Najważniejsza była dobra historia. Rozmowa z Danielem Szczechurą

Podczas 3. MFFA Animator w Poznaniu Stopklatce udało się porozmawiać z wielką postacią polskiej szkoły animacji - Danielem Szczechurą. O powodach skończenia z animacją, technice realizowania filmów, oraz ich związkach z muzyką opowiadał bohater wakacyjnych retrospektyw. Już niedługo filmy Szczechury obejrzą także widzowie festiwalu Era Nowe Horyzonty.

Piotr Klonowski: Najpierw chciałbym złożyć panu najlepsze życzenia z okazji urodzin.

Daniel Szczechura: (śmiech) A dziękuję, Bóg zapłać. Wszyscy których tu dziś spotykam, składają mi życzenia, dziękuję bardzo.

Dzisiaj wieczorem zobaczymy dwie projekcje retrospektywne pana twórczości, kto wybierał do nich filmy?

Do pierwszej projekcji wybierał Marcin Giżycki, do drugiej życie wybrało. "Hobby", które zobaczymy podczas drugiej projekcji powstało ponieważ, kiedy mnie zapraszano na festiwale czy retrospektywy, to zwykle proszono o dziesięć tych samych filmów. W końcu, kiedy pojawiły się pieniądze zmontowaliśmy te filmy w jeden. Tak więc można powiedzieć, że te filmy same się wybrały.

W początkach pana twórczości w latach 60. film animowany cieszył się dużą popularnością, animacje były puszczane jako tzw. wstępniaki przed produkcjami pełnometrażowymi. Później jednak zainteresowanie animacją zaczęło spadać, z kin zniknęły wstępniaki, animacja została właściwie zamknięta do obiegu festiwalowego. Jak te zmiany wpływały na pana twórczość?

Chyba w ogóle nie wpływały. Zacząć, trzeba od tego, że kiedy ja zaczynałem, filmy były krótsze, trwały 80-90 minut, rzadko dochodziły do 120. Seans miał jednak trwać dwie godziny, dlatego pozostały czas wypełniały kroniki filmowe, i filmy krótkometrażowe, np. animacje. To były tzw. dodatki. My byliśmy zaś zatrudnieni w wytwórni Se-ma-for i naszym zadaniem było produkowanie tych dodatków.

Kiedy pan stwierdził, że nie będzie robił więcej filmów animowanych?

Po ostatnim filmie "Dobranocka". Przede wszystkim dlatego że, raz - kiedyś trzeba skończyć. Dwa, to mnie kosztowało mnóstwo zdrowia. Trzeci argument, który przeważył, to jednak trudności ze zdobyciem pieniędzy na ten film. Przyznam, że byłem trochę rozleniwiony bo wcześniej to zawsze dyrektor wytwórni organizował pieniądze na film, potem to się skończyło.

Jak zatem wyglądała praca przy "Dobranocce", filmie z 1997 roku opartym na rysunkach Stasysa Eidrigeviciusa?

Już dużo wcześniej podobały mi się obrazy Stasysa, miały taką "narracyjną" plastykę. Chciałem z nim współpracować tylko, że Stasys odmawiał, bojąc się, że w filmie ja zniszczę mu tę plastykę. I chyba miał trochę racji. Mimo wszystko był jednak ciekaw jak będą wyglądały jego rysunki w filmie. I to przeważyło. Pewnego razu byłem u niego w pracowni i pożyczyłem trochę książek oraz rysunków. Jak już je opracowałem, to przyszedłem znów do niego, żeby pomógł mi dopracować fazy przejściowe, itd. On zaś na to "Daj mi spokój, jadę teraz do Japonii i nie mam czasu, poza tym to co chcesz żebym ci dorysował robiłem przed dwudziestoma laty I już tak nie potrafię rysować", a produkcja już była wtedy rozpoczęta. Całe szczęście, miałem kolegę malarz, dobrego kopistę i zaczęliśmy te rysunki Stasysa podrabiać. Także zasadniczo Stasys niewiele pomógł mi przy produkcji, zrobił rysunek, czy dwa, których nawet chyba nie umieściłem w filmie. Zostałem sam z tym materiałem. Budżet z każdym dniem topniał, nikt nie mógł filmu dofinansować, inflacja rosła, dużo z tego co wymyśliłem musiałem wyrzucić, no i improwizować.

Wróćmy jednak do początków pana twórczości. W jednym z wywiadów mówił pan, że dużą rolę w pana twórczości odegrali Jan Lenica i Walerian Borowczyk. Co pana zafascynowało w ich sztuce?

Przede wszystkim powaga, jaka z ich filmów biła. Filmów animowanych, jakie do tej pory powstawały my nie oglądaliśmy, to były jakieś, takie infantylne produkcje o Lisku Chytrusku, itp. A oni wprowadzili pewien zupełnie nowy stosunek do filmu animowanego, miał to być film dla dorosłych. I to mnie najbardziej zainspirowało do robienia filmów animowanych.

Mówił pan, że jednym z czynników które zadecydowały o wyborze techniki wycinanki, uskutecznianej przez Lenicę i Borowczyka była jej szybkość...

...i panowanie nad całym procesem twórczym. W momencie kiedy realizuje się film techniką klasyczną to ma się pod sobą od 10 do 20 osób. I choć tymi dwudziestoma osobami się dyryguję, nie da się nigdy całkowicie nad nimi zapanować. W momencie kiedy ci ludzie wykonają jakieś ujęcie czy sekwencję, to trzeba je umieścić w filmie i nie ma możliwości powtórzenia procesu. W technice wycinanki można zaś było zrobić jedną, drugą, trzecią wersję ujęcia i z tego zmontować film. Montaż był zresztą dla mnie najprzyjemniejszym momentem realizacji, kiedy z wszystkich ujęć zebranych do kupy powoli wyłaniał się film.

Kiedy wymyślał pan tematy swoich filmów wolał pan czerpać z rzeczywistości, czy rozpoczynać od jakiejś metafory?

Z rzeczywistości. Pan powiedział metafory, ja muszę to wyjaśnić, nie potrafiłbym zrobić filmu, gdyby ktoś mi powiedział, że ma być np. o przemijaniu. Mówią, że "Fotel" to walka o władzę. Ja tak na to nie patrzyłem, miała to być historia: fajnie pokazana, dobrze wyreżyserowana. Fabuły, które tworzyłem, po pewnym czasie okazywały się uniwersalne, ale to nie było ich założeniem. Nie było też tak, że chciałem oddać nastrój swoich czasów, najważniejsza była dobra historia.

Porozmawiajmy, może o muzyce w pana filmach. Jesteśmy na festiwalu na którym organizatorzy dużą wagę przywiązują do związków animacji z muzyką.

Tak, ja również przywiązywałem do niej ogromną wagę, unikałem sytuacji w których muzyka jest wyłącznie ilustracyjna. Niektórzy traktują muzykę, jak zło konieczne w filmie, "jak się coś nie uda to podbiję to muzyką". Ja się zawsze starałem, żeby miała ona jakąś funkcję dramaturgiczną.

Używał pan różnych stylistyk muzycznych od muzyki konkretnej, elektronicznej Kotońskiego I Rudnika po jazz.

Tak, każdy kompozytor ma swój styl, ja nie mogłem przez cały czas pracować z jednym. Np. Fellini pracował z Nino Rotą dopóki ten nie umarł. Ośmielę się powiedzieć cynicznie, że dobrze, że umarł (śmiech), bo reżyser zaczął pracować z innymi kompozytorami, którzy wnieśli mu coś nowego do filmów.

Czy wywierał pan wpływ na kompozytorów?

Nie miałem na nich prawie żadnego wpływu, muzykę słyszałem dopiero przy nagrywaniu w studio. Wyglądało to tak, że po zrobieniu filmu brałem kompozytora, pokazywałem mu film I gadałem z nim jaka ma być muzyka, a jaką on już zrobił to ja nie wiedziałem. Nie umiem czytać orkiestrówek, nut, a zagranie motywu na pianinie I tak mi nic nie dawało, bo przecież na puzonie czy flecie motyw brzmiałby zupełnie inaczej. Nagrywanie wyglądało tak, że o 22 wynajmowało się salę Inka na Konopnickiej, przychodziła orkiestra, kompozytor I pod wyświetlane fragmenty nagrywali muzykę. Wtedy jedyne co mogłem zrobić to mówić: wolniej, szybciej, ciszej, głośniej, mogłem coś kazać poprzestawiać, ale to musiały być błyskawiczne decyzje, bo sala była wynajęta tylko na jedną noc.

Musiał mieć pan zaufanie do tych ludzi.

Musiałem mieć intuicję, przede wszystkim dlatego, że nie mogłem odrzucić muzyki, z powodu kosztów takiego wyboru: finansowych, ale też popsucia renomy kompozytora.

Interesuje się pan jeszcze animacją? Jeździ pan na festiwale filmowe?

To jest mój pierwszy festiwal od chyba 10 lat. Jak się dzieje coś ciekawego to koledzy wysyłają mi filmy na płytach i sobie je w domu oglądam. W ogóle uważam, że festiwale są dla młodych ludzi, tacy jak ja są na nich ciałem obcym. Gdyby mnie Marcin Giżycki bardzo nie prosił, to nie przyjechałbym tutaj. Jest za dużo festiwali, a mało dobrych filmów. Jak jeszcze kiedyś pracowałem w ASIFie (międzynarodowej organizacji zrzeszającej animatorów- przyp. red) to stwierdziliśmy, że nie może być więcej niż dwa festiwale animacji w Europie, jeden może być w Ameryce, a drugi w Azji. Bo produkcja wtedy była taka, że powstawało rocznie 100 dobrych filmów.

Ale teraz powstaje więcej filmów I gdzieś trzeba je pokazać...

No tak, jak ludzie chcą je oglądać to niech oglądają. (śmiech) Nie mam nic przeciwko temu.

Zatem nie ogląda pan za często filmów?

Jak koledzy, albo studenci mi prześlą to oglądam. Film zaczyna się karmić sam sobą, zresztą w fabule jest podobnie, takich oryginalnych filmów to mamy 3-4 w roku.

Czy myśli pan, że przez to młodym animatorom jest trudniej, niż kiedy pan zaczynał animować?

Nie, raczej mają łatwiej, gdyż obecnie wystarczy komputer średniej mocy, opanowanie czterech - pięciu programów i jedyne na co potrzebne są człowiekowi pieniądze to udźwiękowienie. Zmieniły się warunki, świetne jest 3D, bardzo dobre rzeczy powstają w tej technice.

Gdyby pan miał wybierać teraz, zostałby animatorem?

Nie, prawdopodobnie bym robił filmy dokumentalne. Obecnie dokument jest bardzo ciekawym gatunkiem filmowym. Są małe, poręczne kamery, nie to co kiedyś, kiedy kamera Reflex ważyła sześć i pół kilo, a taśma kolejne półtora.

Dlatego pan nie został dokumentalistą?

Między innymi dlatego, (śmiech) koledzy którzy pracowali na tych kamerach mają teraz pokrzywione kręgosłupy, jeśli jeszcze żyją. Animacja to byłą ciężka praca, ale nie tak jak operowanie kamerą, ja się w każdym razie nie przepracowywałem. (śmiech)