Po skończonym sezonie dostaję serialowej amnezji

Noah Wyle
Tego aktora wielu Polaków kojarzy z dawnych lat jako sympatycznego doktora Johna Cartera z „Ostrego dyżuru". Obecnie  Noah Wyle gra główną rolę w hitowym serialu „Wrogie niebo", który opowiada historię inwazji obcych, w wyniku której Ziemia pogrąża się w całkowitym chaosie. Większość ludzkiej populacji ginie, a resztki ocalonych starają się stawić opór wrogom. W Polsce drugą serię produkcji na antenie Scifi Universal oglądać można w środy o godz. 22.00, a już w czerwcu pojawi się trzeci sezon.

Anna Tatarska: W 2011 pierwszy odcinek „Wrogiego nieba" miał w USA świetne otwarcie – obejrzało go 5.9 miliona widzów. Od tamtej pory serial wciąż utrzymuje wysokie wyniki. Czy jego wielka popularność była dla Pana zaskoczeniem?
 
Noah Wyle: Byłem mile zaskoczony. Myślę, że miał na to zarówno wpływ sposób, w jaki TNT [stacja, która emituje serial w USA – przyp.red.] reklamowało serial, jak i nazwisko Stevena Spielberga, który jest producentem wykonawczym. Spodziewałem się, że projekt spodoba się publiczności, ale wszyscy byliśmy zaskoczeni skalą jego popularności.
 
Skoro wspomniał Pan o Spielbergu – jaki ma on wpływ na kształt serialu ?
 
Od dawna pracuję ze Stevenem, był producentem wykonawczym jeszcze przy „Ostrym dyżurze". Dlatego mogę z pełnym przekonaniem powiedzieć, że w tamtym przypadku jego udział był peryferyjny, właściwie tylko firmował przedsięwzięcie swoim nazwiskiem. Tym razem jest całkiem inaczej. Jest bardzo zaangażowany w kreatywny proces. Oczywiście jego wkład zależy od tego, czy w danym momencie sam nie reżyseruje. Czyta wszystkie scenariusze, nanosi poprawki, sugeruje zmiany fabuły, pomaga przy castingu. Ogląda kolejne odcinki i podsyła nam swoje uwagi. Jest też bardzo zaangażowany w efekty wizualne, które powstają w postprodukcji w studiu Zoic. Czasami pojawia się też na planie. Wszyscy członkowie ekipy mają wrażenie, że nas obserwuje i nam kibicuje.
 
A jak wygląda Pana wkład w postać Toma Masona czy poszczególne wątki fabularne?
 
Od początku drugiej serii jestem producentem serialu. Ale nawet wcześniej chętnie przyjmowano każdą sugestię czy inicjatywę z mojej strony, wręcz namawiano mnie do kreatywnego wkładu w ten projekt. Rzeczywiście mam sporo pomysłów, które zgłaszam „górze". Czasami zostają wykorzystane, czasami nie. Ale na pewno mam wpływ na kształt mojej postaci i jej losy.
@page_break@
Wrogie niebo
W Polsce oglądamy obecnie powtórkowo drugi sezon „Wrogiego nieba". Czy ma Pan jakiś ulubiony odcinek lub moment tego sezonu?
 
W trzecim sezonie zaliczam dość spektakularną bójkę z postacią Johna Pope'a [gra go Colin Cunningham – przyp.red.]... a w drugim? Na pewno spędzam tam sporo czasu z Kapitanem Danem Weaverem [Will Patton], ale trudno mi przywołać jakiś konkretny moment. Z serialami działa to tak, że jak tylko skończy się nagrywać sezon, człowiek doznaje niespodziewanej amnezji. To chyba taka forma samoobrony, bo praca na planie ma też swoje ciemne strony, bywa wyczerpująca. Zapominając, robimy miejsce na dalszą ciężką pracę.
 
Serial rozgrywa się w post-apokaliptycznym Bostonie. Czy ostatnie wydarzenia w tym mieście sprawiły, że pomyślał Pan, że „Wrogie niebo" to nie tylko oderwane od rzeczywistości sci-fi, ale i w pewnym sensie aktualna metafora społeczna?
 
To zabawne, że Pani o to pyta, bo dosłownie dziś rano, już niemal miesiąc po tym wydarzeniach, przyszło mi to na myśl. Teraz akurat nie kręcimy w Bostonie, przenieśliśmy się do Karoliny Południowej. Ale zawsze uważałem, że nasz serial jest metaforyczny. Nawet bez kontekstu wybuchów podczas maratonu traktowałem go jako paralelę wobec recesji, w jakiej wciąż jest nasz kraj. Ludzie tracą pracę, są wyrzucani ze swoich domów, nie mogą dłużej opierać poczucia własnej tożsamości na przesłankach, które wydawały się trwałe jeszcze kilka lat temu. Rozdziela się rodziny, ich życia zmieniają się diametralnie. Kiedy widzę takie nagłówki w gazetach, podobieństwo sytuacji w życiu i w serialu staje się widoczne. Co prawda w serialu ścigają nas kosmici, ale jeśli tylko zamienimy ich na banki, które zabierają ludziom dom i samochód, nie jest wcale trudno dostrzec, że te sytuacje naprawdę wiele łączy.
 
Jest Pan osobą publiczną. Wielokrotnie angażował się Pan w rozmaite akcje społeczne. Dlaczego to dla Pana ważne?
 
Sam zadaję sobie to pytanie. Udział w takich inicjatywach na pewno nie jest niczyim obowiązkiem ani koniecznością. Oczywiście, niekiedy obecność znanej twarzy potrafi być bardzo pomocna: może nagłośnić sprawę, wysłać ją na pierwsze strony gazet i do nagłówków wiadomości. Ale bywały też sytuacje, w których oficjalne wsparcie gwiazdy wpływało negatywnie na daną sprawę i organizatorzy zbierali za to cięgi. Według mnie aktor nie musi być zaangażowany politycznie. Nie musi nawet być osobą publiczną, a na pewno żadnym wzorem cnót. Ja podejmuję takie decyzje samodzielnie. Czasami na moje biurko trafia szkic jakiegoś projektu, który ma szanse pomóc komuś, kogo znam lub z kim potrafię się utożsamić. Wtedy mogę wziąć w tym udział.
@page_break@
Czy sądzi Pan, że telewizja, ze względu na właściwie nieograniczoną dostępność i rozwijającą się technologię, to skuteczniejszy sposób dotarcia do publiczności i wpływania na nią?
 
To jedna z tych rzeczy, którą sobie wmawiamy, kiedy decydujemy się na udział w telewizyjnej produkcji [śmieje się]. Ale rzeczywiście była to jedna z rzeczy, które zachęciły mnie do zagrania w tym serialu. Koncepcja przebudowy społeczeństwa poprzez obrazy wydaje mi się bardzo interesująca. Warto zaznaczyć, że w przeszłości tę koncepcję wykorzystywano zarówno dla dobrych, jak i złych celów.

Ostry dyżur
 
Czy trzeci sezon „Wrogiego nieba" będzie ostatnim? A może, wzorem „Firefly", macie plany stworzenia filmu na podstawie serialu?
 
Na temat filmu naprawdę nic mi nie wiadomo. Ale TNT poważnie traktuje ten serial i ma dla niego specjalne miejsce w sercu. Już zbierany jest zespół, który będzie pracował nad kolejną odsłoną. Pewne jest, że w sierpniu wracamy do pracy, więc trzeci sezon na pewno nie będzie ostatnim. 
 
Kiedy fani zatrzymują Pana na ulicy, jest Pan dla nich już Tomem Masonem, czy niektórzy wciąż jeszcze widzą w Panu doktora Cartera?
 
Powiedziałbym, że reakcje rozkładają się po równo na trzy części: Tom Mason, John Carter i Flynn Carsen, którego gram w serialu „The Librarian". Choć zauważam, że fani „Ostrego dyżuru" posuwają się wyraźnie w latach. Ale przecież ja też się starzeję, więc każdy, kto oglądał ten serial też musi, taka jest kolej rzeczy.
 
[Anna Tatarska]