Philip Seymour Hoffman zaczynał w Polsce

Philip Seymour Hoffman
W 2006 roku Stopklatka pisała o tym, że jednym z pierwszych filmów, w którym zagrał Philip Seymour Hoffman, był „Szuler" z 1992 roku, w reżyserii Adka Drabińskiego. Dziś przypominamy tekst, wraz z wypowiedziami osób, które miały przyjemność współpracować ze zmarłym w miniony weekend aktorem.

W "Szulerze" Hoffman był stangretem głównego bohatera opowieści - karcianego hochsztaplera barona Rudolfa de Seve (Justin Deas), któremu nieodłącznie towarzyszył. Oprócz Amerykanów w filmie wystąpili Polacy, m.in. Jerzy Zelnik, Jerzy Kryszak, Marzena Trybała i debiutująca wówczas na ekranie Ewa Gawryluk.

Hoffman wygrał casting na rolę stangreta. Zatrudniłem go bez namysłu - wspomina reżyser Adek Drabiński. - Nie miał za sobą żadnego doświadczenia aktorskiego, tylko jakieś kursy i dużo chęci. Ale czułem, że to w środku jest wielki aktor.

Jerzy Zelnik: Bardzo się na planie "Szulera" polubiliśmy. On miał nieco ponad 20 lat, ale już wtedy grał fantastycznie. Reżyser mówił mi, że jeszcze o nim usłyszę. I tak się stało.

Elżbieta Stankiewicz, kierownik planu "Szulera": Pamiętam Hoffmana jako skromnego, skoncentrowanego na pracy człowieka. Inni aktorzy prowadzili bardziej rozrywkowe życie.

Za to w filmie właśnie Hoffman miał piękną scenę erotyczną z Ewą Gawryluk - wspomina Zbigniew Żmudzki, kierownik produkcji "Szulera".

Po pracy na planie aktor uwielbiał grać w karty. - Było nas czworo karciarzy - wspomina Joanna Sokalszczuk - Oprócz Philipa, także Justin Deas, Jan Szurmiej i ja. Potrafiliśmy kończyć brydżowe potyczki nawet o trzeciej rano.

„Szuler" dostał nagrodę za najlepszy debiut na festiwalu w Gdyni, nagrody im. Andrzeja Munka za reżyserię oraz zdjęcia Piotra Wójtowicza a także Srebrne Grona Lubuskiego Lata Filmowego.

Zdjęcia w Polsce trwały prawie trzy miesiące. Ekipa kręciła głównie w pałacach. Filmowcy odwiedzili Pszczynę, Nieborów, Arkadię, Książ, Lubiąż... Ale gdyby nie montażystka Teresa Miziołek i Zbigniew Żmudzki, nigdy nie zobaczylibyśmy filmu w znanej w Polsce wersji. Po montażu i udźwiękowieniu zostały wykonane trzy kopie. Wtedy ze Stanów przyszło polecenie, żeby je do nich wysłać - wspomina Żmudzki - Na szczęście jedną kopię schowaliśmy, bo w USA film został przemontowany, a zamiast muzyki Michała Urbaniaka nagrano inną. A to właśnie ta ocalona wersja krążyła po festiwalach.
 
[Redakcja]