Powiedziałem już wszystko co miałem do powiedzenia. Luc Besson specjalnie dla Stopklatki

Przyjechał do Polski żeby promować swój najnowszy film, "Angel-A". To jego pierwszy film od czasu kiedy niemal siedem lat temu nakręcił "Joannę d'Arc". "Angel-A" to 9. film w jego karierze. Numer 10. to animowany "Arthur and the Minimoys". Kiedyś postanowił, że wyreżyseruje tylko 10. filmów. W tym momencie zamierza dotrzymać tej obietnicy. Czuje się spełniony i szczęśliwy. Z Lukiem Bessonem rozmawiamy o jego najnowszym obrazie, dojrzewaniu i mężczyznach nie akceptujących kobiety w sobie.


Monika Marach: Przez kilka ostatnich lat nie wyreżyserował pan żadnego filmu. Czy przez ten czas kiedy nie stawał pan za kamerą nie tęsknił pan do reżyserowania?

Luc Besson:
Czasem trzeba zamknąć usta i milczeć. Kiedy nie mam nic do powiedzenia, nie mam się z czym ludziom pokazać, muszę poczekać aż dojrzeję, dorosnę do podejmowania jakichś kwestii. Zrobiłem już 10 filmów, więc o kilku rzeczach zdążyłem już opowiedzieć. Byłem ich pewien, nadszedł ich czas... Dzięki temu czuję się bardziej wiarygodny. I wcale nie jest tak, że od kilku lat w ogóle nie reżyseruję. Od pięciu lat pracuję nad "Arthur and the Minimoys", filmem animowanym, którego scenariusz napisałem na podstawie swojej książki. Przygotowania do jego realizacji rozpocząłem rok po "Joannie d'Arc". Więc tak naprawdę nie mam żadnej przerwy w pracy. Od pięciu lat ciężko pracuję także jako reżyser.

Jak wyglądało dojrzewanie do "Angel-A"? Scenariusz tego filmu przeleżał przecież w szufladzie przez 10 lat.

Pomysł na ten film przyszedł dawno temu, ale w pewnym momencie poczułem, że chyba jestem jeszcze za młody na to, żeby napisać go dobrze. Wiedziałem o czym chciałbym opowiedzieć, ale nie za bardzo znałem odpowiednie słowa, żeby móc o tym mówić. To sytuacja podobna do tej kiedy masz 14 lat i chcesz powiedzieć dziewczynie, że ją kochasz. Doskonale wiesz co czujesz, ale nie bardzo wiesz co masz powiedzieć. Mówi się wtedy strasznie głupie rzeczy. Na przykład 'Chcesz iść ze mną do kina?' Kiedy jest się dorosłym ma się umiejętność znajdowania i odpowiednich słów, i odpowiedniego momentu żeby je wypowiedzieć. Tak było w przypadku "Angel-A". Musiałem jeszcze kilka razy dostać w głowę, a na moim ciele musiało pojawić się kilka nowych blizn.

Musiał pan też spotkać Rie Rasmussen. Mówi pan, że to jej entuzjazm zachęcił pana do powrotu do reżyserii.

Spotkaliśmy się tak, jak zazwyczaj spotykają się ludzie w tym biznesie. Rie chciała reżyserować filmy. Jestem producentem, moja firma wspiera młodych filmowców, więc przysyłała mi napisane przez siebie scenariusze, które mi się spodobały. Spotkaliśmy się, zostaliśmy przyjaciółmi, a pewnego dnia pomyślałem sobie, że świetnie pasowałaby do tego projektu, który zacząłem pisać wiele lat temu. Wyciągnąłem wtedy scenariusz "Angel-A", przeczytałem go jeszcze raz i poprawiłem. Potem spotkałem Jamela, przeczytałem scenariusz znowu i doszedłem do wniosku, że mam już wszystkie potrzebne mi elementy.

Miał pan też Paryż, który w filmie wygląda niezwykle. Czy takie piękne obrazy wymagają jakichś szczególnych zabiegów?

Nie zmieniłem w Paryżu niczego. Nie potrzebowaliśmy nawet żadnego specjalnego światła. Ono już tu jest. Trzeba poczekać tylko na odpowiedni moment, dobrać odpowiedni kąt... Wystarczy. Paryż jest bardzo fotogeniczny. Wygląda pięknie z każdej perspektywy. Jest go znacznie łatwiej filmować niż na przykład Nowy Jork, w którym wszystko jest pionowe, a wysokie budynki źle komponują się w obiektywie. Trzeba odejść od nich bardzo daleko, a wtedy niewiele widać. Poza tym większość ulic leży w cieniu. Proszę mi uwierzyć filmowanie w Nowym Jorku może przyprawić o ból głowy.

Wybrał pan jednak Paryż i nakręcił w nim film o nieudaczniku z kryminalną przeszłością spotykającego kobietę-anioła, która mówi mu że zrobi dla niego wszystko. Ona jest dobra, on zły, ona wysoka, on niski, ona silna, on słaby. W pańskim filmie czarno-białe są nawet zdjęcia.

Bo "Angel-A" to film o przeciwieństwach, o jing i jang, o wysokiej blondynce i małym, ciemnym mężczyźnie, on jest w depresji, ona jest pełna życia. Czarno-biały obraz jest dopełnieniem tej opowieści. To też kolory jakich zazwyczaj używamy kiedy próbujemy zdefiniować otaczającą nas rzeczywistość, życie, społeczeństwo. Jedne rzeczy są białe, inne czarne. Zawsze też coś jest dobre, a coś jest złe. W "Angel-A" myślę też o tym, co wtedy, kiedy te dwa kolory są jednością? Co jeśli ten mały, ciemny facet i ta młoda, wysoka dziewczyna są jedną osobą? Co wtedy kiedy okaże się, że ona jest tym, kogo on ma wewnątrz?

Co wtedy?

Wtedy jest tak jak powinno być. Każdy mężczyzna jest w połowie kobietą. Wielu facetów to ignoruje, bo wydaje im się, że taka postawa nie pasuje do prawdziwego mężczyzny. Myślą sobie 'nie jestem homoseksualistą, jestem mężczyzną'. Nie potrafią zaakceptować połowy siebie, nie potrafią zaakceptować tego, że w połowie są kobietą. A przecież dopiero wtedy kiedy jesteśmy w pełni ze sobą pogodzeni, możemy funkcjonować i żyć normalnie.

Wspomniał pan, że od pięciu lat pracuje nad "Arthur and the Minimoys". Na jakim etapie znajduje się teraz produkcja tego filmu?

Prace powoli dobiegają końca, a film wejdzie do kin pod koniec roku. To duży film i kosztował mnie kilka lat życia. To naprawdę ogromne wyzwanie. Podobne do tego kiedy pięć lat zdecydowałem się zrealizować fantastycznonaukowy "Piąty element". To ten sam rozmiar tyle, że to jest film animowany. Jego realizacja kosztowała 70 milionów dolarów, udało mi się namówić do współpracy znakomite gwiazdy. To nie jest typowa, "pixarowa" animacja 3D. Łączy w sobie kilka technik i wydaje mi się, że obejrzenie go będzie dla każdego niezwykłym doświadczeniem. Chcę żeby w czasie seansu wszyscy siedzieli z otwartymi ustami, a po wyjściu z kina nie mogli przestać się zastanawiać 'Jak oni do cholery to zrobili???'

"Arthur" to dziesiąty film w pańskiej karierze. Czytałam, że już wiele lat temu postanowił pan nakręcić tylko 10 filmów. Naprawdę zamierza pan teraz zrezygnować z reżyserowania?

Kiedy masz trzy kule i to są trzy ostatnie kule w twoim pistolecie, to zaczynasz zastanawiać się jak ich użyć. Kilka lat temu, kiedy wiedziałem już, że według mojego planu mam do zrobienia jeszcze trzy filmy, otrzymałem propozycję z Hollywood. Położyli na stole kupę pieniędzy, zatrudnili znanych aktorów, a ja myślałem sobie 'Masz do zrobienia jeszcze trzy filmy. Czy naprawdę chcesz wziąć ten gówniany projekt i zostać z dwoma kulami?' Taka postawa to dowód na to, że jestem za siebie odpowiedzialny, to rodzaj ochrony przed podejmowaniem złych decyzji, ochrona własnej tożsamości i gwarancja na to, że wciąż będę szanował pracę, którą wykonuję. Teraz jestem niezmiernie dumny z faktu, że nakręciłem 10 filmów. Są jak moje dzieci i kocham je wszystkie. Kładę się spać i jestem szczęśliwym człowiekiem. Bardzo się cieszę, że przed zaśnięciem nie muszę myśleć 'Boże po co ja robiłem te wszystkie gówniane filmy?' Dla kasy? Po co mi ona? Mam sobie za nią kupić nowy samochód? Teraz czuję się spełniony wykonałem plan, wypełniłem misję. Kiedy jednak za pół roku ktoś przyjdzie do mnie z czymś co zrobi na mnie ogromne wrażenie, oczywiście podejmę wyzwanie. Nie jestem głupi. Nie zamierzam się w żaden sposób blokować. Teraz jednak w moim życiu rozpoczyna się zupełnie nowy okres. Okres, w którym nie potrzebuję reżyserować, bo na razie powiedziałem już wszystko co miałem do powiedzenia. Będę pisał, będę produkował, będę wspierał młodych filmowców. Chcę być blisko procesu tworzenia.


Monika Marach