O "Good Night, and Good Luck" rozmawiamy z nominowanym do Oscara Davidem Strathairnem

Jak wygląda nieudane potomstwo demokracji, a jak człowiek, który dźwiga na swoich ramionach ciężar całego świata? Dlaczego Clooneyowi aż tak zależało, żeby opowiedzieć historię Murrowa? Jakie powody może mieć Murrow, żeby przewracać się dziś w grobie oraz, co łączy gwizdek ze statuetką Oscara? Tego wszystkiego (i jeszcze kilku innych, interesujących rzeczy) dowiecie się z rozmowy z Davidem Strathairnem, odtwórcą głównej roli we wchodzącym na nasze ekrany w najbliższy piątek filmie George'a Clooneya, "Good Night, and Good Luck".


Strathairn ukończył Williams College, a następnie rozpoczął pełną sukcesów karierę filmową, występując w wielu filmach swojego szkolnego kolegi Johna Saylesa, m.in. w "Matewan," "Spisek ośmiu" oraz "Passion Fish". Miał także okazję pracować z najlepszymi hollywoodzkimi reżyserami, takimi jak Mike Nichols ("Silkwood"), Stephen Gyllenhaal ("Dwie matki") Sydney Pollack ("Firma"), Tim Robbins ("Bob Roberts"), Penny Marshall ("Ich własna liga"), Taylor Hackford ("Dolores"), Curtis Hanson ("Tajemnice Los Angeles") czy Philip Kaufman ("Amnezja"), aby wymienić choć kilku. Za swoją kreację do "Good Night, And Good Luck" otrzymał pierwszą w karierze nominację do Oscara oraz wiele innych wyróżnień, na czele z nagrodą aktorską przyznaną mu na ostatnim festiwalu w Wenecji.

Przeczytałam całe mnóstwo wypowiedzi recenzentów na temat tego, o czym opowiada ten film. Że jest o nadużywaniu władzy i praw, o manipulacji, o używaniu strachu obywateli jako narzędzia służącego do sprawowania nad nimi kontroli, że to wołanie o wolność mediów i wolność słowa, o prawdę i sprawiedliwość... Chciałabym jednak usłyszeć Pana zdanie na ten temat.

Moim zdaniem to film o paleniu. (śmiech) Nie, nie, oczywiście żartuję.

Jeśli to film o paleniu, to opowiada się za czy przeciw?

Dobre pytanie!

Szczerze mówiąc, trudno powiedzieć. Wygląda Pan (jako Murrow), jakby sprawiało to Panu przyjemność!

Murrow'owi to rzeczywiście sprawiało wielką przyjemność! On i papieros byli nierozłączni. Ale teraz poważnie. To film o presjach, jakim poddawane jest dziennikarstwo w swojej próbie informowania społeczeństwa, edukowania go, o odpowiedzialności i jej braku u dziennikarzy, o naciskach, na jakie narażeni są ludzie, którzy wykonują ten zawód. Pokazuje, jak istotni dla przetrwania demokracji są "zbieracze" i "dostarczyciele" informacji; bez nich nie ma ona szans. Ale nie tylko. Opowiada też o prawach człowieka zawartych w konstytucji i o tym, w jaki sposób są one łamane.

Zabrzmiało to bardzo poważnie.

Bo to są poważne sprawy.

W takim razie, do kogo film jest zaadresowany? Kto powinien go obowiązkowo obejrzeć?

Myślę, że do wszystkich. George nie wskazuje palcem na żadną konkretną grupę widzów, nie kręcił swojego filmu tylko i wyłącznie z myślą o 50-, 60-, 70-latkach, którzy pamiętają tamten okres i doskonale kojarzą postać Murrowa. Nie kierował go ani do mediów, ani do polityków. Chciał trafić do wszystkich, w tym także do młodych ludzi, którzy nie wiedzą, kim był Murrow. Chciał, żeby ten film był zarówno lekcją historii, jak i dostarczał rozrywkę. Na pewno nie chciał filmu, który podzieliłby ludzi, wywołałby kłótnie o to, kto ma rację, a kto nie, kto jest dobry, a kto zły. Film porusza tematy, które powinny zainteresować każdego i które, tak naprawdę, w mniejszym lub większym stopniu, każdego dotyczą. Ma też dawać nadzieję. Powiedzieć, że z każdej, nawet beznadziejnej sytuacji, jest jakieś wyjście, że zawsze trzeba próbować zmieniać na lepsze, naprawiać świat. I jest pełen wiary, że zawsze pojawi się ktoś, niekoniecznie przedstawiciel młodego pokolenia, kto będzie zainteresowany naprawianiem tego zepsutego świata.

Dlaczego George Clooney na głównego bohatera swojego filmu wybrał akurat Murrowa, dlaczego to akurat jemu postanowił poświęcić cały film?

Wychował się jako syn dziennikarza; jego tata pracował w radiu. A wielkim bohaterem taty George'a był właśnie Edward Murrow. Przy takich okazjach jak Święto Dziękczynienia czy Boże Narodzenie zawsze przytaczał cytaty z Murrowa. On też, jak jego mistrz, był popularnym dziennikarzem, też tratował swoją pracę bardzo poważnie, też robił wszystko, żeby dobrze informować ludzi, otwierać im oczy na pewne fakty. Pod tym względem on i Murrow byli do siebie podobni: obaj traktowali swoją pracę jak swego rodzaju misję, obaj byli rzetelnymi dziennikarzami, dziennikarzami z powołania. Jako chłopak, George pracował w radiu, pomagał tacie, ciął taśmy, montował, zbierał informacje. Z bardzo bliska obserwował pasję ojca i był nią zafascynowany. Zrobiła na nim tak duże wrażenie, że kiedy dorósł, zaczął sobie zadawać pewne pytania na temat istoty dziennikarstwa, tego, jak ważną, niezbędną rolę może spełniać w demokratycznym państwie. Chciał się na ten temat wypowiedzieć, skomentować to, co dobrze rozumiał, to, w czym wyrastał. Można było zauważyć, że robienie tego filmu wyraźnie sprawiało mu sporą frajdę.

Jaką miał Pan opinię o dziennikarzach przed zagraniem Murrowa? Czy i jak zmieniła się ona po Pana udziale w projekcie Clooney'a?

To chyba ja powinienem zapytać Was, dziennikarzy, czy zdanie, jakie o sobie macie, zmieniło się po tym, jak poznaliście Murrowa? Moja opinia na temat dziennikarstwa się jakoś specjalnie nie zmieniła po udziale w tym projekcie. Zawsze uważałem, że to jeden z najwspanialszych i najstarszych zawodów świata. Weźmy chociażby jakieś prehistoryczne plemię przekazujące sobie informacje za pomocą bębna albo znaków dymnych. To zawód zajmujący bardzo istotną pozycję w każdej kulturze. Zawsze, niezależnie od czasów, będą tacy dziennikarze, jak Edward Murrow. Ale trzeba przyznać, że czasy się zmieniają i bez odpowiednich znajomości, bez sponsorów i pleców, będzie im coraz trudniej się przebić.

Jakim reżyserem jest Clooney? Jakim reżyserem był na planie "Good Night, And Good Luck"?

Niezależnie od tego, po której stronie kamery się znajduje, ma duże wyczucie tego, co robi i tego, co chce osiągnąć i świetną intuicję. Na planie w roli reżysera lubi się dobrze bawić, ale też ciężko pracuje. Bardzo pasjonował się historią Murrowa i tym projektem, był nimi bardzo przejęty. Nie chciał, żebym wiedział o Murrowie zbyt wiele, bo bał się, że zamiast grać, zacznę go naśladować i nie będzie już miejsca na kreatywność i stworzenie czegoś, co może powstać, jeśli na chwilę zapomnę, kogo gram.

Jakie to uczucie udawać żywą postać, "podszywać się" pod kogoś, kto kiedyś żył i chodził po tym świecie, człowieka z krwi i kości, a nie wytwór wyobraźni scenarzysty, postać fikcyjną? Jak się Pan czuł: dziwnie, nieswojo? A może było to ciekawe doświadczenie?

Czułem się i dziwnie, i nieswojo i byłem tym doświadczeniem mocno zaciekawiony. Wszystko po trochu. Najpierw przez jakiś czas czułem się bardzo nieswojo i długo zastanawiałem się, jak się do tego zabrać. Potem, w którymś momencie, mój udział w filmie stał się niesamowitą przygodą, wyprawą w umysł człowieka, do jego wnętrza. Była to też świetna lekcja; otrzymałem możliwość zagłębienia się w tamte czasy, lata 50te, i zrozumienia ich. Na pewno trochę obawiałem się, jak zareagują na Murrowa-Strathairna ludzie, którzy go znali, wiedzieli, jaki był, pamiętali, w jaki sposób mówił, jak się zachowywał. Swego czasu był popularnym człowiekiem, ważną postacią. Był bardzo honorowym gościem. Moim zadaniem było to wszystko jak najlepiej, najwierniej i najprawdziwiej oddać. Czułem, że muszę unieść niesamowity ciężar, że spoczywa na mnie bardzo trudne, odpowiedzialne zadanie. Wydawało mi się, że swoją rolą powinienem oddać mu cześć, uhonorować go za to, jakim był wspaniałym człowiekiem. Chyba dopiero na samym końcu zaczął do mnie docierać sens jego słów, które powtarzałem w kółko na planie, i wtedy zacząłem czuć się dumny, że to właśnie mnie dano możliwość, żeby te jego ważne, mądre słowa powtórzyć, przekazać dalej.

Clooney powiedział, że wybrał Pana do roli Murrowa, ponieważ, tak jak on, dźwiga Pan na plecach ciężar całego świata. Jeśli dobrze rozumiem, chodzi mu wyraz Pana twarzy, spojrzenie. Rzeczywiście, kiedy się na Pana spogląda, można odnieść wrażenie, że sporo Pan w życiu przeszedł, że wie Pan, jak brutalne potrafi ono być, i że nic już Pana nie zaskoczy. Wygląda Pan poważnie, jakby był Pan zamyślony, skoncentrowany. Jest Pan tego świadomy?

(Śmiech) Szczerze mówiąc, nie wiedziałem o tym. Nie byłbym taki pewny, czy George właśnie to miał na myśli. Trzeba by go zapytać, o co mu chodziło. Wiem, że tak powiedział, ale nie wydaje mi się, żebym nosił większy ciężar niż każdy z nas, niż pierwszy z brzegu inny człowiek. Mnie się wydaje, że ja i Murrow mamy po prostu podobny kształt głowy i podobne rysy twarzy. Po zafarbowaniu włosów, odpowiednim ich zaczesaniu wszelkie wątpliwości dotyczące naszego podobieństwa, jakie obaj mogliśmy mieć, same się rozwiały.

Jak przygotowywał się Pan do roli Edwarda Murrowa?

Dużo czytałem; biografie, teksty, które publikował. Obejrzałem mnóstwo fotografii, archiwalnych materiałów i fragmentów jego programów. Duże wrażenie zrobił na mnie sposób, w jaki patrzył; miał przenikliwe, przenikające człowieka spojrzenie, jakby rentgen w oczach. Musiałem zwrócić dużą uwagę na jego sylwetkę, sposób, w jaki się nosił, siadał, pozycję, jaką przybierał, miny i gesty, które robił.

Film nie mówi wiele na temat tego, jaki Murrow był prywatnie; koncentruje się na jego pracy zawodowej.

Nie znałem go zbyt dobrze, zanim nie trafiłem na plan filmu. Wydaje mi się jednak, po tym jak przeczytałem te wszystkie książki biograficzne, przejrzałem setki zdjęć i mnóstwo fragmentów jego programów, że był bardzo honorowym facetem. Skromnym perfekcjonistą. Miał swoje zasady, etykę, których się zawsze trzymał, i których nie łamał, niezależnie od okoliczności. Pod koniec dni w jego oczach dało się zauważyć wielki żal. Smutek kogoś, kto się nie w pełni zrealizował, kto nie zdążył zrobić wszystkiego, co chciał, kto niekoniecznie znalazł to, czego szukał, czyli, w jego przypadku, odpowiedzi na wszystkie pytania. Murrow nie został dziennikarzem, bo zawsze nim, w pewnym sensie, był. Urodził się nim. Był jednym z nielicznych szczęśliwców, którzy odnaleźli swoje powołanie i wszystko, co robili, robili zgodnie z nim. Ono podpowiedziało mu kim jest, jak powinien żyć i co robić, i tego się trzymał, wiedząc jednocześnie, że to jest właśnie to, co chce robić. Był typem "zadawacza pytań". Lubił kwestionować, podważać, stawiać trudne, wnikliwe pytania. Był żądny wiedzy; cały czas dowiadywał się nowych rzeczy, kształcił, czytał, słuchał. Nie tracił ani chwili.

Film otrzymał aż sześć nominacji do Oscara. Ma spore szanse zamienić te nominacje na statuetki. Jakiś czas temu powiedział Pan, że każda taka nominacja, albo, jeszcze lepiej nagroda, jaką otrzymuje film, działa na zasadzie dzwonka lub gwizdka. Co miał Pan na myśli?

Są widzowie niezależni, którzy idą do kina z własnej woli i wybierają pozycje sami, widzowie, którzy umieją wyrabiać sobie własne opinie na temat filmów i nie potrzebują czekać w wyprawą do kina, aż ktoś im powie, że ten lub inny film warto zobaczyć, że to dobry film. Jest też jednak dużo osób, które nie pójdą do kina, żeby mogły sprawdzić na własnej skórze, czy film jest warty oglądania, tylko czekają na czyjąś opinię, na rekomendację przyjaciół i dopiero nią się kierują. W tym przypadku mamy do czynienia z czarno-białym filmem o kawałku amerykańskiej historii sprzed 50 lat, filmem poruszającym dosyć poważne kwestie. Na dodatek, jego bohaterem jest człowiek, którego nazwisko wielu widzom nic a nic nie mówi. Sporo przemawia zatem przeciwko niemu. Nie każdy może mieć ochotę coś takiego obejrzeć. Ale jest bardzo prawdopodobne, że wielu widzów, kiedy przeczytają, że film dostał aż 6 nominacji w różnych kategoriach, pomyśli, że w takim razie, musi to być dobry film. Będzie to czynnik, który przyciągnie ich do kina. Stwierdzą, że może powinni obejrzeć "Good Night, and Good Luck". Na tym polega fenomen sezonu nagród, nominacji i publikacji z nimi związanych. To bardzo dobrze, że film dostał sześć nominacji, bo ci ludzie trafią dzięki temu do kina i przekonają się, że nie tylko porusza ważne tematy, ale dostarcza też sporo rozrywki. Być może, gdyby nie te nominacje, nigdy by nie trafili do kina na nasz film, nie wybraliby sami z siebie takiego poważniejszego repertuaru. Nominacja do Oscara a, przy odrobinie szczęścia, także i statuetka, to te gwizdki, dzwonki, szum, który robi się wokół filmu, i który przyciąga uwagę widza. Darmowa reklama.

Czy dla takich widzów, którzy nie wiedzą, jaki film jest dobry, a jaki nie, dopóki ktoś im nie powie, widzów, którzy nie pójdą na coś do kina, dopóki nie zobaczą na plakacie Oscara bądź nominacji, warto wysilać się i kręcić ważne, dobre filmy? Jest sporo naprawdę dobrych filmów, które nie były nominowane do żadnych nagród.

Nie oceniałbym widzów, którym trudniej przychodzi wyrabianie własnej opinii na temat filmu, lub jej po prostu nie posiadają, tak surowo. Ważne, żeby trafili do kina i żeby film im się spodobał, żeby do nich przemówił.

Skąd biorą się tacy ludzie jak McCarthy? To nieudane potomstwo demokracji, jej efekt uboczny, pasożyt żerujący na prawach i swobodach, które daje wszystkim obywatelom, zagrożenie dla niej? Powinniśmy się ich obawiać czy może widzieć w nich wyzwanie i być wdzięczni za lekcję, jakiej nam dostarczają?

Jeśli powinniśmy się czegoś bać, to raczej nie ludzi takich jak McCarthy, tylko metod, jakimi się posługują. I zwalczać je. Powinniśmy potraktować historię tego człowieka jak przestrogę, ostrzeżenie. On czuł, że robi coś ważnego, wydawało mu się, że robi coś dobrego. Chciał wyleczyć społeczeństwo, uzdrowić je. Wierzył w to, co robi. Myślał, że ma do spełnienia misję. Skąd biorą się tacy ludzie jak on, ludzie, którzy posuwają się do takich skrajności, którzy zasłaniając się konstytucją, powołując się na prawa w niej zawarte, używając wielkich słów, sami je łamią? Skąd ta arogancja? Nie mam pojęcia. Jego motywacją, siłą napędową, która skłoniła go do działania był niewątpliwie strach. Mówił, robił te wszystkie przerażające rzeczy, powołując się na demokratyczne prawo, jakim jest wolność słowa. Zgodnie z nim, każdy ma prawo do publicznego wyrażania swojej opinii. W pewnym sensie to właśnie demokracja dała mu do ręki broń, którą się posługiwał, oręż, którym tak wymachiwał. Jeśli spojrzeć na to w ten sposób, niewątpliwie był dzieckiem demokracji. Jego przypadek należy jednak potraktować jako swego rodzaju ostrzeżenie. Trzeba mieć na oku ludzi takich jak on, którzy nadużywają swojej władzy, przywilejów, łamią podstawowe prawa człowieka. I bacznie przyglądać się temu, co robią, żeby w porę zareagować, lub, jeśli będzie to konieczne, powstrzymać ich, zanim będzie za późno.

Film jest czarno-biały. Dlaczego?

Musiał taki być. Nie było innego wyjścia. A to dlatego, że George wykorzystał w nim sporo materiałów archiwalnych, starych, czarno-białych nagrań z tamtych lat z wypowiedziami McCarthy'ego, zarówno kiedy to on urządzał spektakularne przesłuchania w wielu wypadkach bezpodstawnie oskarżonych o sympatyzowanie z komunistami osób, jak i kiedy to on sam był przesłuchiwany przez komisję. Żeby film stanowił integralną całość; żeby te oryginalne, historyczne nagrania nie wyróżniały się za bardzo od całej reszty, żeby bardziej do niej pasowały, postanowił, że film będzie czarno-biały. Poza tym, moim zdaniem, to jego dodatkowy atut; każdy kadr zyskuje niesamowitą głębię i wyraz. Ta czarno-biała tonacja nabiera cech metafory, podkreślając ile odcieni szarości jest tak naprawdę między czernią i bielą, jak złożonymi, wymykającymi się jednoznacznym ocenom postaciami są McCarthy i Murrow.

Czy według Pana Murrow przewraca się w grobie przyglądając się stanowi współczesnego dziennikarstwa i dzisiejszym przedstawicielom tego zawodu?

Są tacy profesjonalni, rzetelni, prawi dziennikarze walczący każdego dnia o to, żeby prawda przebiła się do ludzi i ujrzała światło dzienne, zawsze na tropie nadużyć, którzy czują, że tym, co robią pełnią ważną misję w społeczeństwie, że to, co robią, robią dla ludzi, dziennikarze z powołania, którym zapewne kibicuje, i z których jest dumny. Ale są też i tacy, którzy nie powinni nazywać się dziennikarzami, tacy, którzy manipulują prawdą lub ją sobie sami wymyślają. Jeśli przygląda się także i im, bardzo możliwe, że przewraca się w grobie. Na pewno przewraca się w grobie, widząc, że jego przepowiednia się spełniła i największy wpływ na to, co jest pokazywane w telewizji, mają ci, którzy mają najwięcej pieniędzy.

Dziękuję za rozmowę.


Agnieszka Duda