Olbrychski o roli u twórcy "Czterech wesel i pogrzebu": chciał sprawdzić, jak mówię po angielsku

Daniel Olbrychski
Mike Newell przyleciał do Warszawy, by zjeść ze mną obiad i porozmawiać. Rozmowa miała charakter towarzyski - opowiada nam wybitny polski aktor. Olbrychski zdradza Stopklatce, czemu wciąż nie ma wieści o starcie zdjęć do kolejnego zagranicznego projektu z jego udziałem.

Michał Hernes: Chciałbym pana zapytać o film „Reykjavik" Mike'a Newella, w którym ma pan zagrać…
Daniel Olbrychski: …w tym roku nie ruszyła jego realizacja, chociaż zdjęcia miały się rozpocząć. Miałem już nawet ustalony harmonogram, jak połączyć pracę w teatrze ze zdjęciami w Rejkiawiku i Berlinie. Przeczytałem też scenariusz i byłem przygotowany do grania w języku angielskim. Z jakichś powodów nie dopięto budżetu tej produkcji. Być może wynika to z faktu, że kolejnego Oscara dostał kolega Christoph Waltz i jego agent słusznie zażądał znacznie wyższego wynagrodzenia. W tej sytuacji zdjęcia zostały przełożone, ale nie wiem, na kiedy. Niewykluczone, że ruszą w przyszłym roku. Zaliczki jeszcze nie dostałem.

Ma pan zagrać marszałka Achromiejewa.
Tak, natomiast Michael Douglas wcieli się w Ronalda Reagana, a Waltz w Gorbaczowa. W tym filmie to trzy równorzędne postaci.

Reagan przekazał Gorbaczowowi dokumenty, które tamten pokazał Achromiejewowi.  Były to tajne dane przekazane Amerykanom przez Ryszarda Kuklińskiego. Czy w scenariuszu pojawia się polski akcent?
Nie ma go.

Salt
Trochę szkoda.
Rzeczywiście. Zwrócę na to uwagę reżyserowi, bo faktycznie Kukliński maczał palce w całej tej aferze.

Szczególnie, że Achromiejew zbladł na widok tych dokumentów.
To dobry temat.

Jak wrażenie po rozmowie z Mikem Newellem?
Jest bardzo dobrym reżyserem. Przyleciał do Warszawy po to, by zjeść ze mną obiad i porozmawiać. Zapewne chciał sprawdzić, jak mówię po angielsku.

Rozmowa dotyczyła filmu?
Nie, miała charakter towarzyski.

Co sądzi pan o postaci, w którą się pan wcieli?
Kiedy dostałem propozycję zagrania w tym filmie, w pierwszej kolejności zadzwoniłem do mojego serdecznego przyjaciela, Nikity Michałkowa, i powiedziałem mu, że nie wiem zbyt dużo o rosyjskim marszałku. Przysłał mi więc poświęcone mu filmy dokumentalne, które łącznie trwają sześć godzin. Na jednym z nich zarejestrowano spotkanie Achromiejewa z młodzieżą. W Związku Radzieckim był osobą bardzo popularną. Swój żywot zakończył wieszając się we własnym gabinecie na Kremlu.

W pożegnalnym liście napisał, że nie potrafi żyć patrząc, jak umiera to, w co wierzył.
Tak, to był fanatyczny marszałek, który w momencie rozpadu ZSRR popełnił samobójstwo. Cechowała go wielka konsekwencja w przekonaniach.

Wesele
Jest w tym coś z rosyjskiej duszy, zaprezentowanej chociażby w „Cyruliku Syberyjskim" Michałkowa, w którym pan zagrał.
Ma pan rację. To postać, której nie mógłby wymyślić Dostojewski, ponieważ nie dożył czasów Związku Radzieckiego. W historii marszałka jest coś z greckiej tragedii i szekspirowskiego dramatu. Bardzo chciałbym się w niego wcielić.

Czego jeszcze się pan o nim dowiedział?
To, co mam zagrać, jest wyraźnie napisane w scenariuszu. Niezależnie od tego chciałem zobaczyć, jak wyglądał. Podobny do niego nie jestem, ale można mnie troszkę ucharakteryzować. Gdy o nim czytałem, stanął mi przed oczami obraz człowieka bardzo inteligentnego, o chwilami groźnym spojrzeniu; kogoś tak pragmatycznego, że aż trudno uwierzyć, że targnął się na swoje życie. To tym bardziej ciekawe, że ktoś równie silny i uporządkowany skończył w taki sposób.

Stał przed widmem apokalipsy.
To prawda.

Pan od czasów młodości często jeździł do Związku Radzieckiego.
Jego mieszkańcy traktowali władzę jak Boga. Wynikało to z bizantyjskiej potrzeby posiadania najwyższego autorytetu. Choć Polacy i Rosjanie mają trochę podobny słowiański temperament, to cechuje nas zupełnie inna mentalność. My przyjęliśmy kulturę od cywilizowanego Rzymu i zachodniej Europy, tymczasem Rosjanie z Bizancjum. U nas liberum veto z jednej strony było przekleństwem, a z drugiej, jak słusznie zauważył Konwicki, wyrazem najwyższej doskonałości demokracji. Jeżeli jeden człowiek jest przeciw, to należy zwrócić na niego uwagę, bo a nuż ma rację. Inna sprawa, że doprowadziło nas to do upadku, ponieważ jeden przekupiony Polak bojkotował wszystkie posiedzenia sejmu. W ZSRR najważniejsza była natomiast jedna osoba, będąca u szczytu władzy. Decydowała o wszystkim z aprobatą i zgodą milionów obywateli. Bogiem był najpierw car, a potem sekretarz partii.
Nie zmienia to faktu, że Rosję zawsze zamieszkiwali wybitni artyści, którzy buntowali się przeciwko temu śpiewem bądź wielką literaturą. Nikt tak pięknie jak Tołstoj nie opisał istoty człowieczeństwa i świata. Nikt piękniej od mojego przyjaciela Wysockiego nie wyśpiewał dramatu tego kraju. Ludzie sztuki rozumieli dramat narodu, który zadawał ból innym krajom, ale przede wszystkim samemu sobie. Stalin wymordował dwadzieścia tysięcy polskich oficerów i co najmniej dwadzieścia milionów własnych obywateli. Dla nich nasze katyńskie ofiary są kroplą w morzu ich własnych krzywd. „Taki nasz los", jak to mówi prosty Rosjanin. Nie rozumieją, że należy go brać we własne ręce.

Skoro o muzyce mowa, nauczył się pan już grać na gitarze?
Raptem paru brzdąknięć.

Ziemia obiecana
Maryla Rodowicz deklarowała, że pana nauczy.
Nie zdążyła. Teraz w jednym spektaklu teatralnym gram krótko na gitarze.

Martin Scorsese wybrał dwadzieścia jeden najlepszych polskich filmów, które zostaną pokazane w Ameryce w ramach cyklu „Arcydzieła polskiej kinematografii". Są na niej między innymi „Ziemia obiecana" i „Wesele", w których pan zagrał.
Spotkał mnie wielki przywilej, że zagrałem w trzynastu filmach Andrzeja Wajdy. Nie słyszałem o tej inicjatywie.

Czy to prawda, że fragment „Ziemi obiecanej" z pijanym Weltem-Pszoniakiem wymyślił pan o trzeciej w nocy w SPATiFie?
Dokładnie, łącznie z ruchem kamery. Pierwotnie ta scena miała być jakby żywcem wzięta z Reymonta. Miałem wyciągnąć Welta-Pszoniaka z sali balowej, w której tańczyły tłumy. Wynajęto już nawet salę i zorganizowano setkę statystów, którzy mieli tańczyć. Nocną porą w łódzkim Spatifie doszedłem do wniosku, że jeśli mam go obudzić, to najpierw muszę go wynieść sztywnego jak belę. Na oczach kamery w ciągu jednej minuty doprowadziłem go, a następnie wskoczył na płot i krzyknął: „Mamy pieniądze!". Kamera znajdowała się po drugiej stronie ulicy.
[Rozmawiał: Michał Hernes]
Wywiad został przeprowadzony w trakcie Festiwalu Aktorstwa Filmowego we Wrocławiu.