Rozmowa z Mirosławem Baką, odtwórcą roli Andre w najnowszym filmie Władysława Pasikowskiego "Reich"

"Reich" może stać się punktem zwrotnym w karierze Mirosława Baki. Wszystko bowiem wskazuje na to, że Władysław Pasikowski upatrzył sobie tego aktora jako następcę Bogusława Lindy, który od jakiegoś czasu wydawał się już nieco zmęczony wizerunkiem twardziela.


Grzegorz Wojtowicz: Władysław Pasikowski początkowo chciał obsadzić w roli Andre Tila Schweigera. Kiedy ten niemiecki aktor zrezygnował Pasikowski zwrócił się do ciebie. Nie przeszkadzało ci to, że dostałeś rolę po kimś?

Mirosław Baka: Niespecjalnie. Czytałem kiedyś wywiady z Samuelem L. Jacksonem, w którym mówił, że często brał role napisane dla kogoś innego. Jak widać raczej źle na tym nie wyszedł. Wiedząc, że ta rola była napisana dla Tila, bardzo dokładnie przeczytałem scenariusz. Szukałem takich miejsca, które by do mnie zupełnie nie pasowały. Takich fragmentów jednak nie znalazłem. Wtedy doszedłem do wniosku, że z powodzeniem mogę zagrać tę rolę nawet bez dodatkowych poprawek, no a później, to już tylko starałem się zrobić to jak najlepiej.

Grzegorz Wojtowicz: Pasikowski postawił cię w trudnej sytuacji, masz zlikwidować Alex, którego gra Bogusław Linda.

Mirosław Baka: Tak to rzeczywiście na początku wygląda, ale proponuję na tym poprzestać, żeby nie zdradzać niepotrzebnie fabuły. Alex i Andre przyjeżdżają na wakacje do Sopotu. Okazuje się, że ten urlop wcale nie będzie miał charakteru wypoczynkowego. Począwszy od próby kradzieży ich luksusowego mercedesa, a skończywszy na strzelaninie w porcie wszystko się gmatwa i plącze. A przecież miało być tak przyjemnie.

Grzegorz Wojtowicz: Pasikowski powiedział, że zupełnie nie zależało mu na publicystycznym wymiarze "Reichu". Chciał zrobić po prostu film rozrywkowy. Jak sądzisz, czy udało mu się osiągnąć to założenie?

Mirosław Baka: Kiedy Władek zadzwonił do mnie z propozycją roli powiedział, że chce zrobić film o miłości, o przyjaźni i o wakacjach. Właśnie w takiej kolejności wymienił te słowa. Kolejność jest o tyle ważna, że Władek nie należy do najbardziej gadatliwych reżyserów na świecie, ale jak już się odzywa, to mówi rzeczy istotne. Taka kolejność przyświecała mi podczas budowania roli Andre.

Grzegorz Wojtowicz: "Reich" to kolejny film Pasikowskiego w którym pojawiają się złe kobiety?

Mirosław Baka: I tak i nie. W "Reichu" nie jest tak samo jak to było w "Psach" z Agnieszką Jaskółką. Wprawdzie Julia Rzepecka gra w pewien sposób podobną kobietę, ale mimo wszystko film kończy się czymś w rodzaju happy end. To brzmi dość banalnie, ale Pasikowski daje szansę głównemu bohaterowi, sugeruje, że może uda mu się to wszystko poukładać. Choć Andre ma ochotę powiedzieć coś w rodzaju "nie chce mi się z tobą gadać", to jednak Pasikowski nie skazuje go na samotność. Finałowa scena stanowi bardzo ładną klamrę spinającą wszystkie wątki.

Grzegorz Wojtowicz: Praktycznie w każdym filmie Pasikowskiego w roli kobiecej pojawia się debiutantka. W "Reichu" jest to Julia Rzepecka, wcielająca się w postać Iwony. Jak myślisz skąd wzięło się u Pasikowskiego takie umiłowanie do nowych, nieznanych nikomu twarzy?

Mirosław Baka: Tę "słabość" rozumiem akurat doskonale. Film zyskuje większy autentyzm kiedy widz patrzy na osobę, której nie kojarzy z innymi rolami, kiedy otrzymuje zupełnie świeżą twarz. To jest metoda, której trzyma się bardzo wielu reżyserów na całym świecie. Czasami taka nieznana twarz może wnieść do filmu powiew świeżości.

Grzegorz Wojtowicz: Powiedziałeś kiedyś, że bardzo lubisz pracować z Pasikowskim między innymi z tego powodu, że on na planie trzyma się scenariusza, że nie ma tam miejsca na rozpaczliwą improwizację. Czy w takim razie jesteś wielkim przeciwnikiem improwizowanie podczas zdjęć?

Mirosław Baka: Wielkim przeciwnikiem improwizacji to może nie jestem, ale moje doświadczenie aktorskie nauczyło mnie, że z takiego pójścia na żywioł bardzo, ale to bardzo rzadko wychodzi coś dobrego i ciekawego. Natomiast w przypadku kiedy reżyser dysponuje dobrze napisanym scenariuszem, który stanowi taką bazę, improwizacja jest czasami bardzo twórcza, ale jeśli nie przynosi ona zamierzonego efektu, to zawsze w pogotowiu jest ta pierwotna wersja zapisana w scenariuszu. To daje poczucie dużego komfortu. Tak właśnie jest u Pasikowskiego. My często zgłaszamy mu swoje sugestie. Wtedy następuje krótka dyskusja, a po niej próba. Jeśli to się sprawdza, to Władek przyjmuje taką propozycje i modyfikuje scenariusz, ale nie ma takiej możliwości, żeby on nie wiedział co robić dalej. Natomiast nie ma bardziej stresującej sytuacji dla aktora, niż taka kiedy przychodzi na plan i widzi, że reżyser zastanawia się dopiero jak zrealizować daną scenę. Oświetlacze nerwowo palą papierosy, ktoś nieśmiało przypomina, że zaraz zajdzie słońce, a bezradny reżyser sam nie wie, co zrobić. To jest nieprofesjonalne niechlujstwo ponieważ on w ten sposób przerzuca wielką część odpowiedzialności z siebie na aktorów, tylko że później jego na ekranie nie widać. Później mówi się, że to wina aktora, bo źle to zagrał. Dlatego nie nawiedzę takich sytuacji.

Grzegorz Wojtowicz: Co było najbardziej interesującego w roli Andre?

Mirosław Baka: Nigdy nie zadawałem sobie takiego pytania. Po prostu czytam scenariusz i kiedy jego lektura wywołuje we mnie jakieś emocje, to intuicyjnie czuję, że jest to ciekawa rola. Wtedy nie mogę się wprost doczekać żeby założyć kostium mojego bohatera i stanąć przed kamerą. Tak było również w przypadku roli Andre.

Grzegorz Wojtowicz: Pasikowski planował realizację kinowej wersji opowieści o Hansie Klossie. Jak zareagowałeś na propozycję wcielenia się w postać Hermanna Brunnera?

Mirosław Baka: Bardzo się ucieszyłem z tej propozycji, choć przyznam szczerze, że w czasach swojej młodości chciałem być jak każdy Klossem. Hermann Brunner to jedna z kultowych postaci polskiego kina. Zagrać nowego Brunnera, który nie będzie miał uśmieszku Emila Karewicza, to jest wielkie wyzwanie, którego jeszcze nie doświadczyłem jako aktor. Przecież nie co dzień przychodzi nam się zmierzyć z taką legendarną rolą. Władek złożył mi tę propozycję całkowicie nieoficjalnie, toteż więcej na ten temat nie będę mówił. Nigdy nic nie wiadomo.

Grzegorz Wojtowicz: Przylgnęła do ciebie taka łatka dyżurnego cynika polskiego kina. Jak się czujesz z tą etykietą? Czy nie myślałeś o jakiejś radykalnej odmianie swojego filmowego wizerunku?

Mirosław Baka: W moim przypadku nie jest to wcale takie łatwe. Taką szansę dał mi Radosław Piwowarski w "Autoportrecie z kochanką" gdzie zagrałem mały epizod komediowy i jestem mu za to bardzo wdzięczny. Sądząc po burzy oklasków jaką otrzymałem podczas projekcji tego filmu na festiwalu w Gdyni, to sprawdziłem się w tym epizodzie. To była jednak mała rólka, na więcej Piwowarski się nie odważył. Pewnie myślał, że jak się w tym epizodzie nie sprawdzę, to się go wytnie (śmiech). Staram się, gdzie tylko się da, pokazywać, że potrafię zagrać również inne rzeczy. Choć z drugiej strony ta przypięta mi łatka niespecjalnie mnie uwiera ponieważ zdaję sobie sprawę z polskich realiów. Tutaj naprawdę rzadko robi się scenariusze pod aktora. W związku z tym nie narzekam na takie role. Podobno kamera lubi mnie takiego filmować, więc niech tak pozostanie.

Grzegorz Wojtowicz: Kiedyś we wspomnieniach opublikowanych po śmierci Krzysztofa Kieślowskiego powiedziałeś, że to właśnie on obdarzył cię takim dziedzictwem, obsadzając cię w roli mordercy w "Krótkim filmie o zabijaniu". Podobno po tym filmie miałeś przez dwa lata nie dostawałeś żadnych propozycji.

Mirosław Baka: Zgadza się. Gdzie indziej na świecie wyglądałoby to prawdopodobnie zupełnie inaczej. Ktoś zatroszczyłby się o to żeby po takiej wstrząsającej kreacji znaleźć dla mnie role, które dałyby mi możliwość zaprezentowania moich innych aktorskich umiejętności. To przecież bardzo prosty zabieg marketingowy, ale przecież wtedy marketing w polskiej kinematografii zupełnie nie istniał. Byłem zmuszony przyjmować zagraniczne propozycje, bo w Polsce nikt nie chciał mnie obsadzać. Wszyscy bali się, że za mocno jestem kojarzony z rolą z filmu Kieślowskiego. Był taki moment, że byłem bardziej znany na zachodzie niż w Polsce. Dopiero świętej pamięci Jacek Skalski przełamał to tabu i obsadził mnie w filmie "Chce mi się wyć", w zupełnie innej roli. Jeśli ktoś zna moją filmografię, to jest świadom tego, że nie zawsze gram mordercę. Oczywiście nie gram również miłych i dobrze ułożonych dżentelmenów, ale musze przyznać, że tak jak wielu innych aktorów intuicyjnie wolę grać postaci szaro-czarne, niż biało-różowe. Bo zło zawsze bardziej fascynowało ludzi, niż dobro. Każdemu diabłu człowiek przygląda się znacznie dłużej, niż najpiękniejszemu aniołowi. Wszystko co złe, czarne, niedopowiedziane, co zawiera w sobie jakąś tajemnicę jest ciekawsze. Dlatego wolę być dyżurnym cynikiem i czarnym charakterem polskiego kina, niż pełnić funkcję naczelnego amanta.

Grzegorz Wojtowicz: Wspominałeś o filmach nakręconych za granicą. Twoim pierwszym filmem zagranicznym był obraz Michaela Kliera "Tam jest dobrze gdzie nas nie ma". Jak trafiłeś do tego filmu?

Mirosław Baka: Większość ludzi myśli, że ponieważ zagrałem w "Krótkim filmie o zabijaniu", to właśnie dzięki jego sławie zacząłem otrzymywać zagraniczne propozycje. Tymczasem było nieco inaczej. Dziesięć dni przed wyjazdem do Cannes, czyli jeszcze zanim Europa zobaczyła film Kieślowskiego, wziąłem udział w castingu. Niemiecka ekipa przyjechała do Polski na poszukiwania młodego chłopaka, którego można było by obsadzić w głównej roli. Byłem w trakcie załatwiania paszportu na wyjazd do Cannes i byłem potwornie zabiegany. Pojawiłem się w hotelu w którym odbywał się casting, w momencie kiedy oni już obejrzeli kilkudziesięciu chłopaków i powoli zwijali sprzęt. Zgodzili się łaskawie rozstawić ponownie lampy, a ja niemalże z marszu zagrałem castingową scenkę. Po piętnastu minutach reżyser Michael Klier poprosił mnie do siebie i powiedział, że chce mi zaproponować tę rolę. Po czym zapytał, czy ja już gdzieś grałem? Odpowiedziałem, że wystąpiłem między innymi u Kieślowskiego w "Krótkim filmie o zabijaniu". Nie zrobiło to na nim jakiegoś wielkiego wrażenia, ale kiedy dodałem, że przez jakiś czas nie będzie mnie w Polsce ponieważ wyjeżdżam z tym filmem do Cannes zobaczyłem w jego oczach prawdziwe uznanie. Dlatego tak naprawdę, to nie "Krótki film o zabijaniu" wprowadził mnie na rynek niemiecki, tylko ja sam wszedłem tam na własnych nogach, a właściwie to wbiegłem. Mój niemiecki debiut "Tam jest dobrze gdzie nas nie ma" został uznany filmem telewizyjnym roku, a ja sam byłem nominowany do ich nagrody filmowej. Potem zagrałem w kolejnym filmie Kliera oraz innych filmach niemieckich.

Grzegorz Wojtowicz: Jak sobie z tym wszystkim radziłeś skoro nie darzysz języka niemieckiego zbyt wielką miłością?

Mirosław Baka: To delikatnie powiedziane, ja mam wręcz organiczną niechęć do tego języka. Nie potrafię i nie chcę się go nauczyć. Natomiast mogę udawać w filmie człowieka mówiącego bardzo dobrze po niemiecku, podawać swoje kwestie z całkiem dobrym akcentem. Stąd wynikały różnego rodzaju nieporozumienia. Sporo ról przeszło mi bokiem ponieważ ku zaskoczeniu producentów oświadczałem, że nie potrafię mówić po niemiecku. W sytuacjach kiedy reżyser nie władał innym językiem było to dość kłopotliwe.

Grzegorz Wojtowicz: Jak wspominasz pracę na planie filmu "Wyrok na Franciszka Kłosa"? To było twoje drugie spotkanie z Andrzejem Wajdą?

Mirosław Baka: Wajda, to wspaniały człowiek i wielki mistrz. Praca z nim jest zawsze szalenie inspirująca. Moim zdaniem w Polsce nie ma drugiej takiej osoby, która wiedziałaby tak wiele na temat robienia filmów. Pamiętam go z planu "Pierścionka z orłem w koronie". Był taki nieco przygaszony. Teraz widzę, że jest znowu pełen energii i niemalże młodzieńczego zapału. Być może ten Oscar ponownie go uskrzydlił. Przy "Wyroku na Franciszka Kłosa" doszło do znakomitego zestawienia bardzo młodego operatora Bartka Prokopowicza z mistrzostwem i wielkim doświadczeniem Wajdy.

Grzegorz Wojtowicz: We wrześniu ubiegłego roku wygłosiłeś po polsku jeden z monologów Hamleta na deskach londyńskiego teatru The Globe. Jak doszło do tego wydarzenia?

Mirosław Baka: The Globe jest wierną rekonstrukcją XVI-wiecznego teatru szekspirowskiego. Byłem pierwszym aktorem, który na tej scenie wygłosił jakąś kwestię w innym języku niż angielski. Było to możliwe dzięki temu, że organizatorem tego wieczoru była fundacja Theatrum Gedanense. Jej członkowie chcą zrekonstruować w Gdańsku podobny teatr. Podobno taka scena istniała w Gdańsku i była jedną z pierwszych w Europie. Fundacja organizując swój wieczór w londyńskim teatrze postanowiła przywieźć ze sobą własnego Hamleta, którym byłem ja.

Grzegorz Wojtowicz: Przyjąłeś propozycję udziału w serialu "Miasteczko". Kogo tam zagrasz?

Mirosław Baka: Wcielę się w postać fotografa, który zaprzyjaźnia się z Tereską, jedną z głównych bohaterek.

Grzegorz Wojtowicz: Jakie są twoje najbliższe plany artystyczne?

Mirosław Baka: Na scenie gdańskiego Teatru Wybrzeże czeka mnie 9 marca premiera "Naszego miasta" Thorntona Wildera. Jest to taki najbardziej kultowy z amerykańskich dramatów. Funkcjonuje na przykład wiele stron internetowych prowadzonych przez jego sympatyków. Mam również dość poważną propozycję filmową, ale nie mogę o niej jeszcze mówić.