Ruben Ostlund: traumy nie jednoczą (wywiad)

Ruben Östlund
Ruben Östlund, fot. Noah Eberhart / FB
Nagroda jury canneńskiej sekcji Un Certain Regard, tytuł najlepszego filmu 2014 roku w Szwecji i świetne przyjęcie na wielu festiwalach. Brak nominacji do Oscara można nazwać wypadkiem przy pracy – Akademii... Ruben Östlund podsumował to humorystycznym wideo zamieszczonym w YouTube. Śmieszne klipy z tego serwisu stanowiły ważną inspirację przy tworzeniu "Turysty". Pomocna okazała się także postać… kapitana Costa Concordii. Ktoś powiedział: „wypieraj tak długo, aż umrzesz". To pięknie pasuje do sytuacji Tomasa - mówi Östlund w rozmowie ze Stopklatką.

Anna Tatarska: Lawina jako punkt wyjścia – skąd taki pomysł?

Ruben Östlund: Zaczynałem jako realizator wideo narciarskich – ja i Joachim Trier ("Oslo, 31 sierpnia") mamy podobne początki, tyle, że on zajmował się deską, ja nartami. To była okazja żeby wrócić do znajomego środowiska. Poza tym góry to środowisko pełne bardzo charakterystycznych dźwięków - wyciąg, kolejka, zjazd we mgle – wszystkie one razem kreują specyficzne, bardzo filmowe uczucie... Chciałem to realistycznie oddać na ekranie. Dźwięk był ogromnie ważny, tak samo zdjęcia... Wracając do lawiny: kiedy słyszymy o takiej sytuacji jak rodzina uratowana z lawiny, można sobie od razu wyobrazić, że to generuje wiele myśli i jako fabularny punkt wyjścia – zadziała. W tym filmie to lawina jest głównym bohaterem. A Tomas? Tak naprawdę nie wiem, dlaczego on robi to, co robi. Podążam za nim tylko... We wszystkich moich filmach szukam jakiegoś zakorzenionego w codzienności dylematu. Sytuacji, do której można się łatwo odnieść, ale trudno sobie z nią poradzić. W takim przypadku nie musimy mieć postaci, które dają nam jasną odpowiedź, dlaczego postępują tak, a nie inaczej. To struktura filmu zawiera w sobie odpowiedź. W trywialnych, łatwych sytuacjach jest moc i siła.

Rzeczywiście, tę zasadę stosuje pan w swoich filmach konsekwentnie.

W "Mimowolnie" było pięć osobnych historii, które koncentrowały się na losach jednostki i grupy. Pięć różnych osób, radzących sobie z presją grupy lub starających się zachować twarz przed innymi. Wszystkim przytrafiają się drobne przypadki, które kierują ich w różnych kierunkach. Tak samo w "Grze", gdzie mamy pięciu białych chłopaków i trzech czarnych – a ja zastanawiam się, dlaczego ten wizerunek jest zakazany? Dlaczego w konfrontacji z nim pojawia się tyle trudnych myśli, których się boimy? Mamy problem, by o nich nawet mówić?



W przypadku "Turysty" ważnym narzędziem inspiracji była dla pana sieć. Proszę zdradzić, co się wpisuje w wyszukiwarkę, żeby znaleźć klip pokazujący „najgorszy męski szloch na ziemi"?

Podczas zdjęć często szukam na YouTubie punktów odniesienia, inspiracji, googluję odpowiednie hasła. Swoją drogą dzielenie się linkami do klipów podsyłanych przez znajomych to chyba poziom, na którym mam najbardziej intensywny kontakt z warstwą wizualną. W filmie są sceny inspirowane takimi znaleziskami. Na przykład, jeśli wpiszesz w YT „Kretyński kierowca z Hiszpanii niemal zabił studentów" [„Idiot spanish bus driver almost killed students"] zobaczysz bardzo podobny klip do sceny finałowej "Turysty". A wspomniany „Najgorszy męski szloch w historii" [„Worst man cry ever"] to prawdziwy tytuł innego wideo z YT. Jest na nim facet, który wybucha płaczem podczas nagrania amerykańskiego telewizyjnego show. On nie płacze konwulsyjnie - wygląda, jakby przez jego ciało płynęła jakaś stała siła, w ogóle nad sobą nie panuje... Ten płacz nie wywołuje współczucia, a raczej skonfundowanie, jest dziwny.

Żyjemy w społeczeństwie, które zachęca nas, byśmy oddalali się od poziomu instynktu, żyli według kanonów, stawali się „cywilizowanymi" konstruktami. Z drugiej strony to taka zasłona dymna, co obnaża punkt dramaturgiczny wyjścia w pana filmie. Kiedy robi się gorąco, żaden nawyk nie pokona instynktu...

Kiedy tylko wpadliśmy na pomysł zaczęcia od lawiny i ucieczki ojca, od razu zacząłem zastanawiać się, dlaczego ta sytuacja jest tak interesująca. Oczywiste wydaje się, że ojciec pozostawiający swoje dzieci na pastwę losu w obliczu zagrożenia narusza jeden z najmocniej zakorzenionych w nas zakazów. Powinien je ochronić. Kontrowersja wokół wyłamania się z tego kulturowego nakazu jest bardzo silnie związana z rolą, jaką mężczyzna pełni, a raczej: gra jako ojciec. Patrzę na życie i widzę ludzi, którzy wcielają się w role – wszyscy. Teraz ja gram reżysera, ty - dziennikarkę [śmiech]. A kiedy wchodzimy w przestrzeń rodziny nuklearnej, wcielamy się w funkcjonujące w jej ramach postaci. Konfrontujemy się z oczekiwaniami na temat tego, jak powinniśmy te role zagrać, co mamy właściwie robić. Nie sądzę, żeby sytuacja, gdzie matka w obliczu zagrożenia zostawia dzieci i ucieka była takim problemem jak ta, kiedy robi to mężczyzna. Kobiecie wolno się bać, mieć chwilę słabości... Ale z kolei gdy kobieta nie poświęca uwagi dzieciom i rodzinie na dłuższą metę wtedy, dotyka jej stygmat taki, jak mężczyznę, który nie zachowuje się jak bohater. Jeśli nie będziemy kwestionować tych ról, staniemy się nieszczęśliwi. Musimy gromadzić wiedzę na temat ich funkcjonowania, powstawania.



"Turysta" - lawina
"Turysta"

Na przykład mieć świadomość że obecnie uznawana za normę struktura rodzinna nie jest wcale naturalna, a wypracowana, skonstruowana?

Choćby to właśnie. Koncepcja rodziny nuklearnej powstała w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku. Kiedyś żyliśmy w dużych rodzinach, ale kiedy dzięki przemysłowi zaczęły rozwijać się miasta, wszyscy zaczęli do nich ciągnąć. Mieszkania były małe i rodzina z czasem zaczęła oznaczać jedno pokolenie – dla większej nie było po prostu miejsca. Wymyślono zatem gładki, atrakcyjny termin „rodzina nuklearna", rodzice i dwójka dzieci. Niby wspaniale, ale wcale nie. To konstrukt o wiele bardziej kruchy niż rodzina tradycyjna. W takim układzie rodzice staja się dla dzieci alfą i omegą. I jeśli tylko ojciec lub matka są w jakikolwiek sposób dysfunkcyjni, dzieci padają tego ofiarą, natychmiast. Formuła rodziny stale się zmienia. Na przykład we współczesnej Szwecji silna jest tendencja do tworzenia domostw jednoosobowych. W Sztokholmie jest najwięcej takich gospodarstw na świecie! Ludzie mieszkają sami i są bardzo wydajnymi konsumentami. Jeden telewizor na jedno takie gospodarstwo to przecież wyższa sprzedaż niż jeden odbiornik na czteroosobową rodzinę. Jest w naszym stylu życia coś bardzo silnie połączonego z ekonomią... Powinniśmy się zastanowić, dlaczego chcemy tak żyć? Ludzie są jak mrówki – trudno jest nam zmienić nawyki, tak długo jak istnieje kopiec. Społeczeństwo w danym kształcie musi zniknąć i dopiero wtedy jesteśmy gotowi na zmianę. Inaczej nawet nieświadomie staramy się podtrzymywać nasz sposób życia, jakbyśmy walczyli o przetrwanie kopca.

Na ile postać Tomasa, jego dylematy to wypowiedź na temat aktualnego stanu i roli męskości, mężczyzn?

Kiedy mieliśmy testowe pokazy we Francji, padały pytania: dlaczego jestem antyhumanistą i skąd tak niski poziom empatii wobec Tomasa... A przecież ja go nie nienawidzę! W Szwecji panuje teraz era feminizmu. Przyzwyczailiśmy się do mówienia: imigranci, kobiety, dzieci... Mężczyźni nie są traktowani jako zbiorowość a pewna przezroczysta „norma". Sam nie utożsamiam się często z żadną grupą, która ma strukturalne kanony zachowań związanych z płcią. Chciałem powiedzieć: to są mężczyźni, potraktować ich, nas, jako grupę.

To ciekawe, bo Thomas może nie zachowuje się jak wzorcowy „mężczyzna", ale na pewno - zwyczajniej – jak istota ludzka. Okazuje się, że nie ma możliwości powiedzieć kanonowi męskich zachowań „nie". 

Otóż to. Zainspirowała mnie postać kapitana Costa Concordii, nazywanego „kapitanem tchórzem". Kiedy próbował obronić swoje dobre imię, stwierdził w wywiadzie, że nie uciekł, a „wpadł do lodzi ratunkowej". Wolał zaryzykować absurdalne kłamstwo niż stracić twarz i powiedzieć prawdę! Sam zapędził się w kozi róg, wpakował w jeszcze gorszą sytuację. To niezwykle powszechne zachowanie – starając się zachować twarz zaczynamy kłamać, a potem trzymamy się tego kłamstwa desperacko, tak długo jak to możliwe. Ktoś powiedział: „wypieraj tak długo, aż umrzesz" [„deny, deny until you die"] – to pięknie pasuje do sytuacji Tomasa.

Ciekawe wydało mi się jeszcze, że często filmy próbują nas przekonać, ze wspólna trauma zbliża ofiary. Pan łamie ten schemat. 

Są na ten temat statystyki. Na przykład analizujące porwania samolotów – odsetek rozwodów po takich sytuacjach jest niezwykle wysoki. Rodziny, pary po takim kryzysie się rozstają! Dlaczego? Bo widzimy nagle stronę osobowości naszego partnera, która jest wstrętna. Mówimy: „Nie mogę żyć z takim egoistą!". Najczęściej spotykanym bohaterem męskim w kinie jest dzielny heros. Mamy te punkty odniesienia w głowie, kiedy konfrontujemy się z problemami w życiu. Oczekujemy od mężczyzn, że spełnią deklarowaną przez film obietnicę, a oni tego nie robią.  

W niemal bezszwowy sposób łączy pan humor i powagę. Jaka jest na to recepta?

Jeśli tylko ma się odrobinę dystansu... Oczywiście, kiedy przeżywa się taką sytuację, kiedy jesteśmy w niej zanurzeni, nie widzimy jak zabawna może się wydawać. Ale wystarczy spojrzeć na druga stronę ulicy... Zawsze byłem przekonany, że w najbardziej tragicznej sytuacji jest element trywialnej komedii. Zrobiłem w 2010 roku szort „Incydent w banku". To była rekonstrukcja nieudanego napadu na bank. W jednej sekundzie bandyci strzelają, w drugiej mamy ludzi na ulicy, którzy narzekają, bo nie są w stanie dobrze nastawić zoomu na swoich komórkach, żeby sfilmować zajście: „Czy to nie dziwne, że nie jestem w stanie ustawić zoomu? To raczej podstawowa funkcja..." - rozmawiają jak gdyby mówili o zakupach spożywczych. Zaraz poproszą napastników, żeby powtórzyli napad! Uwielbiam taki rodzaj humoru!

Na koniec muszę zapytać o Hollywood – po międzynarodowych sukcesach pojawiły się propozycje? Pokusy?

Jest chyba z dziesięciu czy ośmiu agentów, którzy próbują namówić mnie na podpisanie umowy. Ale nigdzie nie dostanę lepszych warunków niż w Szwecji, z moim producentem Erikiem Hemmingdorfem... Znam kilku twórców, którzy podpisali taki „cyrograf". Przez kilka – cztery, pięć – lat próbują potem dopiąć swój plan, walczą o kontrolę, o głos. Dla mnie brzmi to jak koszmar na jawie. I jakoś mi się do tego całego Hollywood nie spieszy.

[Rozmawiała Anna Tatarska]