Rozmawiamy z najlepszą polską aktorką

Agata Kulesza
Nagrodzona właśnie w Gdyni za najlepszą rolę kobiecą w "IdzieAgata Kulesza opowiada Stopklatce o wyzwaniach związanych z jej nowym filmowym projektem.
 
Karolina Stankiewicz: Spotykamy się na planie filmu o znamiennym tytule „Pani z przedszkola". Jako mała dziewczynka marzyła pani o tym, żeby zostać przedszkolanką?
 
Agata Kulesza: Nie, przedszkolanką nigdy nie chciałam być, ale też nie chciałam być od zawsze aktorką. To drugie  przyszło dość późno – miałam już chyba siedemnaście lat, kiedy wpadło mi to do głowy. Żałuję, że nie mam czasu w życiu, by jeszcze kilka zawodów wykonywać – bo chciałabym być sprinterką, dyrygentem, lekarzem – ale myślę, że wybór, którego dokonałam nie był zły.
 
To rzeczywiście spory rozstrzał; zresztą w filmie Krzyształowicza przedszkolanką też pani nie została.
 
O samej roli mogę powiedzieć niewiele, gdyż nie chcemy opowiadać zbyt dużo o tym filmie, o relacjach, jakie są między postaciami. Na pewno jest to dla mnie wyzwanie. To inna rola niż te, które do tej pory brałam. Myślę, że Marcin zaryzykował wiele, obsadzając właśnie mnie jako kobietę łagodną, pełną ciepła. Gram matkę, gram z dziećmi, z trzylatkiem i jest to naprawdę spore wyzwanie, bo nigdy nie wiadomo, co ten trzylatek zrobi. Ale mam tu na planie wspaniałych partnerów, wspaniałych kolegów, co bardzo mnie cieszy, bo praca jest bardzo przyjemna, natomiast o samej roli nie opowiem zbyt dużo, bo nie chcę wiele zdradzać.

"Pani z przedszkola"
No właśnie, film zapowiadany jest jako komedia. To duża zmiana w pani repertuarze, choćby po "Róży" Wojtka Smarzowskiego.
 
Rzeczywiście do tej pory byłam obsadzana przeważnie jako smutna kobieta, grałam dramatyczne role. Jak ja się czuję w tej roli? To się chyba dopiero okaże – jestem jeszcze trochę zaniepokojona, jeszcze wiele znaków zapytania przede mną. Ale tak naprawdę wszystko ocenią widzowie. Mam nadzieję, że wykonuję ten zawód wystarczająco długo, by sobie poradzić. Będzie lepiej lub gorzej, ale trzeba się z tym zmierzyć – i tak naprawdę to jest to, co w tym zawodzie lubię najbardziej.
 
Trzeba było panią przekonywać do takiej zmiany aktorskiego wizerunku?
 
Nie, bo to jest taka lekka, dobra komedia, której scenariusz w moim odbiorze jest też dość gorzki, niesie ze sobą również pewien liryzm, refleksję. W moim odczuciu – i mam nadzieję, że w przyszłości w odczuciu widzów – nie jest to film do rechotania, a raczej do refleksji. Ale wszystko podane jest w lekkiej  formie.
 
Z reżyserem filmu, Marcinem Krzyształowiczem macie państwo wspólną wizję tej postaci?
 
Współpraca z Marcinem układa się bardzo dobrze. Czasami zostawia mi wolną rękę, czasami o czymś dyskutujemy, czasem ja coś zasugeruję, czasem on. Ale tak naprawdę kręcimy dopiero od kilku dni. Myślę, że jest jeszcze za wcześnie, żeby to oceniać.
[Rozmawiała: Karolina Stankiewicz]