Rozmowa z Edytą Olszówką, jedną z gwiazd komedii "Pół serio"

Biegałam w samej halce, byłam sina z zimna, a na dodatek szczękałam zębami - wspomina Edyta Olszówka, gwiazda komedii Tomasza Koneckiego "Pół serio". Tę znakomitą aktorkę będziemy mogli wkrótce zobaczyć również w najnowszym filmie Krzysztofa Langa "Strefa ciszy".


Grzegorz Wojtowicz: Chyba niewiele osób wie, że wystąpiłaś w "Psach" Władysława Pasikowskiego. Pojawiasz się tam w roli pielęgniarki, która groźnym spojrzeniem zmusza Franza Maurera, żeby zgasił papierosa. Jak wspominasz udział w tym filmie?

Edyta Olszówka: Ja tam tylko statystowałam. Byłam na drugim roku szkoły teatralnej, a na dodatek miałam sporą nadwagę wynikającą z tego, że niedawno rzuciłam palenie. Byłam chodzącym czołgiem i to właśnie zostało uwiecznione w "Psach" (śmiech). Pamiętam, że któregoś dnia do szkoły przyszedł drugi reżyser "Psów", który szukał statystów. W ten sposób trafiłam do tego filmu. Bardzo się z tego ucieszyłam, ponieważ byłam i jestem wielką fanką Bogusława Lindy.

Grzegorz Wojtowicz: Twoje spojrzenie musiało być naprawdę intrygujące, bo później spotkałaś się z Lindą jeszcze kilka razy.

Edyta Olszówka: Zgadza się. Spotkaliśmy się na planie "Prowokatora" oraz w "Złocie dezerterów", gdzie zagrałam z nim bardzo zabawną scenę łóżkową. Nasze ostatnie spotkanie miało miejsce przed rokiem, podczas pracy nad jego najnowszym filmem "Sezon na leszcza". Zagrałam tam jego żonę.

Grzegorz Wojtowicz: Wszyscy znamy aktorski wizerunek Lindy. Chciałem jednak zapytać o to, jaki on jest jako reżyser?

Edyta Olszówka: Linda jest strasznie ciepłym i mądrym człowiekiem. Ja tak go odbieram. Jako reżyser stwarza aktorowi, z którym pracuje, znakomitą atmosferę. Daje poczucie bezpieczeństwa, zawsze jest po jego stronie. Tak było ze wszystkimi aktorami pracującymi na planie "Sezonu na leszcza". On wytwarza takie ciepło, że chce się dla niego pracować. Poza tym doskonale wie, czego chce i potrafi to sprawnie zrealizować. Konkretnie i szybko. Na planie wszyscy czuli się akceptowani i potrzebni. To naprawdę nieczęsto się zdarza. Linda jest to człowiek o wielkim poczuciu humoru i dystansie do siebie oraz do świata. Jest niewiarygodną osobowością i życzę każdemu aktorowi, żeby mógł pracować tylko z takimi reżyserami. W takiej sytuacji naprawdę nie ma wielkiego znaczenia, jak zostanie odebrany produkt finalny, czyli gotowy film.

Grzegorz Wojtowicz: To dość zaskakujące stwierdzenie. Nie interesuje Cię, jak wyszedł film?

Edyta Olszówka: Oczywiście, że mnie interesuje. Jestem jednak aktorką i dla mnie najważniejszy jest sam proces tworzenia roli. Natomiast ja nie mam wpływu na to, jak sceny z moim udziałem zostaną sfotografowane, zmontowane i udźwiękowione. Poza tym odbiór i ocena gotowego filmu zależy od widza. Kiedy film trafia do kin, ja już nic nie mogę zrobić. Z tego powodu niespecjalnie lubię oglądać filmy ze swoim udziałem. Nie masturbuję się swoimi osiągnięciami aktorskimi i szczerze współczuję wszystkim tym, którzy tkwią w takim kanale.

Grzegorz Wojtowicz: Ale zdarza Ci się oglądać swoje filmy?

Edyta Olszówka: Oczywiście. Kiedy oglądam film po raz pierwszy, na przykład podczas premiery, to jest to bardzo przyjemne, ponieważ mogę zobaczyć, czy moje wyobrażenie o mojej pracy pokryło się z tym, co zarejestrowała kamera. Potem już raczej do filmów ze swoim udziałem nie wracam, wolę oglądać inne, takie których nie znam.

Grzegorz Wojtowicz: Jak trafiłaś do "Pół serio"?

Edyta Olszówka: Andrzej Saramonowicz, scenarzysta programu "Pół serio", programu, który później przerodził się w film, zobaczył mnie i Rafała Królikowskiego w spektaklu "Kaleka z Inishmaan". Nasze komediowe kreacje spodobały mu się tak bardzo, że zaproponował nam współpracę. Andrzej napisał dla nas specjalnie etiudę, opowiadającą o tym, jak różni reżyserzy przerabiają "Romea i Julię". Bardzo nam się spodobał ten pomysł. Pamiętam, że kręciliśmy to w jakimś domu kultury pod Warszawą, gdzie było strasznie zimno. Ja biegałam w halce, byłam sina z zimna, a na dodatek szczękałam zębami. Potem wzięliśmy udział w kolejnych etiudach. Przynajmniej na początku nikt z nas nie spodziewał się, że z tego materiału powstanie film. Konecki, Saramonowicz i Madejski, to trójka wspaniałych facetów, którzy marzyli o tym, by zrobić film i to im się udało. Oni zarazili nas wszystkich swoim entuzjazmem. Na planie nie było żadnego zadęcia, że robimy coś wielkiego, po prostu znakomicie się bawiliśmy, cieszyliśmy się z każdej nakręconej minuty. Chyba po raz pierwszy spotkałam się z tak wielką radością płynącą z pracy.

Grzegorz Wojtowicz: Podobno w ogóle nie robiliście prób?

Edyta Olszówka: To prawda. Nie było takiej potrzeby. Dostawaliśmy scenariusze, w których wszystko było napisane na tyle przejrzyście, że nie musieliśmy tracić czasu na próby. Poza tym reżyser całości Tomek Konecki znakomicie prowadził wszystkich aktorów, dzięki temu praca na planie tego programu przebiegała bardzo sprawnie. Bardzo się cieszę z tego powodu, że wzięłam udział w tym projekcie ponieważ etiudy składające się na film "Pół serio" dały mi możliwość pokazania się w krańcowo różnym repertuarze, począwszy od komedii, a skończywszy na tragedii.

Grzegorz Wojtowicz: Jedna z pięciu nagród, które otrzymał film "Pół serio" na ubiegłorocznym festiwalu w Gdyni, przypadła w udziale Tobie. Jest to nagroda za najlepszą rolę komediową. Chciałem zapytać, czy komedia jest właśnie tym gatunkiem, w którym czujesz się najlepiej?

Edyta Olszówka: Nie, to jest jeden z odcieni tego zawodu i nie traktuję tego gatunku w jakiś szczególny sposób. Poza tym komedie gra się dość trudno, ponieważ istnieje bardzo cienka granica, po minięciu której przestaje się być śmiesznym, a zaczyna się być żałosnym.

Grzegorz Wojtowicz: Twórcy "Pół serio" zbierają w tej chwili pieniądze na swoje kolejne filmy. Chciałem zapytać, czy dotarła do Ciebie jakaś propozycja złożona przez nich?

Edyta Olszówka: Na razie nie. Jestem oczywiście bardzo otwarta na propozycje płynące z ich strony. Mam równocześnie świadomość, że oni są jak ptaki, które muszą lecieć dalej. Poza tym stworzenie takiej grupy wzajemnej akceptacji i adoracji na dłuższą może być zgubne. Myślę, że prędzej czy później jeszcze się gdzieś spotkamy. W tej chwili przygotowuję się do roli Kordelii w "Królu Learze". Premiera tego spektaklu odbędzie się 12 maja w Teatrze Powszechnym.

Grzegorz Wojtowicz: A zaraz potem czeka nas premiera kolejnego filmu z Twoim udziałem. Będzie to "Strefa ciszy" Krzysztofa Langa. O czym jest ten film?

Edyta Olszówka: Jest to thriller psychologiczny pokazujący oblicze zła. Wszystko zaczyna się od zepsutego samochodu. Szukając pomocy, grana przeze mnie bohaterka o imieniu Iza zatrzymuje przejeżdżający wóz. W tym momencie zaczynają się jej prawdziwe kłopoty. Iza zostaje porwana przez czterech mężczyzn, z których jeden został właśnie zwolniony z więzienia. Iza przeżywa prawdziwy koszmar. Przechodzi gwałty, morderstwa, w końcu sama musi zabić. Udaje jej się z tego koszmaru wyjść cało, ale już na zawsze się zmienia. Widzi tylko tę ciemną stronę świata. To zdarzenie oczywiście czegoś ją uczy, ale równocześnie odciska na jej kobiecości bardzo silne piętno. Okazuje się, że chwila nieuwagi i naiwności może doprowadzić do tragedii. W tej chwili podchodzę to tego z dystansem, minął już rok od zakończenia zdjęć. Pamiętam jednak, że kiedy kręciliśmy "Strefę ciszy" bardzo mocno to wszystko przeżyłam. Wróciłam do domu pełna zadrapań, siniaków i opuchlizn. Działo się tak, ponieważ film był realizowany według zasad zawartych w manifeście Dogmy. Było to dla mnie bardzo ciekawe doświadczenie aktorskie, ale chyba nie chciałabym tego przeżyć jeszcze raz.

Grzegorz Wojtowicz: Sesji w Playboyu również nie chciałabyś powtórzyć. Lubisz jednorazowe wyzwania?

Edyta Olszówka: Nic się w życiu nie zdarza przypadkiem. Ktoś przychodzi do nas z jakąś propozycją i możemy ją przyjąć lub nie. Oczywiście zależy to od naszej decyzji. Jeśli się zgodzimy, to możemy zdobyć nowe doświadczenie nawet jeśli będzie nas to kosztowało czasami trochę bólu, to czasami może się to opłacić. Właśnie w takich kategoriach potraktowałam tę sesję dla Playboya. Pomyślałam, że to odpowiedni moment, żeby to zrobić. Po pierwsze dlatego, że nie chciałabym być fotografowana nago w wieku 40 lat, a po drugie byłam wtedy w takiej sytuacji osobistej, że nie musiałam się przed nikim tłumaczyć ze swojej decyzji, nikogo w ten sposób nie krzywdziłam. Pamiętam, że przed samą sesją aż trzykrotnie chciałam się wycofać. Strasznie się bałam. Faktycznie nie chciałabym tego powtórzyć, bo mnie to nie rajcuje, ale cieszę się, że to zrobiłam, bo mam takie doświadczenie i mogę o tym swobodnie mówić.

Grzegorz Wojtowicz: Czy ta sesja sprawiła, że jesteś bardziej wyluzowana w trakcie scen rozbieranych?

Edyta Olszówka: Chyba nie. Ciało w tym zawodzie jest miejscem i narzędziem pracy. Tak samo jest ważny mój głos jak i moje piersi. Odkrywanie emocji i uczuć może być dużo bardziej obnażające, niż pokazywanie skrawka ciała. Oczywiście, że nie lubię takich scen, bo krępują mnie one jako kobietę. Wstydzę się i bardzo je przeżywam. Nie śpię w nocy i nie jem. Ale uważam, że jest to wliczone w ten zawód i decydując się na tę profesję musimy też brać pod uwagę taką możliwość. Są reżyserzy, którzy potrafią takie sceny umiejętnie wykorzystać i atrakcyjnie inscenizować, ale większość z nich robiona jest kompletnie bez klasy. Tak się składa, że na granie takich scen najczęściej skazane są młode aktorki.

Grzegorz Wojtowicz: Na koniec chciałem prosić Cię jeszcze, żebyś powiedziała kilka słów na temat swojej roli w najnowszym filmie Wojciecha Wójcika "Tam i z powrotem". O ile wiem z tym reżyserem spotkałaś się już wcześniej na planie serialu "Ekstradycja".

Edyta Olszówka: Tak, wystąpiłam w pierwszej serii "Ekstradycji". Grałam tam narkomankę Myszę i był to mój debiut aktorski w polskim filmie. Bardzo mile wspominam tę współpracę. Bardzo się cieszę, że mogłam zadebiutować u reżysera, który ma tak dobre podejście do aktorów. Wiadomo, że pierwszy poważny krok w tym zawodzie jest niezwykle ważny. W najnowszym filmie Wójcika "Tam i z powrotem" występuję w bardzo małej roli. Gram dziewczynę jednego z głównych bohaterów. Występuję tam w charakterze dodatku, bo to zdecydowanie męskie kino. Niemniej jednak bardzo się cieszę, że mogłam znowu spotkać się na planie z Wojtkiem Wójcikiem.


Grzegorz Wojtowicz