Polskie kino 2013: Gdy kij nie trafia w mrowisko

Imagine, reż. Andrzej Jakimowski
Nie ma co popadać w hurraoptymizm, ale na wstępie podsumowania 2013 roku w polskim kinie można powiedzieć: jest progres. Termin „polskie kino" przestaje wywoływać uśmiech politowania, a przypadkowi widzowie w kasach kina mamieni przez bileterów opcjami na najbliższy seans nie wywracają oczu, kiedy dostają propozycję obcowania z rodzimą kinematografią. Chyba powoli równamy do średniego poziomu repertuaru dystrybucyjnego. Przynajmniej w kwestii rzemiosła.
Gorzej, jeśli weźmiemy pod uwagę treść. Bo chociaż nagród na zachodnich festiwalach wysokiej klasy zdobywamy coraz więcej, nie było w minionym roku polskich filmów, które zapiszą się w annałach historii. Niewiele z nich trafi też zapewne do podręczników rekomendowanych na studiach filmoznawczych. Tworzenie rankingów, wyróżnianie awangardy czy ubieranie któregoś z twórców w żółtą koszulkę lidera mija się z celem. O wiele ciekawsza wydaja się analiza zjawisk, które w minionym roku przetoczyły się przez polską kulturę filmową.

Najważniejszym z nich jest bez wątpienia próba odejścia od klasycznego modelu narracji. Reżyserzy nie usiłują już dialogami bohaterów nazywać wykonywanych przezeń czynności. Ufność w inteligencję widza zaowocowała. Uszy przestały puchnąć od topornych dialogów, a oczy nawet zadrżały, przypatrując się maestrii kadrów w „Imagine" Andrzeja Jakimowskiego, wykorzystaniu ikonografii gejowskiej w „Płynących wieżowcach" Tomasza Wasilewskiego czy przerysowanemu uniwersum Katarzyny Rosłaniec w „Bejbi Blues".

Płynące wieżowce
Pierwszy z wymienionych twórców poradził sobie najlepiej w łączeniu formy i treści. Jego film to fascynujące studium pragnienia fizycznego piękna. Bohaterowie, mimo że niewidomi, za wszelką cenę chcą się podobać.  Nie mając nawet wyobrażeń o własnym wyglądzie, zatracają się w udoskonalaniu swojej zewnętrzności: „defekt" oczu skrywają za ciemnymi okularami, a ciało przyodziewają w doskonale dobrane stroje, podkreślające sylwetkę, dodające seksapilu. Kiedy pojawia się między nimi fałszywy prorok, który pozwoli im wierzyć, że mogą poruszać się, jak osoby widzące, największym zawodem okaże się nie brak samodzielności, ale to, że z pomocnikiem u boku nie jest się tak seksi, jak w pojedynkę.
 
Odwrotną sytuację pokazała Katarzyna Rosłaniec, która w „Bejbi Blues" próbowała nas przekonać, że największym marzeniem młodych ludzi w Polsce jest chęć posiadania osoby, kompletnie zależnej, która nas bezgranicznie pokocha, zaakceptuje takimi, jakimi jesteśmy. A więc dziecko. Punkt wyjścia ciekawy, a forma, w jaką ten wywód ubrano pociągająca. Kiedy film pokazywano na festiwalu Kinoteka w Londynie, brytyjska publiczność dała się mu porwać bez reszty, widząc w reżyserce Felliniego w spódnicy. Przerysowana i przejaskrawiona opowieść w ojczyźnie reżyserki nie trafiła na równie podatny grunt.

Krytyce podobały się za to „Płynące wieżowce" Wasilewskiego, którego chwalono przede wszystkim za estetyczną wrażliwość, wizualne wyczucie i myślenie obrazami. Młody reżyser (to jego drugi po debiutanckim „W sypialni" film) opowiada o miłosnym trójkącie pomiędzy dwoma mężczyznami i partnerką jednego z nich w nieoczywisty sposób. Na jego utwór składają się dziesiątki nawiązań do ikonicznych przedstawień kina gejowskiego: urodziwi, „męscy" aktorzy w osobach Mateusza Banasiuk i Bartosza Gelnera prężą muskuły i odsłaniają atletyczne klaty (pierwszy gra tu pływaka), a homoseksualne zbliżenia odbywają się w miejscach żywcem wyjętych z gejowskich pornosów (publiczne toalety, osiedlowa brama, samochód). Jednak twórca uparcie twierdzi, że nie zrobił filmu o gejach, tylko o... emocjach.

Papusza
Bo zachowawczość to największy spośród aktualnych problemów polskiego kina, które pozornie coraz śmielej odchodzi od tematów środka, grzecznych, poprawnie politycznie. W minionym roku obszar zainteresowań przesunął się na skrzydła, na ekran trafili bohaterowie i postaci z marginesu, do głosu dopuszczono przedstawicieli antypodów. Rok 2013 rokiem mniejszości, chciałoby się zakrzyknąć. Obcowaliśmy z przedstawicielami mniejszości etnicznych („Papusza" Joanny Kos-Krauze i Krzysztofa Krauzego, „Ida" Pawła Pawlikowskiego) czy seksualnych („W imię..." Małgorzaty Szumowskiej, wspomniane „Płynące wieżowce" Tomasza Wasilewskiego czy „W ukryciu" Jana Kidawy-Błońskiego), dopuszczono do głosu także pomijane dotąd osoby nie będące w pełni władz fizycznych, jak chory na porażenie mózgowe Tomek („Chce się żyć" Macieja Pieprzycy) czy niewidomi bohaterowie Jakimowskiego z „Imagine". I – jak już zostało powiedziane – często były to opowieści przejmujące, jednak żaden z twórców nie  zdecydował się włożyć kija w mrowisko.

W przypadku „W imię...", „W ukryciu" i „Płynących wieżowców" przekonywano, że nie mamy do czynienia z kinem LGBT, tylko „filmami o emocjach/uczuciach/samotności". "Chce się żyć" odmalował trudne losy bohatera z porażeniem, ale ku pokrzepieniu serc niepełnosprawnych i ich rodzin. „Ida" i „Papusza" z zamierzenia nie wikłały się w rozliczanie relacji Polacy-mniejszości. Wybierając intymną perspektywę, ich twórcy próbowali otworzyć wnętrze jednostki, przeoranej przez historię, nie tę przez duże „ha", ale tę małą, złożoną z prywatnych dramatów i osobistych doświadczeń (co oczywiście trudno uznać za wadę).
 
 
„Papusza" jest zresztą częścią znamiennego dla polskiego kina A.D. 2013 zainteresowania artystów innymi artystami. Reżyserzy chętnie kierowali swoje kamery na poetów, muzyków czy siebie samych. Tak było w fabularnym filmie Joanny Kos-Krauze i Krzysztofa Krauze, w którym tytułowa bohaterka to pierwsza romska poetka, spopularyzowana przez Juliana Tuwima. Tak było w dokumentach: „Miłości" Filipa Dzierżawskiego i „Ojcu i synu" oraz „Podróży ojca i syna" - czyli tego samego filmu w dwóch różnych wersjach montażowych – ojca –Marcela Łozińskiego i syna – Pawła Łozińskiego. Twórcy tych obrazów, chociaż korzystają z różnych poetyk, próbują dotrzeć do tego samego jądra – artyzmu i indywidualizmu, które przebijają się ponad wspólnotę – społeczność, grupę przyjaciół czy wreszcie rodzinę. To zaskakujące, jak w dobie tabloidów odzierających artystów z resztek życia prywatnego, można głęboko wejrzeć, ile rzeczy pozostaje do odkrycia, jeśli tylko wie się, czego się szuka. To bez wątpienia trzy ubiegłoroczne sukcesy. W podobny sposób można też spojrzeć na „Wenus w futrze" Romana Polańskiego. Reżyser stworzył quasi-autobiografię, w której, odwołując się do życia prywatnego, parafrazuje je: w filmie gra jedynie dwójka aktorów: ucharakteryzowany na Polańskiego Mathieu Amalric i Emmanuelle Seigner, prywatnie żona reżysera, a w dialogach pojawia się choćby żart z pedofilii. „Wenus w futrze" to zwycięstwo dystansu i zdrowego rozsądku nad tymi, którzy wciąż próbują wywlekać i prać publicznie brudy z przeszłości. Film twórcy „Matni" najlepiej podsumowują słowa jednej z polskich krytyczek filmowych, która żartowała, że reżyser przez półtorej godziny pokazuje nam... własną sypialnię.
Ida
Dystansu tworzącego na Zachodzie Polańskiego zabrakło twórcom robiącym swoje filmy w Polsce. Nic dziwnego, że ich produkcje, choć pod kątem realizatorskim wykazują sprawność, w przekazie okazują się publicystyką. W Polsce nie doświadczyliśmy charakterystycznego dla innych kinematografii zjawiska kina emancypacyjnego. Chociaż na Zachodzie etykieta „filmu gejowskiego" czy „multikulturowego" to już dziś wytarta metka, w Polsce wciąż jest w stanie wywołać strach. Pojawia się więc swoisty paradoks: twórcy (rozumiani tu nie tylko jako reżyser czy scenarzysta filmu, ale też producent czy dystrybutor, odpowiedzialni za sposób, w jaki dzieło jest sprzedawane) doceniają inteligencję widza, tylko jeśli chodzi o sposób narracji. Kiedy pojawia się kwestia tematyki, chowają głowę w piasek, udając, że snują inną historię niż ta, którą oglądamy na ekranie.  W tym kontekście zupełnie zrozumiałe wydaje się, że nadzieja rodzimego kina – Katarzyna Klimkiewicz, żywo zainteresowana tematem konfrontacji kultur, zdecydowała się zrobić swój pełnometrażowy debiut za granicą. Jej „Flying Blind" to przykład bezpretensjonalnej reakcji na współczesność: na kulejącą politykę multikulturową i konsekwencje paranoi wynikającej z lęku przed „innym" i zarazem pożądania go. Klimkiewicz, mimo młodego wieku, stworzyła dojrzałą opowieść, która w Polsce została doceniona choćby na festiwalu Młodzi i Film w Koszalinie. Czyżby Szumowska, Wasilewski, Kidawa-Błoński czy Pieprzyca musieli nakręcić swoje filmy na Zachodzie, żeby te były zwolnienie z tezy i zachowawczości i nazywały rzeczy po imieniu? Nie muszą i jest na to dowód. Jest nim - naturalnie - Smarzowski i jego "Drogówka".
[Artur Zaborski]