Przepis na polskie seriale

Przepis na życie
Dlaczego oglądamy polskie seriale? Dlaczego polski widz bezlitośnie się z nich śmieje, ale jednocześnie spędza wiele godzin na śledzeniu losów ulubionych bohaterów? Cóż, kto by nie chciał przenieść się do Warszawy z "Przyjaciółek", gdzie nigdy nie ma korków, zawsze można zaparkować, a rachunki w zasadzie płacą się same.

Jak jest więc z serialową produkcją? Lepiej czy wciąż bez zmian? 
 
To, co powtarza się większości polskich produkcji to znaczący nacisk na rolę rodziny. To ona stanowi główny punkt odniesienia, nawet jeżeli pokazywana jest jako źródło opresji. Te są jednak marginalne, bo bliscy to zazwyczaj źródło wsparcia, ciepła i radości – wystarczy wymienić "Klan", "M jak miłość" czy "Przepis na życie", który w oryginalny i ciepły sposób nadaje nowy charakter relacjom rodzinnym, a także pokazuje przynajmniej kilku bohaterów w wieku późniejszym niż 35-45lat. 
 
Rzadziej, choć to zaczyna się zmieniać, bohaterowie to grupy przyjaciół czy współpracowników: "Prawo Agaty", "Hotel 52", "Lekarze" czy "Przyjaciółki". Wraz z tą zmianą, a także obniżeniem średniej wieku bohaterów - pojawiają się prawdziwe społeczne innowacje. Bohaterowie zaczynają uprawiać jogging, jogę czy medytację ("Lekarze"), jeżdżą na spontaniczne wypady za granicę ("Teraz albo nigdy")  czy rozmawiają o seksie, co w purytańskiej i aseksualnej przestrzeni rodziny tradycyjnej raczej nie ma miejsca ("Przyjaciółki").

Lekarze
Związki damsko-męskie pokazywane są wciąż raczej dość standardowo. Aczkolwiek z przewagą kobiecej aktywności – to bohaterki coraz częściej walczą o względy męskie, a nie odwrotnie ("Przyjaciółki"), są w tym nieraz bardzo agresywne, jak chociażby kobiety skupione wokół doktora Wanata (w tej roli Szymon Bobrowski) w "Lekarzach". Niestety oba wspomniane seriale dość niebezpiecznie balansują na granicy swoistej mizoginii, gdyż kreując postaci w domniemaniu nowoczesne i postępowe, tworzą de facto jedynie hałaśliwe, drapieżne, ale wciąż zakleszczone umysłowo, niesympatyczne kobiety.
 
Najgorsza jest chyba jednak dosłowność i przerysowania. W polskim serialu, jeżeli bohaterka jest przy kości i marzy o życiu rodzinnym, zamiast torebki nosi plecak z maskotką ( Patrycja, "Przyjaciółki"), jeżeli prowadzi modną restaurację, na głowie ma dredy, na ręce milion bransoletek i hippisowską spódnicę – aby widz nie miał cienia wątpliwości, że bohaterka to wolna, otwarta dusza (Anna, "Przepis na życie"). Tę przykrą dosłowność można nazwać zwyczajną niewiarą w widza. Twórca nie wierzy, że widz pozostanie przy nim bez pornografii hałasu, blichtru czy nachalnej retoryki.  Ciągle tkwimy w zaścianku, w którym jedynym znakiem nowoczesności stają się kolorowe szpilki, telefony czy kuchnia łączona z salonem. 

Przyjaciółki
Warto wspomnieć także o wyjątkowo słabych dialogach. Jak wygląda rozmowa dorosłych „postępowych" kobiet w "Przyjaciółkach"?:
Zuza: Pocałował mnie. Nie! To ja go pocałowałam!
Patrycja: ŁAAAAAAAAAAŁ! Z języczkiem?
Już bez porównywania tej wymiany zdań do "Seksu w wielkim mieście", brzmi to wystarczająco niezabawnie. Poza tym wciąż pojawia się masa zupełnie niepotrzebnych, sztywnych komunikatów, które nie wnoszą nic nowego, a jedynie „zatwierdzają" wcześniejsze słowa. Nie wiem, czy kadra scenarzystów jest tak źle finansowana, czy producenci ingerują w ich pracę. W efekcie jednak konflikty między bohaterami są zazwyczaj źle budowane i rozwiązywane, napięcie jest nieumiejętnie stopniowane, zwroty akcji powodowane tandetnymi rozwiązaniami, a co drugą scenę komentuje się nachalną, głośną muzyką (tu królują "Przyjaciółki" i "Lekarze").
 
SIŁA W TRADYCJI
Ciekawą woltę wykonał "Klan". Twórcy, wiedząc, że czas, kiedy był to serial pierwszej klasy (na możliwości naszej telewizji) bezpowrotnie minął i jeżeli ma się utrzymać na powierzchni to potrzeba mu świadomej ewolucji. Ewoluował więc w stronę egzaltowanej edukacji (nieustające wątki dot. ochrony środowiska, dbania o zdrowie, poprawnej diety czy aktywności fizycznej), farsy (dawniej wątek Anny Surmacz, teraz Feli i jego funeralne perypetie) i…latynoamerykańskiej telenoweli. Nie wiadomo, na ile świadomie zostało to wykreowane, ale teraz na "Klan" trudno patrzeć bez kampowych okularów przyjemności, gdyż narracja stała się jednolitą papką powtarzanych oczywistości i życiowych mądrości. 

Klan
"Klan" przesunął się w stronę wspomnianej telenoweli już nie tylko w warstwie fabularnej, ale i formalnej – obecnie każdy odcinek zaczyna się od kilkuzdaniowego powtórzenia czy też zreferowania najważniejszych wydarzeń z poprzedniego odcinka. To bardzo prosty zabieg, stosowany głównie po to, żeby ułatwić widzowi, który jakiś odcinek przegapił, zorientowanie się w sytuacji. Tak więc, jeżeli ktoś powie, że Klan utknął w miejscu i wciąż reprodukuje stare schematy – odpowiedzieć można, że wprawdzie nie załapał się na pociąg z post-soap , ale z brawurowym uporem pozostaje w swoim własnym sosie, coraz bardziej przyozdabiając się miernej jakości cliffhangerami, coraz mniej dbałą grą aktorską czy tragiczną muzyką z baz dźwiękowych .
 
Warto jednak pamiętać i oddać sprawiedliwość tytułowi, gdyż "Klan" już w latach 90tych przełamywał społeczne obawy Polaków - mieliśmy bohatera z HIV, geja, przepracowywanie rodzinnych traum (gwałt) czy chorób przewlekłych (Alzheimer). I to wszystko na długo przed TVNem i Polsatem i unijnym normami otwartej Europy. Klan konsekwentnie pokazuje osoby starsze, chore, wykluczone na prawach „normalnych" bohaterów, co nie jest oczywistością w telewizji. Ciocia Stasia czy Maciek z zespołem downa, to już nie tylko postaci serialowe, ale ikony. Zwłaszcza Maciek, który – co jakiś czas staje się gwiazdą Internetów to niewątpliwie kamień milowy historii polskiej telewizji. 

M jak miłość
NIC O NAS BEZ NAS
A może nasze polskie, rodzime seriale odzwierciedlają zwyczajnie to, jacy sami jesteśmy? Pretensjonalnie patriarchalni, zakleszczeni w normatywach, których nie rozumiemy, których więc nie umiemy celnie rozbić i opowiedzieć? 
 
Czy czeka nas jakiś przełom, jakaś znacząca zmiana, dzięki której, chcąc opisać dobry, polski  serial obyczajowy nie będzie trzeba odwoływać się do "Domu"? Trudno powiedzieć. Serial o Polaku i jego codzienności to wciąż opowieść o opresyjnym świecie, z którego uciekł lub fantazji, do której aspiruje. Jest zazwyczaj napisany drukowanymi literami, jakby fizycznie niezdolny do subtelności. Niechlubnym dowodem polskiego gustu AD 2013 niech będzie popularność topornego serialu o Annie German, który niedawno podbił serca rodaków, wynosząc Joannę Moro na szczyt celebryckich horyzontów. Na razie pozostaje więc cieszyć się z tego, że seriali produkuje się coraz więcej [poniżej przygotowaliśmy zestawienie*], w coraz ciekawszych obsadach i z większym nakładem finansowym. Prędzej czy później statystyka musi zadziałać na korzyść wymagających widzów i doczekamy się dobrze opowiedzianych, ciekawych historii i intrygujących, niezapomnianych bohaterów.
 
*Polskie menu, czyli co tak właściwie widz-patriota ma do wyboru na serialowym talerzu? 
 
1) W pierwszej grupie ważnych tytułów wymienić trzeba produkcje codziennie emitowane, towarzyszące widzom już od wielu lat. "Klan", miotające się obecnie wizerunkowo "M jak miłość" czy "Na wspólnej". Temu ostatniemu grozi ponoć zdjęcie z anteny, ale nikt tych wieści na razie nie potwierdza, a takie groźby co jakiś czas krążą wokół różnych tytułów.
 
2) Sporą popularnością przez długi czas cieszyło się "Ranczo", które w zgrabny sposób bawiło się wizerunkiem polskiej wiochy i rozwijającej się mieściny. W tym samym worku znajdziemy dość bezbarwną "Blondynkę", czy przeznaczone tylko dla serialowych twardzieli – "Rozlewisko" z Joanną Brodzik w roli głównej.

3) Potem będą seriale o lekarzach, czyli niegdyś niezłe, "Na dobre i na złe" czy popularni "Lekarze", którzy, pomimo pewnej odwagi jak na standardy naszej telewizji, nie odbiegają znacząco od reguł, do których polski widz jest przyzwyczajony.  

Prawo Agaty
4) Inną kategorią będą seriale „aspirujące" jak chociażby "Przyjaciółki", "Prawo Agaty" czy "Teraz albo nigdy". Pokazują kolorowy świat bogatych ludzi, którzy nie przynależą ani do klasy średniej, wyższej ani właściwie żadnej. Ewentualnie do klasy ludzi, którzy nie dbają jak wydają pieniądze, nie do końca wiadomo, skąd je mają, czym opłacają swoje modne ubrania, śniadania w kafejkach, lunche czy wypady na paintball. Wiadomo jednak, że niejeden „słoik" czy nieszczęśnie zmęczony pracą „leming" chciałby przenieść się do Warszawy z "Przyjaciółek", gdzie nigdy nie ma korków, zawsze można zaparkować, a rachunki w zasadzie płacą się same. Z wymienionego grona jedynie pozytywnie wybija się "Prawo Agaty", które, choć wciąż opierające się na przewidywalnych standardach narracyjnych, ma w roli głównej niebanalną postać kobiecą, której głównym życiowych tworzywem jest praca, a nie romanse. 
 
5) Jeszcze innym tematem będą seriale komediowe czy kryminalne. Podobnie jak telenowele-kopie latynoamerykańskich produkcji, wśród których wymienić można hitowe: "Brzydulę", "Majkę" czy "Prosto w serce", w których reprodukowano skrajnie patriarchalne i szkodliwe wzorce (łącznie z wpieraniem polskiej widowni, że podczas cytologii może dojść przez przypadek do zapłodnienia In vitro). Na szczęście wydaje się, że etap tych produkcji mamy chwilowo za sobą, choć nie wiadomo do końca, czy się z tego cieszyć, skoro ich miejsce zastąpiły takie twory jak "Miłość na bogato" czy "Pamiętniki z wakacji"...
[Anna Petelenz]