Najsłynniejsza polska kinomanka: Film jest najlepszą ze sztuk

Państwo Kalinowscy w czasie festiwalu Nowe Horyzonty / fot. Instagramers Wroclaw
O danym filmie należy rozmawiać tak, jakby był jedynym filmem na świecie - mówi Stopklatce Maria Kalinowska, która wspólnie z mężem obejrzała ponad dwanaście tysięcy filmów i wciąż jeździ z nim na filmowe festiwale. Aktualnie najsłynniejsi polscy kinomani oglądają filmy na trwającej właśnie we Wrocławiu 14. edycji T-mobile Nowe Horyzonty.

Michał Hernes: Słynny krytyk filmowy, Zygmunt Kałużyński powiedział w czasie jednego ze swoich wykładów, że dawno nie widział bardzo dobrego filmu.
Maria Kalinowska: Jeżeli chodził do multipleksów i oglądał filmy akcji, to mógł tak powiedzieć. W ostatnich latach powstało jednak więcej kin studyjnych i można w nich obejrzeć sporo dobrych filmów. Kałużyński odbierał filmy na swój własny, subiektywny sposób. Podobnie jest ze mną i każdym innym miłośnikiem kina. W wielu kwestiach zgadzam się z Kałużyńskim, ale nie całkowicie.

W czym się Pani z nim zgadza?
Powiedział, że kino jest pojemne niczym kula i worek bez dna, więc można tam wsadzić absolutnie wszystko. To dla mnie bardzo ważne, bo dzięki temu kino jest najlepszą ze sztuk. Dla porównania muzyka jest tylko muzyką, obraz jedynie obrazem, a książka tylko książką. W filmie to wszystko się ze sobą spotyka i dlatego film jest najlepszy.

Kałużyński napisał kiedyś, że lubi rozrywkowe filmy, na których bawi się jak prosię.
Takie produkcje też są potrzebne. Przeciętny film to dobra rozrywka po pracy albo po szkole. W ten sposób definiuję mój prywatny gatunek filmowy, służący właśnie rozrywce.

Naprawdę ceni Pani filmy wyżej niż literaturę?
Tak. Jeśli mam wybrać między czytaniem książki, a wyjściem do kina, to decyduję się na kino. W filmie także mogę mieć opowiadanie, chociaż uważam, że filmy są od tego, by opowiadać za pomocą obrazów, a nie słów. Film nie jest literaturą. Niektórzy filmowcy o tym zapominają i umieszczają w swoich produkcjach tyle napisów, że widz koncentruje się jedynie na ich czytaniu. Powtarzam: obraz jest dla mnie najważniejszy.

Często bywa tak, że patrzymy na twarz bohatera, zastanawiając się, co myśli i czuje.
Ma pan rację. Zdarza mi się oglądać filmy w języku angielskim i francuskim bez tłumaczenia. Jeżeli aktor gra dobrze twarzą, nie potrzeba mi tłumacza. Na podstawie wyrazu jego twarzy widzę, czy się z kimś kłóci albo z nim zgadza.  

W jakich okolicznościach oglądała Pani filmy bez polskich napisów?
Na przykład w Domu Bretanii, promującym francuską kulturę.

Czego szuka Pani w filmach i na takich festiwalach, jak T-Mobile Nowe Horyzonty?
Przede wszystkim dobrych obrazów. Gdy oglądam amerykański film akcji, to bardzo się na nim nudzę i dochodzę do wniosku, że jest beznadziejny. Pewnego razu, w czasie oglądania takiego filmu, postanowiłam, że nie będę oglądać aktorów, którzy się wiecznie biją i ścigają, tylko skupię się na drugim planie. Okazało się, że tło tego filmu jest wspaniale zrobione!

Co dokładnie Panią zachwyciło?
Budynki, ulice, mosty i długie tunele. Dobre obrazy, na których mi zależy, stanowią w amerykańskich filmach zaledwie pięć procent. W stuminutowym filmie akcji wartościowe jest najwyżej pięć minut. Z kolei na festiwalu Romana Gutka otrzymuję sto procent dobrych obrazów.

Słyszałem, że ma Pani z mężem notatniki, w których zapisujecie tytuły filmów.
Tak, ale zostawiliśmy je w domu, bo nie jesteśmy w stanie zabierać ze sobą wszystkich tych zeszytów. Ja zapisuję w nich jedynie tytuły filmów, natomiast Bogdan także nazwiska reżyserów. To ważne, bo przecież powstało kilka wersji „Hamleta".

Oceniają Państwo obejrzane filmy?
Dawniej oceniałam, ale ostatnio przestałam. Film nie jest jabłkiem, które stawia się na wadze i ocenia na podstawie jego wielkości bądź jakości. Do sztuki nie podchodzi się w ten sposób. Punkty i gwiazdki nie są dla mnie ważne.

Skąd się u Państwa bierze ta potrzeba jeżdżenia na festiwale?
Chcemy zobaczyć coś dobrego. Powtarzam: film to dla mnie sztuka, która czasami bywa lepsza, a czasami gorsza. O filmie akcji mówię Bogdanowi, że na festiwalu kiczu filmowego miałby pierwsze miejsce.

Skąd wzięła się u Pani miłość do kina?
Od pierwszego wejrzenia na ekran.

Kiedy to było?
Gdy miałam siedem lat i poszłam z mamą na bajkę. Opowiadała o małym chłopcu, który chodził do cyrku i zawsze siadał w nim w pierwszym rzędzie.

Co było potem?
Dalej chodziłam na bajki, a kiedy miałam jedenaście lat, mama puściła mnie samą do kina. Gdy poznałam Bogdana, zaczęliśmy chodzić razem na filmy.

Poznali się Państwo w kinie?
Nie, w bibliotece.

Czyli poznanie się zawdzięczają Państwo literaturze?
Kursom dla bibliotekarzy

Ale potem zaczęli Państwo chodzić do kina.
Tak, Bogdan też jest nastawiony na kulturę.

Jak na przestrzeni lat zmienia się kino?
Złym kierunkiem jest upowszechnianie się technologii 3D.  Moim zdaniem to nie jest sztuka. Gdy na coś patrzymy, musimy to widzieć w dwóch wymiarach. Utkwiło mi w pamięci to, że jeden chłopiec zapytał się swojej mamy, kiedy będziemy oglądać film w 8D. Znów okazało się, że dzieciaki są od nas mądrzejsze.

Ale 3D to magia obrazu, który jest dla Pani tak ważny.
Nie, ta technologia wszystko niszczy. Zauważyłam, że kiedy ogląda się film w 3D, obraz jest ciemniejszy. Gdy oglądam film w 2D i widzę na ekranie jadący samochód, to najpierw jest małym punkcikiem, a kiedy się przybliża, dostrzegam jego kolor, markę i numer rejestracyjny. W 3D jest odwrotnie - im auto bardziej się oddala, tym staje się coraz większe.

Kiedyś podchodzono sceptycznie do radia, kina i telewizji.
Telewizji nie oglądam.

Woli Pani kino?                                               
W telewizji nie widziałam ani jednego filmu. Niektórzy twierdzą, że kino męczy. Nie zgadzam się z tą opinią. W kinie obraz jest odbity. W telewizji obrazy rysują latające elektrony, które meczą oczy, ponieważ nie są dostosowane do wzroku. Film ma dwadzieścia cztery klatki na sekundę, albo nawet więcej, tymczasem przeciętny człowiek powinien w ciągu sekundy widzieć szesnaście obrazów. Dawniej tak było.

Co ostatnio najbardziej pozytywnie zaskoczyło Panią w kinie?
Na festiwalu Animator było sporo krótkometrażowych filmów zbliżonych do kina abstrakcyjnego. Bardzo mi się to podobało. Kino abstrakcyjne to dla mnie czysta sztuka. W takich filmach nie muszą pojawiać się ludzie i nie musi być w nim akcji. Szkoda tylko, że były to krótkometrażówki, bo wolimy dłuższe filmy i takie właśnie wybieramy.

Woli Pani filmy polskie czy zagraniczne?
Mnie jest wszystko jedno. Gdy rozmawia się o danym filmie, należy rozmawiać o nim tak, jakby był jedynym filmem na świecie, a nie porównywać go z innymi.
 
[Rozmawiał: Michał Hernes]