieść jest ekranizacją staroniemieckiej legendy rycerskiej o Zygfrydzie (będącej też podstawą dla dzieł Wagnera). Tak jak i legenda, i opera - film odbierane były zawsze jako pean na cześć narodu niemieckiego - nieprzypadkowo przepadał za nim Adolf Hitler.

Należy wspomnieć też "Złodzieja z Bagdadu", pierwszy hollywoodzki film fantasy ze słynnym Douglasem Fairbanksem, czołowym awanturnikiem niemego kina w roli głównej. Do fantasy często klasyfikowany bywa też "King Kong", największa filmowa przygoda lat 30., ale jednak bardziej to chyba kino grozy, a nawet SF. Zdania - jak to bywa w przypadku tego gatunku - są podzielone.

King Kong z 1933 roku
Lata 30. i 40. wiele nie wniosły do rozwoju gatunku. Rozwijało się kino dla dzieci (o tym później), pojawiały się produkcje przygodowe z elementami fantastyki, a na pograniczu gatunku lokowały się filmy Franka Capry i innych artystów, najczęściej z sympatycznymi duchami w kluczowych rolach.

Miecz i sandały

Niezwykle umięśnieni mężczyźni o nagich torsach i bosych stopach obutych w sandały, w ręku trzymający wielki miecz na tle śródziemnomorskiego krajobrazu - ten kiczowaty obrazek to z jednej strony ładny kawałek historii kina a z drugiej silna gałąź produkcji filmów fantasty-podobnych, zwłaszcza w latach 50. i 60., ale także i później. Filmy, których akcja toczy się w antycznych czasach, oparte na lekko potraktowanych realiach historycznych, biblijnych lub mitologicznych, nierzadko właśnie w konwencji fantasy, najczęściej z niezłomnymi herosami w rolach głównych zyskały nawet miano osobnego gatunku. Nie bez złośliwości ten odłam kinematografii nazwany został filmami "miecza i sandałów" lub filmami "sandałowymi".

Cecil B. DeMille
O ile popularność sandałowych filmów w dzisiejszych czasach wydaje się być nieco zaskakująca, to bardzo łatwo określić przyczyny, dla których złoty wiek gatunku przypadł na lata pięćdziesiąte. W tym okresie kino zyskało po raz pierwszy wielkiego i trudnego rywala - telewizję. Obecność w domu telewizora przestała być luksusem, coraz większe rzesze mieszkańców Stanów Zjednoczonych mogły sobie na to pozwolić. Widzowie przestali chodzić do kina, preferując wygodny seans we własnym salonie, a koncerny kinematograficzne dotknął potężny kryzys finansowy. Należało wypowiedzieć telewizji wojnę, oferując widzom coś, czego nie może dać im mały ekran telewizyjny, wówczas na dodatek emitujący jedynie czarno-białe programy. Sposób znalazł na to słynny producent i reżyser Cecil B. DeMille - a odpowiedź była w znanym już od pewnego czasu gatunku filmu historycznego i biblijnego. Ale sięgnięcie po te tematy musiało oznaczać teraz zupełnie nową skalę! Mniejsza z fabułą, mniejsza z wiarygodnymi postaciami - miało być monumentalnie, głośno i z przepychem! Najważniejsze były imponujące dekoracje, bogate kostiumy, krzykliwe kolory i koniecznie parę niezwykle spektakularnych scen, w których byłoby widać cały budżet filmu. Filmy, których akcję osadzano w bardziej lub mniej wiarygodnych realiach antycznych znakomicie się do tego nadawały. Po dawnych budowlach pozostały ruiny, więc nic nie ograniczało wyobraźni scenografów w rekonstrukcji dawnych miast. Kolorowe szaty zawsze były stałym elementem malarstwa sięgającego do starożytności, a sięgnięcie do Biblii i greckich i rzymskich eposów zapewniało epicki rozmach znanych wszystkim opowieści. Do tego wszystkiego dochodziła jeszcze jedna przyczyna. Lata pięćdziesiąte to okres działania Komisji ds. Działalności Antyamerykańskiej senatora MacCarthy'ego, szukającej ukrytych zwolenników komunizmu (w Hollywood - nie bez przyczyny - szczególnie uważnie), a dodatkowo nad filmowcami wisiały zapisy kodeksu Haysa, określające co wolno, a czego nie pokazać na ekranie (jakie części kobiecego ciała mogły być widoczne, jak długo może trwać pocałunek, jakich słów lepiej nie używać). Historie znane już od tysięcy lat były więc tematami bezpiecznymi - nie groziły powikłaniami politycznymi, ani publicznym zgorszeniem.

Pierwszym sukcesem był film biblijny "Samson i Dalila", a potem na pokrewne tematy filmowcy rzucili się z werwą. Z Pisma Św. "Dawid i Goliat", "Józef i jego bracia", "Salomon i Sheba", a przede wszystkim najsłynniejsze "Dziesięcioro przykazań" z Charltonem Hestonem w roli Mojżesza i słynną sceną rozstępujących się wód Morza Czerwonego. Mitologię reprezentowała "Helena Trojańska", "Jazon i Argonauci" i "Ulisses". Za kinematografią amerykańską poszła europejska, z włoską na czele. Włosi sięgnęli po mitologię, a ich znakiem rozpoznawczym stał się cykl filmów o Herkulesie z aktorem-kulturystą, Misterem Universum Steevem Reevesem w roli głównej. Gdy już zabrakło pomysłów na kolejne filmy, kolejne produkcje powstawały łącząc bohaterów z różnych filmów. Widzowie mogli zobaczyć "Ulissesa i Herkulesa", czy "Herkulesa, Samsona i Ulissessa"... Udało się - ludzie wrócili do kin, a między telewizją i dużym ekranem zapanowała równowaga.

Dziesięcioro przykazań
Aby uzmysłowić popularność i siłę filmów sandałowych na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, warto opisać karierę "Herkulesa", sprowadzonego do Ameryki przez innego słynnego producenta Josepha E. Levine (cytuję za świetną książką Williama Goldmana "Przygody scenarzysty"). Choć wytwórnie amerykańskie wówczas miały w pogardzie tego rodzaju włoskie filmy, Levine wiedział, że to coś dla niego, gdy tylko usłyszał o istnieniu takiego filmu. Poleciał do Rzymu, aby go obejrzeć. Seans był szokiem, Levine wspomina: "To było drętwe filmidło, na pewno nie do zapisania w historii kina. Kolory były tak straszne, że można się było wyrzygać, ale i tak kolory prezentowały się sensacyjnie w porównaniu z dźwiękiem. Coś im się musiało kompletnie pokiełbasić przy zgrywaniu ścieżki dźwiękowej. Jest tam scena katastrofy morskiej i ogromny maszt wali się na pokład statku. Dzieje się to w martwej ciszy. Nic, żadnego dźwięku. W chwilę później Steeve Reeves ma scenę miłosną, całuje dziewczynę, a tu BUM - słychać łomot tego cholernego masztu. Dalej nie było ani trochę lepiej. Tak czy inaczej, kupiłem prawa na Amerykę za 120 000 dolarów i zabrałem się do roboty". Levine zorganizował najbardziej agresywną kampanię reklamową w ówczesnej historii kina. Na reklamy w prasie wydał 3 razy więcej niż na sam film. Wykupił uliczne billboardy i ogłoszenia w komiksach. Radio nadawało reklamy non-stop, a kolejne 250 000 dolarów poszło na kampanię w telewizji (według sprawdzonych wzorców pokazując w nich wszystko co dobre w filmie). Zamówił 600 kopii filmu, a kolejne 40 000 kosztowało promocyjne przyjęcie w Waldorf-Astoria. Wszyscy uznali go za szaleńca. Film zarobił w Stanach 20 milionów dolarów.

Herkules i Steeve Reeves
Pod koniec lat sześćdziesiątych rozpoczął się regres gatunku ("Kleopatra" - choć nie fantasy, ale najbardziej kosztowny film "miecza i sandałów" tamtego okresu, frekwencyjny pewniak, okazał się finansową porażką). Przez pewien czas pojawiały się jeszcze produkcje okraszane efektami specjalnymi Raya Harryhausena, króla animacji poklatkowej, jednego z najsłynniejszych twórców filmowych potworów z epoki przedkomputerowej. Najbardziej znane z nich to "Siódma podróż Sindbada" (1958), "Jazon i Argonauci" (1963), i ostatni, najsłynniejszy chyba "Zmierzch Tytanów" (1981).

Mitologia i antyk zniknęły jednak z pierwszej hollywoodzkiej ligi, przenosząc się w rejony mało ambitnej kinematografii klasy "B". Zniknęły wielkie dekoracje i epicki rozmach, pozostały sandały i gołe torsy. Jednym z takich filmów był fatalny "Herkules w Nowym Jorku", w którym wystąpił inny kulturystyczny Mister Universum, figurujący w obsadzie jako Arnold Strong - obecnie znany jako "Gubernator", inaczej mówiąc - Arnold Schwarzenegger...

Conan
Ten właśnie aktor z początkiem lat 80-tych zapewnił powrót filmów sandałowych w nowej odmianie, które jednocześnie otworzyły drogę do kin produkcjom magii i miecza - łącząc w sobie cechy obu tych gatunków. Mowa oczywiście o dwóch ekranizacjach powieści Roberta E. Howarda "Conan Barbarzyńca" i "Conan Niszczyciel", a także "Czerwonej Soni". Fantasy jako gatunek filmowy powoli stawała na nogi. Po kilku mniej lub bardziej udanych obrazach przeniosło się na mały ekran z zaskakującym sukcesem dwóch postmodernistycznych, lekce sobie ważących historyczne czy mitologiczne realia seriali telewizyjnych z niezłymi efektami specjalnymi - "Herkules" (goły tors Kevina Sorbo) i "Xena" (Lucy Lawless niestety bez gołego torsu). Seriale te wpłynęły też na niezwykle istotne wydarzenie dla filmowej fantasy. Ich sukces udowodnił producentom, że ten gatunek cieszy się popularnością i warto na niego wydać pieniądze - dzięki temu znaleźli się śmiałkowie, którym przypadł do gustu pomysł ekranizacji "Władcy Pierścieni" w trzech filmach. W ten sposób doszło do pogodzenia dwóch rywalizujących ze sobą mediów kina i telewizji. Jedno wsparło drugie.

Baśnie dla dzieci...

Pisanie o dziecięcym fantasy, to opisywanie zdecydowanej większości dziecięcych filmów. Mieści się tu przecież większość kina Disneya, wiele innych produkcji animowanych, najczęściej zresztą będących adaptacjami dziecięcej literatury. Do fantasy dziecięcej należy więc zaliczyć większość baśni - doskonale wszystkim znani bohaterowie z adaptacji Perraulta, i braci Grimm, czy baśnie wschodnie - zwłaszcza historie o Alladynie i jego lampie czy Sindbadzie Żeglarzu, w których to mieszała się magia z orientalną estetyką. Przyznać należy, że nie tylko dziecięcej - filmy np. o Alladynie pojawiały się od zarania kina i często były skierowane do starszego widza.

Czarnoksiężnik z krainy Oz
Najsłynniejszym filmem familijnym i jednocześnie obrazem niezwykle ważnym dla gatunku jest "Czarnoksiężnik z krainy Oz". Ważnym - bo ilustrującym kanoniczną dla gatunku powieść L. Franka Bauma, opisującą jeden z jego najpopularniejszych schematów. Typowy przedstawiciel naszej społeczności (tu: dziewczynka z Kansas) w pewien magiczny lub w inny zaskakujący sposób (tu: porwana przez tornado) trafia do Zaczarowanej Krainy. W tejże krainie przeżywa niesamowite przygody, spotyka nowych przyjaciół (tu: Blaszanego Drwala, Tchórzliwego Lwa i Stracha na Wróble), ale też często i wrogów, nierzadko bierze czynny udział w zmaganiach między Dobrem i Złem. Na koniec jednak wraca znów do naszego świata, do swego normalnego życia, zwykle jednak po to, aby kiedyś znów powrócić do magicznej krainy.

Ilość niemych, musicalowych, krótko i długometrażowych, animowanych i aktorskich ekranizacji prozy L. Franka Bauma przekracza 100 filmów (nie tylko - choć przeważnie - dotyczących opowieści o krainie Oz). Do historii kinematografii przeszedł jednak tylko film Victora Fleminga z 1939 r. nakręcony z ogromnym jak na owe czasy rozmachem, barwny (Technicolor) film muzyczny trafił do kanonu kina (przynajmniej w USA - bo w Polsce jednak historie o Dorotce nie zrobiły aż takiej kariery). Główne zalety, które zadecydowały o jego powodzeniu to efektowna scenografia i kostiumy, a także zestaw wpadających w ucho piosenek.

Z czasem inni bohaterowie dziecięcych książek zaczęli trafiać na kinowe ekrany. Wielu ekranizacji doczekała się słabo u nas znana proza Roalda Dahla z opowieścią o Willym Wonce i fabryce czekolady na czele. Nie tylko dzięki wielkiemu przebojowi lat 80. w wykonaniu Limahla została zapamiętana "Niekończąca się opowieść" na podstawie powieści Michaela Endego. Kasowe rekordy biją kolejne filmy o "Harrym Potterze". To przykład fantasy wyjątkowo odtwórczej. Główna ambicja reżyserów jest jak najdokładniejsze przenoszenie treści książek Joanny Rowling na ekran filmowy (każde, najmniejsze nawet odstępstwo od fabuły znanej z powieści wywołuje u fanów ataki wściekłości). Co z tego więc, że są to filmy staranne, rzemieślniczo poprawne, skoro nałożone na reżysera pęta całkowicie blokują jakąkolwiek inwencję, pozostawiając obrazy raczej zimnymi i wyrachowanymi.

Opowieści z Narnii
O dziwo, dużo lepiej poradzili sobie twórcy niedawnych "Opowieści z Narnii". Wykorzystali fabułę klasycznego dzieła młodzieżowej fantasy, ubarwili je elementami inspirowanymi "Władcą Pierścieni" (finałowa bitwa w filmie jest dużo bardziej rozbudowana niż w książce), zatrudnili utalentowanych młodych aktorów i stworzyli udane, ciepłe widowisko, które może spodobać się nie tylko dzieciom. Pytanie jedynie brzmi - czy uda się to utrzymać w zapowiadanych sześciu kolejnych częściach...?

Kończąc temat dziecięcej fantasy należy wspomnieć ogromne sukcesy komputerowych animacji w ostatnich latach, łączącym w sobie niezwykłą staranność wykonania, dobre scenariusze i elementy przeznaczone zarówno dla dzieci, jak i dla dorosłych.. "Shrek" jest dużo bliższy klasycznym opowieściom magii i miecza niż może się to wydawać na pierwszy rzut oka.

...i dla dorosłych

Schemat baśni okazał się wystarczająco nośny i atrakcyjny, aby nie ograniczą go do twórczości dla dzieci - w końcu baśnie najczęściej wywodzą się z ludowych podań, obecnych, jakby to powiedział miłośnik teorii Junga, w zbiorowej podświadomości od setek lat. Oczywiście baśnie dla dorosłych musiały być w jakiś sposób odmienne - najczęściej dzięki włączeniu do nich elementów właściwych dla świata dorosłych - przemocy (pamiętajmy, że klasyczne baśnie dziecięce bywały bardzo często okrutne - to dopiero ekranizacje Disneya je łagodziły), erotyki, czy po prostu poważniejszych filozoficznych kwestii. A czasem także baśniowej opowieści o roli samych baśni.

Labirynt
Na pograniczu fantasy dla młodszego i dorosłego widza lokują się dwa filmy Jima Hensona "Ciemny kryształ" (1982), "Labirynt" (1986). Ten pierwszy to momentami mroczna, ciekawa baśń lalkowa, nieco inspirowana "Władcą Pierścieni" (książkowym wówczas oczywiście. Ten drugi to historia o dziewczynce, która wkracza do tajemniczego świata, aby uratować swego małego braciszka, porwanego do krainy goblinów na skutek nieostrożnie przez nią wypowiedzianych słów. Wątek więc typowo baśniowy. To co zaś może intrygować dorosłych to David Bowie w roli Króla Goblinów i pewnego rodzaju erotyczne napięcie między nim i szesnastoletnią wówczas Jennifer Connelly (najlepiej chyba wyrażane przez słowa "Proszę o tak niewiele. Bój się mnie, kochaj mnie, rób co ci każę, a będę twym niewolnikiem"). "Willow" Rona Howarda zasłynął przede wszystkim nowinką techniczną - po raz pierwszy wprowadzając technikę morfingu, rozsławioną wkrótce później przez "Terminatora 2", ale był też udaną (inspirowaną z kolei "Hobbitem") opowieścią. "Zaklęta w sokoła" (1985) z bardzo dobrą (jak na ówczesne kino fantasy) obsadą (Michelle Pfeiffer, Rutger Hauer i Matthew Broderick) wykorzystywała baśniowy mit o rzuconym na kochanków uroku. Wystawna "Legenda" Ridleya Scotta była za to filmem mocno nudnawym.

Do mrocznych natomiast baśni można zaliczyć ogromną część twórczości Tima Burtona- z "Edwardem Nożycorękim", "Jeźdźcem bez głowy" i niedawną "Gnijącą panną młodą" na czele. Schematy bajkowe są tu widocznie wyraźne, ale stają się jedynie pretekstem dla reżysera do popuszczenia wodzy fantazji i wykreowania naprawdę sugestywnych światów i intrygujących istot. Były Monty Python Terry Gilliamoprócz "Świętego Graala" (o którym za chwilę) ma na koncie prześmiewczego "Jabberwocky", ale do podgatunku baśni dla dorosłych kwalifikują go "Nieustraszeni bracia Grimm", będący zabawą konwencjami baśni, połączonymi z elementami kina grozy.

Największą zaś karierę robi ostatnio "Labirynt Fauna" Guillermo del Toro. Meksykanin, uchodzący za czołowego twórcę kina grozy, stał się znany światu po odświeżeniu filmu wampirycznego w świetnym "Cronosie". Od tego czasu dzieli swe projekty między te mniej cenione, robione w Hollywood (jak "Mutant", "Blade 2", czy najlepszy z nich komiksowy "Hellboy") i bardziej cenione, w koprodukcji hiszpańsko-meksykańskiej ("Kręgosłup diabła" i właśnie "Labirynt Fauna"). "Labirynt Fauna", film intrygujący, przejmujący, czasem przerażający, wizualnie piękny bez wątpienia wynosi twórcę do pierwszej ligi.

Nie jest pewne czy film jest opowieścią fantasy, bo elementy magiczne można interpretować jako obraz wyobrażeń dziewczynki, uciekającej od okropności rzeczywistego świata. Ale z drugiej strony stary chwyt, że cała historia okazuje się snem, zadziwiająco popularny w pierwszym półwieczu kina, nie zmienia klasyfikacji takich utworów do tego gatunku. Del Toro zestawia okrucieństwa świata hiszpańskiej wojny domowej z ucieczką w też okrutny, ale w jakiś sposób bardziej dla dziecka zrozumiały świat baśniowy. Jest to jednak świat, w którym można stać się księżniczką i dokonywać bohaterskich czynów, za które czeka nagroda. Paradoksalnie więc świat baśni, choć daleki od sielanki, staje się rzeczywistością dużo bardziej przewidywalną, logiczną i sprawiedliwą niż świat ludzi.

Labirynt Fauna
Magia i miecz

Zadziwiająca jest dysproporcja między ilością filmów, jakie powstały w najpopularniejszym podgatunku fantasy, a bogactwem literatury na te tematy. Podczas gdy od kilkudziesięciu lat setki twórców tworzą całe cykle ksiąg, do niedawna filmowa reprezentacja gatunku ograniczała się praktycznie do kilkunastu istotnych tytułów. Wyjaśnienie jest proste - kino fantasy w tej widowiskowej wersji nie było tanie - oprócz zapewnienia, jak to w filmie historycznym, wystawnej scenografii i drogich kostiumów, zwykle nie mogło się obejść bez efektów specjalnych przy obrazowaniu magii czy różnorakich stworów zaludniających wykreowany świat.

Zaczęło się na dobre, jak wspominałem, od "Conana Barbarzyńcy" Johna Milliusa. Ekranizacja opowiadań Roberta E. Howarda nie była może arcydziełem, ale powiedzmy sobie szczerzy - ich literacki pierwowzór również nim nie był. Nie zmienia to faktu, że małomówny Conan, rozwiązujący wszelkie problemy za pomocą miecza, to jeden z najważniejszych bohaterów światowego fantasy. I właśnie takiego barbarzyńcę udało się ukazać Milliusowi w swym całkiem sprawnie zrobionym i opowiedzianym filmie. Barbarzyńcę, któremu możemy wierzyć, gdy mówi, że najważniejsze w życiu mężczyzny jest zmiażdżyć swych wrogów, widzieć ich wijących się u stóp i słychać lament ich kobiet (jak niektórzy może pamiętają, Pratchetowski Cohen Barbarzyńca uważa, że jednak istotniejsze są zdrowe zęby, gorąca woda i miękki papier toaletowy). Szkoda, że następne filmy fantasy ze Szwarzeneggerem nie dorównały pierwszemu obrazowi - była żona Sylvestra Stallone "Brigitte Nielsen" jest w "Czerwonej Sonii" raczej odstręczająca.

Nieśmiertelny
Zaskakującym natomiast sukcesem okazał "Nieśmiertelny" Russella Mulcahy'ego. Z założenia raczej film klasy "B" wniósł do gatunku dużo świeżości - nie tyle ze względu na niezły pomysł ciągnącej się przez stulecia rozgrywki między nieśmiertelnymi żyjącymi pośród nas, ile za względu na wykonanie - w szczególności ciekawe pomysły montażowe, świetne zdjęcia, a przede wszystkim wspaniałą muzykę zespołu "Queen" z wielkimi przebojami "A Kind of Magic" czy "Who Wants to Live Forever?". Wielka szkoda, że kilka następnych kontynuacji okupuje już czołowe miejsca na listach najgorszych filmów wszech czasów.

Uzupełnijmy tę listę "Trzynastym wojownikiem" z Antonio Banderasem (uważanym przez niektórych za najlepsze do czasu "Władcy Pierścieni" filmowe wcielenie klimatu heroicznej fantasy), "Beowulfem i Grendelem" (2005), postconanowskim "Królem Skorpionem" z następcą Arnolda Dwaynem "The Rock" Johnsonem i całą serią niskonakładowych filmów fantasy, produkowanych w latach 80. od razu na rynek wideo i telewizji kablowej ("Krull", "Sword and the Sorcerer", "The Barbarian", "Deathstalker" i inne). To nadal niezbyt wiele - opowieści heroic fantasy i magii i miecza czekają na odważnych filmowców. Z ciekawostek - remake "Conana" zapowiadany jest na 2008 r.

Jednym z najważniejszych wątków dla światowego fantasy, nie tylko filmowego, a zwłaszcza właśnie dla opowieści magii i miecza, jest bez wątpienia mit arturiański. Szlachetny król, grupa oddanych rycerzy, dobry mag (Merlin), zły mag (Morgana), magiczny artefakt (Graal) będący celem poszukiwań - to schematy, które w przetworzonej formie znaleźć można w dziesiątkach dzieł należących do naszego gatunku. Ale sama opowieść o królu Arturze przez lata była inspiracją dla filmowców.

Rozpoczęło się, co zaskakujące, nie od samej legendy, ale od powieści humorystycznej Marka Twaina "Jankes na dworze króla Artura", która doczekała się już dwóch ekranizacji przed 1950 r (1921 i 1949). Bardziej znana jest ta druga, musical z Bingiem Crosbym. Oczywiście z samą historią o królu Arturze te filmy niewiele mają wspólnego. W tym samym 1949 r. powstały równie lekko traktujące historię mieszkańców zamku Kamelot "Przygody sir Galahada" z późniejszym Supermanem Georgem Reevesem (o jego smutnym końcu wiele można się było ostatnio dowiedzieć z filmu "Hollywoodland"). W 1953 roku powstała pierwsza obszerniejsza ekranizacja zatytułowana "Rycerze Okrągłego Stołu". Film obejmował już historię Artura, Ginewry, Lancelota, Merlina, Morgan i Mordreda, a w rolach głównych wystąpiły gwiazdy tamtych lat - Robert Taylor i Ava Gardner. Wreszcie w 1967 na ekrany trafił kolejny musical - "Kamelot", z Richardem Harrisem i Vanessą Redgrave, oparty tym razem nie na samej legendzie, lecz powieści T.H. White'a "Był sobie raz na zawsze król". Nie da się jednak ukryć, że żaden z tych filmów w annałach kina się nie zapisał.

Trzeba było czekać aż do przełomu lat 70-tych i 80-tych, aby pojawiły się dwa naprawdę udane filmy, oparte na legendzie arturiańskiej. Jeden z nich do historii podszedł bardzo poważnie, drugi wręcz przeciwnie - przewrócił ją do góry nogami. Ten pierwszy to "Excalibur" Johna Boormana. Ten drugi to oczywiście "Monthy Python i Święty Graal", prześmiewcza i szydercza satyra na historyczne widowiska i średniowieczne legendy.

Każdy pamięta chyba nieśmiertelny cytat o tym, że mandat do panowania nad Brytanią daje lud, a nie jakaś "paniusia z jeziora rozdająca miecze na prawo i lewo", wspomina nazwisko sir Robina Nie-Tak-Dzielnego-Jak-Sir-Lancelot, nazwę zamku Hemoroid, stukanie o siebie połówkami orzechów kokosowych (z braku koni), wreszcie królika-bestię, którego można pokonać tylko Świętym Granatem Ręcznym z Antiochii. Pythoni doskonale i ze znawstwem bawią się arturiańskim mitem, ich parodie są celne, ale potrafią błyskotliwie wstawiać nawiązania do współczesności. A całość jest po prostu szalenie śmieszna.

John Boorman natomiast nie miał zamiaru kręcić filmu o królu Arturze. Jego marzeniem była ekranizacja "Władcy Pierścieni" J.R.R. Tolkiena- nie miał na to wystarczająco pieniędzy. Dzięki temu też Boorman znalazł nowy temat i stworzył jeden z najlepszych i najbardziej nastrojowych filmów fantasy, a za "Władcę..." 20 lat później wziął się Peter Jackson, co też na pewno na złe nam nie wyszło.

Excalibur
Boorman mądrze wybiera z legendy to co pasuje mu do fabuły. Dostosowuje do swych potrzeb historię poszukiwań Graala, ale poza tym tragiczne losy króla Brytanii opowiada zgodnie z kanonem. Zdaje sobie sprawę, że fantasy lepiej przemawia, gdy jest odległe od kolorowych średniowiecznych baśni. Jego wersja jest bardzo mroczna, naturalistyczna i krwawa w przedstawianiu średniowiecznych bitew, odważna w ukazywaniu elementów nie pasujących do kina familijnego (z zaskakującą, odważną sceną erotyczną). "Excalibur" jest z pewnością filmem dla dorosłych, spójną, sugestywną wizją, mimo upływu lat nadal robiącą wrażenie.

Lata późniejsze to przede wszystkim zalew telewizyjnych wersji opowieści, z których warto wymienić film "Merlin" z 1998 r. i ekranizację powieści Marion Zimmer Bradley, serial "Mgły Avalonu" z 2001 roku, słabego (i bez elementów magicznych) "Rycerza Króla Artura" (z nudnym Richardem Gerem), wreszcie niedawnego "Króla Artura" Antonio Fuquy, mającego jednak ambicje bycia kinem (pseudo)historycznym, a nie fantasy.

Władca Pierścieni

Nie można rozmawiać o fantasy nie wspominając o "Władcy Pierścieni", kino też nie mogło mówić, że zmierzyło się z gatunkiem do momentu gdy nie spróbowało pokazać dzieła J.R.R. Tolkiena. Przez lata wizja angielskiego profesora wydawała się nierealizowalna w kinie - wykreowanie tak złożonego świata, epickich scen graniczyło z niemożnością, a na pewno z astronomicznymi kosztami, których żaden producent zaryzykować nie chciał. Jak powszechnie wiadomo, uległo to zmianie na początku trzeciego tysiąclecia, gdy trzy filmy Petera Jacksona trumfalnie przeszły przez światowe ekrany. Warto jednak wspomnieć, że nie były to ani pierwsze, ani jedyne ekranizacje dzieł Tolkiena.

Władca... Bakshiego
Animowany "Władca Pierścieni" (1978 r.) Ralpha Bakshiego (notabene też twórcy bardzo klasycznej animowanej fantasy - "Ognia i lodu z 1983) nie odniósł sukcesu - ale też nie miał na to szansy. Animacja, będąca wówczas jedyną szansą na realizację wizji Tolkiena, stawała się też pułapką, w którą musiały wpaść wszystkie przedjacksonowskie filmy. Małe bowiem były szanse na przyciągnięcie do kina części dorosłej widowni, której nie mogło przyciągnąć nazwisko Tolkiena. Filmy animowane, nie kierowane do dzieci, nie miewały licznej widowni. A film Bakshiego na pewno nie był kierowany do dzieci - orki są straszne, krew leje się często, padają zabici. Dorosłych, poza formą filmu rysunkowego, odstraszała natomiast infantylność ukazania niektórych postaci. Pomimo wprowadzenia do historii Pierścienia na początku, osobom nie znającym książki raczej trudno było pojąć sens całości filmu i rolę, jakie mają do odegrania postacie. Co gorsza, film obejmuje fabularnie jedynie połowę dzieła Tolkiena, co może jeszcze jest do zniesienia dla osób znających książkę (mogących sobie ciąg dalszy dopowiedzieć), ale nie do zaakceptowania dla tych, którzy jej nie czytali. I choć na koniec dodano nieco na siłę pseudokońcówkę - zwycięstwo nad armią orków w Helmowym Jarze, to nie mogło to zmienić faktu, że przez całość filmu mówiono o misji zniszczenia Pierścienia, o Mordorze, o Sauronie - a widz nic z tego na ekranie nie zobaczył. Bakshi jednej strony dochował wierności w scenariuszu i fabule, ukazując historię bardzo zbliżoną do pierwowzoru tolkienowskiego (na pewno bardziej niż zrobił to później Peter Jackson), ale z drugiej strony nie zadbał zbytnio o szczegóły. Animatorzy nie napracowali się nad tłem - właściwie żadna scenografia nie zapada w pamięć. Największe kontrowersje budzą chyba projekty postaci. Aragorn wygląda jak wódz Komanczów z "Winnetou" i naprawdę trudno jest uwierzyć, że może to być spadkobierca Isildura. Boromir w stroju wikinga sprawia wrażenie barbarzyńcy, a nie na syna namiestnika Gondoru. Hobbici wyglądają jak dzieci - poza Samem, który z kolei ukazany jest jako osoba najwyraźniej upośledzona. Nie budzi również zaufania łysawy krasnolud Gimli. Oczywiście odbiór postaci to sprawa czysto subiektywna, ale Tolkien pozostawił jednak wiele wskazówek - Bakshi za wieloma z nich, w przeciwieństwie do Jacksona, nie poszedł. Film jest zimny, bez emocji. Śródziemie Bakshiego nie porywa, Rivendell i Lorien nie zachwycają, Moria nie fascynuje, orkowie i Nazgule nie przerażają. Film ogląda się beznamiętnie, kolejno odhaczając sceny z książki Tolkiena. powinien.

W latach 1977 i 1980 powstały filmy telewizyjne "Hobbit" i "Powrót Króla". Są to obrazy skierowane do dzieci i młodszych widzów - dla dorosłych, o ile nie są fanatycznymi wielbicielami Tolkiena, niełatwy to seans. Są to nie tylko filmy animowane, ale również musicale - piosenek jest w nich więcej niż wierszy w książkach - w "Powrocie Króla" śpiewają nawet orki wyruszające na wojnę. Fabuła została uproszczona, większość scen, które w założeniu miałby być brutalne, została usunięta bądź złagodzona.

Rozwój techniki filmowej i efektów komputerowych spowodował, że na początku XXI wieku wreszcie pojawiła się możliwość stworzenia dzieła filmowego, mogącego oddać bogactwo tolkienowskiej opowieści i tolkienowskiego świata. Wszystkich jednakże zaskoczył fakt powierzenia reżyserii tego dzieła twórcy znanego głównie z niszowych horrorów - Peterowi Jacksonowi. Jak się już niedługo okazało, wybór ten był jak najbardziej słuszny...

Nie chcę tu po raz kolejny przytaczać historii powstania "Władcy Pierścieni", bo znamy to wszyscy świetnie, ani też pisać kolejnej recenzji samego filmu, bo imię ich milion. W paru słowach stwierdzę jedynie na czym polegał sukces Jacksona i dlaczego "Władca Pierścieni" jest nie tylko najważniejszym w historii filmem fantasy, ale też filmem istotnym w ogóle dla całej kinematografii.

Władca Pierścieni
Jackson podszedł z ogromnym szacunkiem do literackiego pierwowzoru i oczekiwań fanów (czego na przykład stanowczo nie można powiedzieć o twórcach rodzimego "Wiedźmina"). Scenografię budowano w oparciu o kanoniczne grafiki najsłynniejszych twórców ilustrujących "Władcę Pierścieni - Alana Lee i Johna Howe'a, wybrano znakomicie pasujących do swych ról aktorów, przygotowano staranną charakteryzację i kostiumy. W ten sposób udało się stworzyć całkiem odmienny, spójny świat i bohaterów, których losem przejąć mogli się nawet ludzie nie znający książki (nawet gdy dotyczyło to bohatera całkowicie wygenerowanego cyfrowo!). I był to świat ze swą historią - to co w książce budowane jest głównie pieśniami i opowieściami o dawnych bohaterach, w filmie sygnalizowane jest pokazywanymi tu i ówdzie pozostałościami po dawnych czasach. Jackson nie bał się wzruszeń, grania na emocjach, poruszania podstawowych wartości, ale czynił to zwykle z wyczuciem. Wiedział, że widz oczekuje epickości i dawał ją, wspomagając się, zwłaszcza w efektownej batalistyce, efektami komputerowymi (pierwszy raz widzieliśmy chyba średniowieczne bitwy nie tylko z perspektywy pojedynczych potyczek, ale też z perspektywy całych armii). Jackson zaryzykował - pokusił się w wielu miejscach o własne interpretacje i zmiany fabuły Tolkiena, czego zagorzali fani nie mogą mu wybaczyć. W ten sposób jednak zostawia na filmie własny rys, pokazuje, że jest to jednak w pewnym stopniu dzieło autorskie. Można ten film kochać, można się nim irytować, ale zlekceważyć nie sposób.

Władca Pierścieni
Jackson udowodnił ogromny komercyjny potencjał tkwiący w gatunku, a zdobywając trzema filmami w sumie 17 Oscarów i niezliczone inne nagrody pokazał, że może to wiązać się z uznaniem krytyki. Otworzył tym drzwi dla kolejnych wysokobudżetowych produkcji fantasy. Kilka z nich już pojawiło się na ekranach ("Opowieści z Narni", "Eragon"), następne czekają w kolejce. Zrewolucjonizował również podejście do kręcenia filmów i metod ich promocji - tworząc jednocześnie 3 filmy i wypuszczając je w rocznych odstępach pozwolił na ograniczenie kosztów i dobre skoordynowanie akcji promocyjnych (przez cały ten okres o "Władcy" było głośno). Choć dodatki na DVD były już stałą procedurą, to dopiero wydanie płytowe "Władcy" były takimi, na które czekało się z nie mniejszą niecierpliwością niż na właściwe filmy (głównie dzięki zapowiedziom wersji rozszerzonych, co akurat w przypadku "Dwóch Wież" miało niemałe znaczenie dla samej fabuły). Film nakręcił też ponownie zainteresowanie książką, a jego wpływ na kulturę i popkulturę jest trudny do przecenienia (w końcu "Władcy" niedawni "Clerks 2" zawdzięczają swój najlepszy dowcip). To pierwszy przypadek w gatunku fantasy, że taki film odegrał kluczową rolę w rozwoju całej kinematografii.

Władca Pierścieni
Przyszłość

Pisanie o fantasy, to prawie jak pisanie o komedii lub filmie sensacyjnym - rozrzut tematyki jest szeroki, wytyczenie konkretnych trendów niełatwe, objęcie wszystkiego co ważne trudne. Wszystko jednak wskazuje na to, że filmowe fantasy dopiero nabiera rozpędu. O ile produkcje z elementami magicznymi w tle zawsze stanowiły jakiś procent filmowej produkcji, to wygląda na to, że fantasy klasyczne, średniowieczne, z rycerzami, czarnoksiężnikami, smokami i elfami, dopiero teraz nabierają rozpędu. Przyczyny są dwie - pojawienie się technicznych możliwości i moda stworzona przez oszałamiający sukces "Władcy Pierścieni". Bogactwo literatury spowoduje, że tam właśnie filmowcy będą szukali inspiracji - możemy więc spodziewać się coraz większej ilości gorszych i lepszych filmów, ale perełki też powinny się pojawić. Kto wie, może ktoś z choćby odrobiną talentu sięgnie znów po "Wiedźmina" i zrobi lepszy film? Nie jest to trudne zadanie, zrobienie filmu gorszego byłoby wyzwaniem...

Na razie wszyscy czekamy na "Hobbita".

Niektóre fragmenty tekstu oparte są na materiałach publikowanych wcześniej w "Esensji" i "Cinemie".

Konrad Wągrowski