RANKING: Chcesz wiedzieć, co to kino? Tych filmów nie możesz przegapić!

Jestem w dosyć trudnej sytuacji, dlatego że nie chciałbym faworyzować filmów konkursowych – frapuje się Roman Gutek, szef festiwalu Nowe Horyzonty, kiedy próbuję go namówić na wskazanie dziesięciu najlepszych pozycji z programu tegorocznej, 14. już edycji imprezy. Ostatecznie więc umawiamy się na wybór spośród nowych filmów pozakonkursowych. Nie będzie to jednak standardowy, "suchy" top 10. Gutek, świetny gawędziarz, rozprawiając o kinie, mówi też trochę o sobie. Facecie, którego intuicyjne – jak podkreśla – podejście do X muzy przyczyniło się do rozpropagowania w Polsce filmów zwanych dziś "nowohoryzontowymi".
"20 tysięcy dni na Ziemi", reż. Jane Pollard, Iain Forsyth

Dokument dwójki młodych reżyserów brytyjskich, którzy postanowili sfilmować jeden hipotetyczny dzień z życia Nicka Cave'a. Myślę, że to ogromna gratka dla fanów tego wszechstronnego artysty, bo pamiętajmy, że on jest i kompozytorem, i pisarzem, i maluje. W filmie mamy sporo scen inscenizowanych, jest też trochę fragmentów koncertów. Przede wszystkim jednak film pokazuje nam genialnego artystę z bardzo ludzkiej strony; bo dowiadujemy się dużo na temat jego lęków, obsesji, wraca do dzieciństwa, mówi o religii, o pierwszych doświadczeniach erotycznych. Film dostał nagrodę za reżyserię na festiwalu w Sundance. Myślę, że jak najbardziej zasłużenie.



"Porwanie Michela Houellebecqa", reż. Guillaume Nicloux

Tak jak w przypadku filmu o Cavie, to też jest swoisty paradokument. Sytuacją wyjściową do powstania filmu było rzeczywiste zdarzenie. Kilka lat temu Houllebecq miał się pojawić w Belgii na serii spotkań z czytelnikami, by promować swoją nową książkę "Mapa i terytorium". No i się nie pojawił. Po czym okazało się, że ani jego agent, ani belgijscy organizatorzy nie wiedzieli, co się z nim stało. W świat poszły informacje, że pisarz został uprowadzony przez Al-Kaidę, a to dlatego, że w różnych publicznych wypowiedziach nie najlepiej mówił o dogmatach islamu. W Belgii, jak się szybko okazało, autor nie pojawił się z bardzo prozaicznego powodu: po prostu zapomniał o tych zobowiązaniach. Bardzo rzadko korzysta z telefonów, z maili, w czasie całego zamieszania siedział sobie na odludziu w Hiszpanii i nad czymś pracował. W filmie pisarz gra samego siebie, rzeczywiście porywa go jakichś trzech osiłków, wywozi gdzieś na prowincję, do mieszkania, którego właścicielami okazuje się być małżeństwo polsko-francuskie w podeszłym wieku. Tymczasem Houellebecq, co jest w tym wszystkim najdziwniejsze, traktuje to uprowadzenie jako rzecz zupełnie normalną, w ogóle się tym nie przejmuje, nie pyta o okup, prosi tylko o papierosy, wino i jakąś dziewczynę na noc. Porywacze spełniają jego wszystkie prośby, więc całe zdarzenie już w ogóle robi się mocno groteskowe. Później jednak okazuje się, że ta sytuacja była okazją do rozmowy, do satyry, kpiny ze świata mediów, które z tak banalnej sytuacji wykreowały coś nieprawdziwego, nadętego newsa. Jednocześnie film, znowu jak w przypadku dokumentu o Cavie, przybliża nam artystę; dowiadujemy się wiele na temat tego, co go inspiruje do pisania książek, jak on patrzy na ludzi, obserwuje ich, czym jest dla niego przemijanie, śmierć. Film miał światową premierę na tegorocznym festiwalu w Berlinie, w sekcji Forum Młodego Kina i jak można było przeczytać w wielu relacjach, ratował w ogóle honor festiwalu, bowiem konkurs był, przyznam, dosyć średni. "Porwanie..." tymczasem warto polecić nie tylko tym, którzy znają dorobek literacki Houellebecqa, bo niezależnie od tego jest to po prostu znakomite kino, ze świetnym pomysłem kreatywnego wymieszania fikcji z rzeczywistością.



"Super Duper Alice Cooper", reż. Sam Dunn, Reginald Harkema, Scot McFadyen

Muzyka w moim życiu jest bardzo ważna. Pamiętam czasy hipisów, kontrkultury, która w jakiś sposób docierała też do tej siermiężnej Polski końca lat 60. i początku 70. Byłem osobą, która się i buntowała, i nosiła długie włosy, wychowałem się na muzyce puszczanej w radiowej Trójce. Alice Cooper od zawsze był dla mnie postacią związaną właśnie z buntem, z przekraczaniem granic, a jednocześnie człowiekiem ważnym dla rozwoju rock and rolla. Często sięgam do biografii reżyserów, bo zawsze tak jest, że życie przeplata się z twórczością, osobowość autorów widać w ich filmach, przez które przefiltrowują świat. Nie inaczej jest z muzykami. Alice Cooper to z początku niby grzeczny chłopak, syn pastora, a później, na scenie, rodzi się w nim istny diabeł. To fascynująca, transgresywna postać, a film jest też o tyle ciekawy, że twórcy zgromadzili bardzo dużo materiałów archiwalnych. Pojawiają się przeróżne osobistości, na przykład Frank Zappa i inne postaci ważne dla muzyki przełomu lat 60. i 70. To jest także świetnie zrobiony film, nie na kolanach, jak trochę ma to miejsce, trzeba przyznać, w przypadku dokumentu o Cavie. Twórcy "Super Duper Alice Cooper" potrafili zachować sporo obiektywizmu. Opowieść jest rozciągnięta od końca lat 60. do czasów dzisiejszych, co stwarza okazję do pokazania różnych momentów z życia artysty, również tych ciemnych, bo on przecież rozstał się z muzyką, czy raczej musiał się z nią rozstać, kiedy już szedł na samo dno. I to też jest bardzo ciekawe, ten proces jego powrotu do normalnego życia i na scenę.



"Cuda", reż. Alice Rohrwacher

Ja lubię być w kinie zaskakiwany, lubię oglądać filmy na festiwalach, bo szczególnie na tych dużych jesteśmy z reguły pierwszymi widzami danego filmu, który najczęściej ma właśnie światową premierę. I nie przepadam też za szukaniem informacji o nowych filmach, nie czytam streszczeń czy opisów, często są one zresztą – i na naszym festiwalu także się to zdarza – nie do końca trafione. Kiedy wchodzę do kina, chcę więc być zaskoczonym, a najbardziej jestem ciekawy filmów nieznanych reżyserów, o których się słyszało mało lub wcale. I tak było w przypadku włoskiego filmu "Cuda", który pokazano w tym roku w głównym konkursie w Cannes. To jest drugi film w dorobku tej młodej dziewczyny, Alice Rohrwacher, i taki troszkę niedzisiejszy. Akcja dzieje się gdzieś na włoskiej prowincji, gdzie w zgodzie z naturą, żyje rodzina: matka, charyzmatyczny ojciec i cztery dziewczynki w wieku od kilku do dwunastu lat; świetnie zresztą wybrane te dziewczynki, zagrały znakomicie. W tym świecie ważna jest przyroda, rytm pór roku, nie ma tam komputerów, komórek, czas nie pędzi do przodu. Dziewczynki muszą pomagać ojcu, który ma pasiekę, przy wybieraniu miodu; ten miód jest w ogóle dość ważny w filmie. W pewnym momencie do tego uporządkowanego, zgodnego z naturą świata wkracza kilkunastoletni chłopak, Niemiec, który zostaje tu przysłany na resocjalizację. Ne pamiętam, czy dlatego, że brał narkotyki, czy jakieś przestępstwo popełnił, nie ma to zresztą znaczenia, sam wspomniany proces jest istotny. I ten chłopak burzy zastany porządek, przede wszystkim dziewczynki, od najstarszej po te młodsze, zaczynają się nim interesować. Budzą się hormony, pierwsze erotyczne fascynacje, zupełnie naturalne dla tego wieku. To piękny i mądry film o dojrzewaniu i inicjacji. Przypomniał mi najlepsze filmy o dzieciństwie, o tym świecie, kiedy nasza wyobraźnia pracuje najmocniej, jak na przykład "Nakarmić kruki" Saury, "Duch roju" Victora Erice. Niewiele jest teraz takich filmów, które, jak choćby pokazywany właśnie w kinach "Jak ojciec i syn" Koreedy, mówią o podstawowych wartościach, zasadach. "Cuda" będzie można zobaczyć na zamknięcie festiwalu.



"Wędrówka na Zachód", reż. Tsai Ming-liang

Na festiwalu pokażemy dwa filmy Tai Ming-lianga: "Bezpańskie psy", które brały udział w konkursie w Wenecji w ubiegłym roku, dostały tam zresztą jedną z ważniejszych nagród, rzecz właściwie między instalacją a filmem. Tutaj chciałbym rekomendować nowy film, trwającą tylko godzinę "Wędrówkę na Zachód". Na marginesie chciałbym polecić książkę Rafała Syski "Filmowy neomodernizm". Jestem jeszcze w trakcie czytania, ale już w tej chwili jest to dla mnie jedna z piękniejszych książek o kinie ze względu na bardziej osobisty sposób pisania. Syska pisze o tych wszystkich filmach, które przez 13 lat konsekwentnie pokazywaliśmy na Nowych Horyzontach, głównie w konkursie, i określaliśmy je mianem nowohoryzontowych, zresztą Syska też je tak nazywa. Dlaczego o tym mówię? Nasz festiwal nie powstał ot tak, poprzez pstryknięcie palcem. Kilkanaście lat temu czuliśmy intuicyjnie, że kino autorskie się zmienia, że pojawili się twórcy, którzy szukają bardzo indywidualnej formy wypowiedzi poprzez filmy o powolnej narracji, w których dominowała cisza, melancholia i kontemplacja. Reżyserami tych filmów są bardzo różni twórcy: Aleksandr Sokurow, Béla Tarr, Bruno Dumont, Tai Ming–liang i wielu innych. To dla ich filmow stworzyliśmy festiwal Nowe Horyzonty. I teraz, wracając do "Wędrówki na Zachód", ten film jest godzinną medytacją i jest doskonałym przykładem filmu nowohoryzontowego.



"Zimowy sen", reż. Nuri Bilge Ceylan

To nie jest, moim zdaniem, najlepszy film Nuri Bilge Ceylana, tureckiego reżysera, który jest bardzo dobrze znany uczestnikom naszego festiwalu, jako że pokazywaliśmy wszystkie jego filmy. W Cannes, gdzie Ceylan zwyciężył, moim faworytem był Xavier Dolan i jego film "Mommy"; mam wrażenie, że jury pod przewodnictwem Jane Campion trochę nie miało odwagi nagrodzić tego 25-latka, który wniósł najwięcej świeżego powietrza do konkursu. Doceniam natomiast mistrzostwo Ceylana, który nakręcił bardzo erudycyjny, mądry film, krytycy przerzucali się zresztą różnymi nazwiskami, którymi się inspirował: i Szekspir, bo hotel, w którym dzieje się większość akcji, nazywa się Otello, i Dostojewski, i Czechow itd. Oglądałem ten film dwa razy i przyznam szczerze, że za drugim razem oglądało mi się go lepiej. Absolutnie trzeba zobaczyć.



"Turysta – siła wyższa", reż. Ruben Ostlund

Film szwedzki, pokazywany w Cannes w sekcji Un Certain Regard. Mówi o rodzinie, o skomplikowanych relacjach między kobietą a mężczyzną, niełatwych szczególnie w dzisiejszych czasach, kiedy te wartości są takie ambiwalentne, kiedy sami możemy sobie tworzyć zestaw wartości. Mówi też o odpowiedzialności za drugą osobę. Ciekawy scenariusz, bardzo dobrze jest to zrealizowane, myślę, że mogę również ten film absolutnie polecić.



"Biały bóg", reż. Kornel Mundruczó

Mundruczó to reżyser pokazywany na Nowych Horyzontach, ma własny, bezkompromisowy styl, sporo pracuje też w teatrze, reżyserował choćby w TR Warszawa i innych teatrach w Polsce. Jego nowy film jest bardzo odważny, pełen symboli, poprzez relacje zależności między człowiekiem a zwierzęciem, w tym przypadku psem, pokazuje nam aktualną sytuację na Węgrzech, czyli dominację radykalnej prawicy, manipulację. Pokazuje, że władza to siła, jak można trzymać innych za mordę, upodlić. Ryzykowna koncepcja, bardzo autorska wizja świata, ale do mnie przemówiła. Za czasów komuny mieliśmy różne ograniczenia, twórcy stosowali symbolikę, kiedy trzeba było jakoś ominąć cenzurę, by film nie trafił na półkę. Słowem, dokonywano często niesamowitej ekwilibrystyki, żeby mówić o otaczającym nas świecie. Mundruczó nie miał już żadnych ograniczeń, nie musiał się uciekać do symboli, a jednak to zrobił. I wyszło mu to wspaniale.



"Żona policjanta", reż. Philip Groning

Znowu autorskie kino, tym razem niemieckiego twórcy "Wielkiej ciszy". Ja go poznałem, dużo z nim rozmawiałem, widziałem jego wcześniejsze filmy, a mimo to kompletnie mnie zaskoczył. To jest chłodne kino, ponownie trzy godziny, podział na rozdziały, trzeba sporo cierpliwości. Dosyć trudno się wchodzi w ten film, jest niewdzięczny w oglądaniu, nieprzyjemny jeszcze bardziej niż "Biały Bóg" czy "Zimowy sen", ale wysiłek zostaje nagrodzony. Ta bardzo osobista wizja rodziny, w której możemy się przejrzeć jak w lustrze, formalnie może jest inna niż kino Bergmana, ale pod względem emocji, pokazania relacji międzyludzkich, bardzo mi Bergmana przypomina. A to już jest najwyższa możliwa półka.



"Trudno być Bogiem", reż. Aleksiej German

Aleksiej German to jeden z ważniejszych reżyserów rosyjskich (Nie zrobił wielu filmów, ale każdy był wybitny, z czego część zatrzymana swego czasu przez cenzurę radziecką („Próba wierności", „Dwadzieścia dni bez wojny", „Mój przyjaciel Iwan Łapszyn"). Reżyser nie miał łatwo w czasach tamtego systemu, ale nigdy nie szedł na kompromisy i takim też pozostał, gdy nastała wolność. Nad "Trudno być Bogiem" pracował od 1999 roku. Podstawą filmu była powieść science fiction braci Strugackich, ale nie spodziewajmy się efektów specjalnych typowych dla tego gatunku. Dla Germana ten projekt to swoiste opus magnum, niestety twórca zmarł w trakcie realizacji. Pracę dokończyli wdowa syn Aleksie German Jr. Dlatego też nie jest to do końca dzieło spełnione, choć na pewno rozmach, intencja, wizja świata bez efektów, za to pełnego błota, brudu, przemocy - to wszystko imponuje. Trochę jak u Mundruczó, mamy tu także metaforę władzy. Kilka osób mnie pytało, co z tym filmem się dzieje, bo on nie trafił na wielkie festiwale. Ja go widziałem w Rotterdamie. Ponownie trzeba się nastawić na trzy godziny, mieć dużo cierpliwości, ale znowu zostaje to wynagrodzone. Mógł to być film wybitny, powstał film dobry, jednak trzeba go potraktować w sposób szczególny.



"Mały Quinquin", reż. Bruno Dumont

Dumont to kolejny ulubieniec festiwalowej publicznosci, choć część widzów odrzuca jego kino. "Mały Quinquin" to szczególny projekt, film zrealizowany dla telewizji, serial składający się z czterech części, trwający ponad trzy godziny. Na festiwalu zobaczymy jego kinową wersję. Jest to komedia, co dla tych, którzy chociaż trochę znają kino Dumonta, będzie ogromną niespodzianką, bo on przecież robi mroczne filmy. Znowu oglądamy prowincję, gdzie Francuz kpi sobie ze świata władzy, w tym przypadku policji. Bohaterem jest komendant, jego asystent i tytułowy Quinquin. Sporo tu świetnych obserwacji, dużo ironii, takiego szczerego śmiechu, sytuacji slapstickowych. Dumont jednak nie byłby sobą, gdyby nie zakończył całości konkluzją zgoła niefajną i mocno pesymistyczną.
 


[Wysłuchał: Piotr Dobry]